CORRECTIONS HOUSE – Know How To Carry A Whip (Neurot Recordings)

Znajduję pewnego rodzaju przyjemność w myśli, że wszystko co widzimy dookoła prędzej czy później obróci się w pył. Przekonanie, że można zostawić po sobie coś, co będzie trwało wiecznie wydaje mi się równie naiwne, jak wiara w to, że któregoś dnia świat zaludnią istoty miłujące pokój. To wszystko to chyba tylko chwilowy kaprys natury, tak jak Corrections House jest być może tylko chwilowym kaprysem ludzi współtworzących inne, bardziej znane zespoły. Sądzę jednak, że to nie trwałość rzeczy, ale właśnie ich ulotność dodaje im wartości. „Know How To Carry A Whip” robi jednak na mnie wrażenie przede wszystkim tym, że jest muzycznym odpowiednikiem rzucenia kamieniem w szybę, albo napisania na murze jakiegoś obraźliwego hasła. To idealna ścieżka dźwiękowa dla świata, w którym kac jest najniższą ceną za chwile szczęścia.

O ile debiutancki „Last City Zero” sprawiał wrażenie fajnej składanki, gdzie obok rocka industrialnego pojawiały się ni stąd ni zowąd spoken word czy americana, o tyle na drugiej płycie Corrections House wszystkie te elementy łączą się już w spójną całość. Trochę większy akcent położono tym razem na partie elektroniczne, choć gitary cały czas bezlitośnie tną po uszach niczym stara brzytwa. Moim pierwszym skojarzeniem podczas słuchania opublikowanego wcześniej „White Man’s Gonna Lose” było Skinny Puppy, ale cała płyta jest na tyle zróżnicowana, że rozstrzał skojarzeń rozciągnął mi się od Ministry aż po SPK, czy nawet Death In June z okresu „Nada!”. A przy tym, jak już napisałem powyżej, nie sprawia to już wrażenia kompilacji fajnych, ale nie do końca pasujących do siebie pomysłów. I o ile poprzednie dokonania tego projektu mi się podobały, o tyle dopiero ta płyta trafiła w mój czuły punkt i zmusiła mnie do dokładniejszego zgłębienia tematu.Corrections House

Dawno w sumie nie słyszałem zespołu z gatunku „superprojekt”, który mógłbym postawić na równi z twórczością macierzystych formacji zaangażowanych w niego muzyków. Jacy to muzycy pisać nie będę, bo zainteresowani tematem już i tak to wiedzą, albo bez większego trudu sobie sprawdzą. W każdym razie w moim odczuciu nie ma potrzeby wspomagania tej muzyki litanią nazwisk, bo doskonale broni się sama. Nie, wróć. Ona się nie broni. Ona atakuje.

Bo, o ile poprzednia płyta wydawała mi się dość introwertyczna, tak „Know…” ma charakter konfrontacyjny, jak klasyczne pozycje z gatunku industrial. I chociaż trudno w kontekście Corrections House pisać o oryginalności, bo takie rzeczy robiono już powodzeniem w latach 80. i 90., to jednak coraz trudniej znaleźć muzykę kontynuującą te wątki na poziomie zbliżonym do klasyki. Ten projekt wychodzi z tej konfrontacji obronną ręką, bo mam poczucie obcowania z muzyką stanowiącą komentarz do chwili obecnej, a nie hołd dla muzycznych fascynacji jej autorów. I właśnie takich rzeczy chciałbym słuchać, jeśli już mam sięgać po coś wydanego w roku 2015.

Michał Spryszak