CULTES DES GHOULES  – Coven, Or Evil Ways Instead Of Love  (Under The Sign Of Garazel)

Black metal w wydaniu monumentalno-teatralnym. Trzecia płyta Cultes des Gholues to jeden z albumów, na które czekałem z utęsknieniem, drapałem ściany, wyłem po nocach… po drodze tracąc nadzieję i szczerze wątpiąc w to, czy kiedykolwiek się ukaże. Blisko 100 minut muzyki, z którymi mierzę siły już dłuższy czas to swoista ścieżka dźwiękowa mrocznej i dziwnej podróży do źródeł zła. Materiał dla odważnych i dysponujących dużą ilością wolnego czasu.

Wyobraźcie sobie następującą sytuację. Rządni kulturalnych zdarzeń z gatunku tych wysokich lądujecie w teatrze, wygodnie siadacie w fotelu na widowni. Światła gasną, kurtyna powoli przesuwa się ku górze…  Z półmroku sceny wyłania się przedziwna scenografia, stare poskręcane stuletnim bólem drzewa ustępują miejsca ścieżce, która od razu przykuwa uwagę widza za sprawą ogniska i zagadkowej postaci ledwie wyłaniającej się z ciemności, skrytej w obszernym, czarnym kapturze. Przez kilka minut nie dzieje się nic, aż w chwili gdy napięcie zaczyna być już niemal namacalne pojawia się płynąca zza wypełniających scenę drzew mroczna muzyka. Na początku wolna, transowa, atmosferyczna zaprasza, kusi niewypowiedzianą tajemnicą. Po chwili scenę rozświetla błyskawica i upiorna postać odsłania trupio bladą twarz, z pokrwawionych ust lepią się słowa Prologu…

Album podzielony został na pięć scen. Upiornie dziwnych, ubranych w zdjęty z odpoczywającego już dłuższy czas trupa, black metalowy garnitur.  W moim odczuciu kształt tej muzyki jest wręcz stworzony do dźwiękowej oprawy teatralnego przedstawienia grozy lub czarno-białego, surrealistycznego filmu. Gdyby „Pies Andaluzyjski” trwał 97 minut powiedziałbym dziś, że udźwiękowienie filmu w 1960 roku było błędem i należało zaczekać do dziś a chory, obłędy dźwięk zaczerpnąć właśnie z „Coven, Or Evil Ways…”. Czujecie ten klimat? Ciężkie, boleśnie old schoolowe, zgrzytliwe riffy i zbliżająca się do oka brzytwa. Tyle, że wiesz, że nie jest efekt pracy speców od efektów specjalnych z sfilmowane rzeczywiste zdarzanie.c

Ok. Chyba odbiegam od zasadniczego tematu czyli trzeciej płyty black metalowców z Cultes des Gholues, ale wybaczcie, ciągle nie jestem w stanie dokonać oceny tego materiału tylko przez pryzmat muzycznego kunsztu. Ba! Uważam, że to nie ma większego sensu. Powiedzmy sobie wprost – już na „Henbane” słyszeliśmy, że jeśli chodzi o granie, które może wywołać realny podświadomy strach, kielecko/radomski (??) kwartet nie ma sobie równych. Trzeci album to ni mniej ni więcej, a posępny, old schoolowy black metal o zacięciu surrealistycznym z elementami monumentalno-teatralnymi. Brzmi dziwnie? Może tak, ale to jedyne określenia jakie nawet po dłuższym namyśle przychodzą mi do dziwnie pustej, a wypełnionej lepką czernią głowy. W niektórym momentach pojawia się też niemal klasyczny funeral doom, ale równie dobrze można te wolne, ciężkie partie zinterpretować inaczej. „Coven, Or Evil Ways…” to dzieło bardzo trudne w odbiorze. Już przez sam czas trwania jest w stanie przyprawić współczesnego słuchacza o zawał. Tyle, że dzielenie tego specyficznego seansu muzycznego na części niemal całkowicie odziera go z uroku i barw. Ta trucizna ma sączyć się powoli, atakować każdą komórkę i spowijać was zimną lepką mgłą. Być może chwilami album ten może się wydać wam lekko pretensjonalny, ale to nic złego, przecież on taki właśnie jest! Absolutnie opozycyjny w kontekście wszelkich trendów. To black metal w formie absurdalnie esencjonalnej, prowokacyjnej wręcz, w prosty sposób diabolicznej i gęstej atmosferą.

Przez chwilę próbowałem ocenić muzykę, która dociera do mnie raz z lepszym raz z gorszym skutkiem, ale ocena sama w sobie będzie to narzędziem zbyt trywialnym. Jeśli szukacie na scenie black metalowej kontry dla łączącej gatunki alternatywy proponuję na kilka godzin zatopić się w „Coven, Or Evil Ways…”. Diaboliczna groza stoi u Twoich drzwi…

Wiesław Czajkowski