CULTES DES GHOULES – Henbane (Under the Sign of Garazel)

Lulek czarny to silnie trująca roślina, wywołująca u tych, którzy ją spożyją halucynacje oraz pobudzenie ruchowe. W zamierzchłej przeszłości odurzano nim niewolnice zabijane w ofierze dla zmarłych wielmożów, a europejskie czarownice sporządzały na jego bazie maść do latania. Nie wiem, czy muzycy Cultes Des Ghoules, przygotowując swój nowy album rzeczywiście żywili się owym zielem, jednak fakt iż jego nazwa posłużyła za tytuł płyty, a tym bardziej sama jej zawartość dają do myślenia i sprawiają, że jestem w stanie w to uwierzyć.

O Cultes Des Ghoules wiadomo tyle, że pomimo nieujawnionych personaliów swych członków pochodzi ze wschodnich rubieży Rzeczypospolitej i gra black metal. W przeciwieństwie jednak do znakomitej większości rodzimych ambasadorów tego gatunku, twórczość formacji trudno uznać zarówno za genetyczne pokłosie tego, co przed laty zapoczątkowały Behemoth, Graveland czy Arkona, jak i wynik zbyt daleko idącej fascynacji norweską drugą falą. Kielecko-radomski skład przywołuje zupełnie inne, starodawne duchy zasiedlające dotychczas w tym samym stopniu kościelne lochy i płonące stosy Inkwizycji, co artefakty pokroju „Fallen Angel of Doom”, „A Blaze in the Northern Sky” czy… debiut Black Sabbath. Jakby tego było mało, wszystko to przefiltrowane zostało przez ponury, rdzennie polski mistycyzm. To właśnie owa trudna do zdefiniowania, dziwnie swojska cząstka, wewnątrz której na przemian reagują ze sobą pobożność, bluźnierstwo, zabobon i szaleństwo, czyni z „Henbane” album autentycznie przerażający.

Muzyka, którą uczyniono zawartością wydawnictwa, ma – podobnie jak tytułowy chwast –  silnie psychoaktywne właściwości. Błędem CDGbyłoby napisać, że się jej słucha. Ją się chłonie. Drugie dzieło Cultes Des Ghoules to jedna z tych płyt, zdolnych niebezpiecznie otumanić wyobraźnię. Zresztą już sama jego konstrukcja (pięć utworów liczących w większości powyżej dziesięciu minut) skłania do tego, by obcowanie z nim traktować bardziej jak uczestniczenie w seansie spirytystycznym niż typowy odsłuch metalowego krążka. Natomiast gdy ów seans na dobre się już rozpocznie, przyjdzie oswoić się z piwnicznym chłodem i towarzyszącym mu smrodem stęchlizny, którymi „Henbane” emanuje. Trwającej blisko godzinę ceremonii przewodzą okrzyki wznoszone iście paskudnym głosem – raz przypominającym starczy rechot, chwilę później zwierzęce wycie, a kiedy indziej skrzek suchotnika. Groteskowe, pozbawione jakichkolwiek hamulców wokalne interpretacje równać się mogą jedynie z poczynaniami samego Attili Csihara, stanowiąc jeden z najistotniejszych wyróżników albumu. Majestat budowany jest tu sunącymi naprzód, prostymi, a chwilami wręcz topornymi sekwencjami gitar, co jakiś czas inkrustowanymi uroczystym pasażem organów. Za sprawą momentów pokroju kroczącego dumnie „The Passion of a Sorceress” dokonuje się na „Henbane” historyczna fuzja black metalu z upiorną potęgą sabbathowskiego riffu. Natomiast idealną dla niej przeciwwagę zapewniają obłędne, czyste strunowe tematy i etniczne bębny (vide „Vintage Black Magic”), rodem z narkotycznych realiów przełomu lat 60. i 70.. Za sprawą monotonii, dusznej atmosfery zapomnianych obrzędów oraz hipnotycznego transu, drugi longplay Cultes Des Ghoules nabiera cech psychotycznej, niespokojnej mantry. Jej apogeum przypada na wieńczący całość „The Devil Intimate” będący czternastominutową nirwaną z  poetyckim tekstem, zdolnym przyprawić o dreszcze każdego śmiałka zwykłego spożywać tanie wina na starym cmentarzu („Wolna, pójdź w me komnaty/ Gdzie niemowląt skórą utkane kobierce”).

Nawiązując do wspomnianego, polskiego pierwiastka, którym album silnie pobrzmiewa, porównałbym wrażenie płynące z obcowania z nim do klimatu panującego w „Matce Joannie od Aniołów” Iwaszkiewicza oraz filmowej adaptacji opowiadania. Świat, jaki otwiera ona przed słuchaczem, jest miejscem tylko dla wybitnie odważnych. Nikt nas do niego nie zaprasza, lecz gdy choć raz przekroczymy jego bramy, nie pomoże nawet najlepszy egzorcysta.

Cyprian Łakomy