CONVERGE – All We Love We Leave Behind (Epitaph Records)

Nazwanie Converge najlepszym zespołem sceny hardcore’owej jest dość ryzykowne, bo w dzisiejszym, rozczłonkowanym do granic możliwości światku hc, praktycznie każdy odłam składa kontrybucję mieszkańcom Salem, uzurpując sobie jednocześnie prawo do traktowania ich jako swoich wyłącznych mentorów. A nasi bohaterowie nic sobie z tego nie robiąc, po raz siódmy (nie liczę składaka „Petitioning the Empty Sky”…) atakują muzyką absolutnie szczerą i na milę pachnącą totalną wolnością. I ta ostatnia cecha czyni z „All We Love…” kolejnego pretendenta do dość skromnej w moim odczuciu puli  najlepszych albumów roku 2012.

 

Converge należy do elitarnej grupy wykonawców, o których można powiedzieć, że mają wpływ na muzykę swojego pokolenia. Stawiam ich obok SWANS, The Jesus Lizard, Neurosis czy Helmet, bo tak jak oni, także ekipa Kurta Ballou odcisnęła piętno na myśleniu całej rzeszy muzyków. I dorobiła się niezłych, indywidualnie myślących naśladowców (Trap Them, Weekend Nachos) oraz ostro hałasującego narybku (Direwolves). Na szczęście, Converge nie zachowuje się jak zblazowany dziadek, co przy piwku stawianym przez kolegów wzdycha do czasów świetności, tylko nadal bije po twarzy muzyką rozwalającą schematy i burzącą granice. „All We Love…” to kolejny krążek, którego nie sposób sklasyfikować, bo też i zespół rozwija tak wiele wątków, że w zasadzie każdy kawałek jest z innej parafii. Tajemnicą muzyków pozostaje, co robią, że ten groch z kapustą brzmi niewiarygodnie spójnie.

Krążek rozpoczyna się swoistą rozgrzewką – „Aimless Arrow” atakuje połamanymi strukturami, dysonansami gitarowymi, z kolei „Trespasses” to rasowy, zmetalizowany hard core. Dla mnie to taki test instrumentów, rozciągniecie mięśni przed tym, co nastąpi. Poważnie robi się od „Sadness Comes Home” – otwierający, niepokojący motyw gitary i wpadamy w przestrzeń, jaką potrafią zrobić tylko oni. Gitary w tym numerze to absolutne szczytowanie i mistrzostwo interpretacji. Potem jest już jazda z górki, połamanie z poplątaniem, frontalny atak, chaos („Sparrow’s Fall”  – to dzięki takim kawałkom powstało określenie „chaotic hardcore”…), grind wymieszany z dołami („Tender Abuse”) i straszliwy, zalewający wszystko mrok („Preadatory Glov”). Z tej poszarpanej, bajecznie zagranej puli wyróżnia się jednak kilka kawałków. Najmniej oczywistym będzie zapewne zagrany na pół – przesterze „Precipice”, który w zasadzie jest interludium albo, jak kto woli, preludium do kawałka tytułowego, najjaśniejszego punktu konwerdżowej ekwilibrystyki – cały numer poparty jest o transowy, mistrzowsko zapętlony pochód plemiennych bębnów, które jednocześnie są niesamowicie wyraziste, klarownie napędzając całą strukturę numeru. Dzieje się tu zresztą dużo więcej, ale i tak najważniejszy jest ten specyficzny, płynący drive. Kolejnym songiem, na który w sumie podświadomie czekałem jest „Coral Blue” – wolny, majestatyczny utwór zagrany trochę „po linii” Mastodon z świetnym prawie – przebojowym refrenem; bardzo jasny punkt płyty. Z całej stawki jedynie „A Glacial Place” mnie nie przekonuje, bo jest zbyt… metalowo toporny, ale na 14 kompozycji to naprawdę niewiele.

Converge nadal pozostaje w swojej klasie bezkonkurencyjny i nadal sprytnie umyka wszelakim szufladkom, tworząc z w sumie dość już dzisiaj oczywistych elementów  perfekcyjną układankę, w której mroczny hardcore miesza się z instrumentalnymi popisami. Choć trzeba też przyznać, że najnowsza płyta jest dla mnie takim triumfem kompozycji nad typowo technicznym wymiataniem – każdy kawałek ma swój własny rys, łatwo je zapamiętać a techniczny aspekt muzyki jest sprowadzony do tworzenia bardzo sprawnego szkieletu, który trzyma wszystko w idealnej symbiozie. Jednocześnie, jak już wspomniałem we wstępie, z muzyki bije poczucie wolności, działania na totalnym luzie, oddychania pełną piersią. Tu nie ma kalkulacji, spinania się, by osiągnąć coś, co zostało zapisane w „założeniach” a raczej granie tego, co się chce – jeśli wyjdzie chaos, to dobrze, a jak bardziej przystępny kawałek – też nie mamy nic przeciwko. W takim kontekście Converge pozostaje dzisiaj Wersalem hałasu, jednym z niewielu wykonawców, którym bez oporów można przyporządkować określenie „niezależny”.

 

Arek Lerch