CRETIN – Stranger (Relapse)

Dzisiejszy metal nie jest muzyką dla młodych ludzi. Starzy fani zyskali brzuchy, zmarszczki i okopali się na pozycjach, które łączą zapał sekciarza z otwartością na świat czytelnika „Teraz Rocka”. Najlepsze, co może ich spotkać w życiu to fetowanie reaktywacji dorabiających do emerytury idoli i obnoszenie się w sieci ze swoim zrzędzeniem o tym, jak to kiedyś było wspaniale, a dziś nie jest. Jeśli już koniecznie trzeba czcić ten cały metalowy „oldschool”, to niech za powrotem do formy idzie powrót do pierwotnej dzikości tej muzyki. Mało kto to potrafi, ale głos „Stranger” woła na pustyni, że się da.

 

Kilka lat temu popełniliśmy z kolegą Michałem Spryszakiem zbiorczy felieton o zespołach-klonach, które swoją twórczość opierają jawnie i bezwstydnie na konkretnym wzorcu. Cretin wskazaliśmy tam jako najgodniejsze dziecię Repulsion i ich jedynego albumu „Horrified”. Wydany w 2006 roku „Freakery” to pół godziny doskonałych kowerów „Maggots in you Coffin”, zionących tą samą energią co ich nieomal dościgniony wzorzec. Zawirowania w życiu, o ironio, członków zespołu nie wskazywały na to, że kiedykolwiek powstanie kontynuacja, ale „Stranger” przyszedł jak złodziej w nocy i z miejsca pozamiatał konkurencję.

Cretin ma wszystko to, za co lubię grindcore – krótkie, świetnie napisane numery, absolutną bezpretensjonalność i tę durną, pierwotną dzikość, która zionęła z nagrań ojców założycieli gatunku. „Stranger” brzmi, jakby grupa genialnych homo habilis nauczyła się stroić gitary i opisywała za pomocą muzyki swoje obyczaje godowe i polowania na mamuty. Powstaje z tego porcja bardzo przemyślanej muzycznej durnoty łączącej styl Repulsion z wczesnym death metalem, tym z „Fuckin’ Death” czy „Leprosy”. „Stranger” przede wszystkim dobrymi numerami stoi – w standardowych dwóch minutach udaje się Kretynom upchnąć same świetne riffy, dynamiczną, napędzającą grę Cola Jonesa (niech się Exhumed ze wstydu palą, że dali mu uciec z zespołu) i klimat przaśnej zabawy daleko poza granicami dobrego smaku.Cretin band

I wreszcie to, co na „Stranger” najbardziej wyjątkowe. Kiedy ostatni raz faktycznie zaczytywaliście się w teksty z jakiejś nowej płyty metalowej? Kiedy nie opadły wam ręce po lekturze tych samych pierdół po raz n-ty? Twory chorego umysłu Matta Widenera to czysty, nieskrępowany geniusz i osobna jakość w gatunku. Tak wyglądałyby teksty Cannibal Corpse, gdyby pisali je Roland Topor i Etgar Keret. Pełne absurdalnego humoru i świetnych, obrzydliwych pomysłów jakimś cudem idealnie pływają na liniach wokalnych, chociaż formalnie to prozatorskie miniatury. Posłuchajcie „Stranger” śledząc teksty, a zęby i paznokcie nienarodzonego brata-bliźniaka przeorają wam mózgi.

Ze wszystkich powracających z otchłani kapel, w ostatnich miesiącach tylko Cretin i może jeszcze Obituary zaproponowali metal bazujący na dobrych kompozycjach, a przy tym brzmiący jak grany przez prawdziwych jaskiniowców. Jeśli stara gwardia ma przetrwać, to życzyłbym sobie takich właśnie albumów. Jak śpiewał klasyk – „od normalnych tu się roi, tylko dureń ma dziś szansę”.

Bartosz Cieślak