CRYPTOPSY – Cryptopsy (Revolution Harmony/Clawhammer PR)

Uznane marki w świecie tzw. technicznego death metalu mają dzisiaj ciężki żywot. Z jednej strony wybujałe oczekiwania fanów, malkontenci, oczekujący: czegoś nowego, czegoś starego, czegoś zaskakującego itp., z drugiej młode wilczki podgryzające zadek starszym kolegom, wreszcie nowinki na scenie muzycznej, które kuszą, żeby z nich skorzystać. W którą stronę by nie podążyć, zawsze można zaliczyć glebę. A jak uczy historia, dużo łatwiej się potknąć, niż wstać z kolan. Czy Cryptopsy, po wpadce zatytułowanej „The Unspoken King” wychodzi na prostą? 

Fakt jest taki – „The Unspoken King”, z dzisiejszego punktu widzenia to po prostu techniczny deathcore, z elementami metalcore’owych aranżacji. Warto też zauważyć, że cztery lata po premierze, słuchając płyty uchem obdartym z wybujałych oczekiwań względem muzyki Kanadyjczyków, można polubić te numery. Zachowują one swój techniczny bagaż, a zdecydowanie nie – death metalowa riffownia jest całkiem udanym prezentem dla fanów, np. Despised Icon. Gdyby jeszcze tylko wyrzucić te nieszczęsne, śpiewano – zawodzono – heavy metalowe wokalizy…

Stawiałem na dwa rozwiązania – albo zespół, zaplątany w zmiany składu, eksperymenty stylistyczne i ogólnie, niezbyt klarowną wizję własnej twórczości, zakończy działalność, albo jednym, mocnym ruchem odetnie się od eksperymentów i wróci na dawne tory. Cryptopsy wybrał drugą opcję i nagrał materiał będący zdecydowanym powrotem do przeszłości. Pewnie duże znaczenie w tym przypadku miał powrót Jona Levasseura, gitarzysty odpowiedzialnego za klasyczne krążki Cryptopsy – ta uwaga jest z mojej strony lekką hipokryzją, bo przecież każdy wie, że bałwochwalczą miłością obdarzyłem swego czasu „Once Was Not”, płytę, która w kwestii techniki (ściślej – tylko techniki…) do dzisiaj pozostaje bezkonkurencyjna, na której jednocześnie wspomnianego wyżej pana już nie było. Zresztą, będąc szczerym – już na niej zaznaczyła się tendencja zespołu do eksperymentowania z czystością gatunkową. Na „Cryptopsy” z kolei dominuje czystej wody, przeważnie bardzo szybki death metal. Krążek spokojnie mógłby powstać gdzieś pomiędzy „Whisper Supremacy” a „…And Then You’ll Beg”. Popisy ustąpiły tu miejsca ścianie dźwięku a zespół skupia się raczej na klasycznych, death metalowych atrybutach – nawet jeśli trafi się delikatny wtręt, szybko następuje powrót do konkretnej luty („Amputated Enigma” – to już klasyk…). Oczywiście, zdarzają się i tu odstępstwa od normy. Przykładem niech będzie „Shag Harbour’s Visitors”, z nietypowymi harmoniami riffów w refrenach. Nie brakuje na „Cryptopsy” także łamania fraz i rozbudowanych aranżacji – tu wybija się na prowadzenie niemal sześciominutowy „Red – Skinned Scapegoat”, choć wyraźnie słychać, że obłędna jak zwykle technika służy tu kompozycji a nie odwrotnie.

Cryptopsy po latach poszukiwań i tak powrócili do miejsca, z którego zaczęli podbijać świat. Wprawdzie takie uwstecznienie – cokolwiek sankcjonowane rynkowymi tendencjami – może wydawać się naturalne, jednak gdzieś tam, z tyłu głowy, kołacze się delikatne pytanie, ile w dzisiejszym Cryptopsy jest radości grania a ile sprytnej pogoni za wiatrem.  Być może ktoś zdziwi się, dlaczego „Cryptopsy” stał się albumem tygodnia; cóż, nie będę ukrywał, że mam do zespołu słabość i nadal jestem skłonny im uwierzyć, bo nawet jeśli w swoich posunięciach są lekko zachowawczy, to bronią się znakomitą i –  nadal – dystansującą wiele innych dokonań „z szufladki” muzyką. A ta przecież jest najważniejsza.

 

Arek Lerch