DECAPITATED – Carnival Is Forever (Nuclear Blast)

W czasach, kiedy muzyka stała się pokracznym dodatkiem do smartfonów a jej popularność mierzona jest ilością gigabajtów, coraz rzadsze są wydarzenia, które potrafią przykuć uwagę na dłuższy moment. „Carnival Is Forever” to niewątpliwe jedna z takich okazji. Nie ma sensu przytaczać tragicznej historii zespołu, bo każdy ją zna. Ważne, że Decapy znowu stoją na scenie. W innym składzie, ale równie mocni jak przed kilkoma laty. Nowa płyta potwierdza klasę zespołu, będąc jednocześnie zaskakująco mocną deklaracją przywiązania do sceny death metalowej.

Jeśli ktoś spodziewał się jakichś znaczących zmian, może się zdziwić. Decapitated napędzany niezawodnym wiosłem Vogga atakuje z potworną siłą. Miałem pewne obawy co do tego materiału. Nie techniczne, chodziło mi raczej o ów nieuchwytny wymiar muzyki, który powodował, że jest ona wyjątkowa. Już na samym początku muszę przyznać, że zespół zachował spokój rasowego pokerzysty. Z takim składem i z takimi instrumentalistami Vogg mógł nagrać płytę – fajerwerk z milionem pomysłów i całą masą popisów. I pewnie brzmiałoby to nieźle. Tymczasem „Carnival…” brzmi… oszczędnie. Rzecz jasna, jest to oszczędność na miarę akademickich umiejętności i błyskotliwej techniki muzyków. Zamiast popisywać się, grupa przedstawiła potężne kompozycje, w których zasadniczą rolę odgrywa ciężki, death metalowy riff. Tak, tak – to największe zaskoczenie, bo słuchając płyty miałem wrażenie, że zespół chce bardzo wyraźnie podkreślić, że mimo tych wszystkich złych rzeczy, mimo zawieszenia, nic się nie zmieniło i death metal nadal jest na topie. I dopiero, kiedy to sobie uświadomimy, można przejść do zawartości płyty.

Osiem kawałków, które zaludniają krążek to brawurowy popis i esencja tzw. technicznego metalu. „Umiejętności w służbie kompozycji” – tak mogłoby brzmieć hasło reklamowe krążka. Wszystko zostało tu podporządkowane osiągnięciu monolitycznego brzmienia i skumulowanej dawki agresji. Wszędzie słychać rękę Vogga, którego rwane, grane często w dziwnym metrum riffy, dogonić jest w stanie tylko najbardziej czujny muzyk. Mając w  składzie takiego garowego jak Kerim Lechner, zespół może grać, co mu się spodoba. Nie zapominajmy też o Rafale Piotrowskim, którego wokale idealnie wpasowują się w strukturę kawałków, zaś na koncercie załatwia 90% ruchu scenicznego. Heinrich – cóż, nagrał czujne basy, ale nie ma go już w składzie zespołu…

Death metal, jak wspomnieliśmy, słuchać w każdym momencie płyty, ale wymieńmy tylko „The Knife” i „United”, dwa strzały otwierające krążek. Obok nich zespół przypomina, że mamy XXI wiek i nie ma się co wstydzić nowoczesnego grania – „404” i „Pest” to pełną gębą „groove metal”, powodujący, że chce mi się skakać jak… kangur. Jest trochę post – metalowych rzeczy, chociażby rewelacyjny „A View from a Hole”, który zaczyna się akustycznymi gitarami, które oplata nietypowa, plemienna gra bębnów. Niesamowity, podniosły i apokaliptyczny riff, pojawiający się w środku kawałka to majstersztyk. Podobnie jak pomysł z nagranie w niektórych numerach solówek na czystym, sekcyjnym podkładzie, bez gitar rytmicznych. Wydawać by się mogło, że to ryzykowne, jednak intensywność tych fragmentów poraża.

A jeśli ktoś ma mało techniki, może spróbować wgryźć się w „Homo Sum” Potargany, niesymetryczny riff, grany na otwarciu z ride’em to pieprzone mistrzostwo świata. Wszystko jest tak dopracowane i tak skonstruowane, że na żywo na pewno nic nie zginie. Idealna równowaga pomiędzy technicznymi połamańcami a masywnością metalowego riffu została tu zastosowana z zegarmistrzowską precyzją – kto chce, usłyszy technikę, kto chce, usłyszy tłusty, ekstremalny wyziew.

Na koniec zostawiłem „Silence”, w pełni akustyczną, nostalgiczną, instrumentalną balladę, zamykającą płytę. Zasadniczo nie lubię takich utworów, bo też zazwyczaj są nudnymi zapchajdziurami. Kiedy słucham jednak impresji Vogga, słyszę dramatyczne, przeszywające emocjami pożegnanie ze zmarłym bratem. Zdecydowanie jeden z mocniejszych i chwytających za gardo fragmentów…

Przez jakiś czas od pierwszego kontaktu z ta płytą, miałem nieodparte wrażenie, że słucham akademickich wariacji i dźwięków mających podłoże w młodym, spragnionym muzyki umyśle, że to młodzieńcza chęć udowodnienia czegoś innym pcha płytę do przodu. Po wielu przesłuchaniach nagle zrozumiałem, że to nie „młodość”, ale „pewność” jest kluczem do „Carnival Is Forever”. Zabójcze przekonanie o tym, co chce się zagrać, jak chce się zagrać i po co. Tak mało przypadkowych dźwięków dawno nie słyszałem. Dokładnie wyćwiczone i przemyslane są esencją tego, co Decapitated chce nam powiedzieć. Może jest to faktycznie płyta kontynuująca wątki podjęte na „Organic Hallucinosis”, jednak taki kierunek dzisiaj wydaje mi się jak najbardziej słuszny.

Decapitated udowodnił, że powrót na sceny w przypadku tego zespołu był i jest głębokim hołdem złożonym muzyce i życiu…

Arek Lerch