COBALT – Slow Forever (Profound Lore)

„Angry” – tym słowem określa muzykę swego zespołu na Fejsie Erik Wunder. Choć jest ono całkiem trafnie dobrane do zawartości „Slow Forever”, nie oddaje w pełni jakości czwartego dzieła Cobalt. Znacznie lepiej rekapituluje je angielskie słowo „Amazing”. Albo tłumaczenie z niemieckiego jego nazwiska, „cud”.

Z jednej strony mamy kontynuację – w sensie muzycznym album jest stopniem wyższym pomysłów na świetnym „Gin”. Z drugiej, jest to nowe otwarcie dla Cobalt ze względu na ważką pozycję nowego krzykacza, którym jest Charlie Fell (w CV między innymi takie nazwy jak Abigail Williams, Lord Mantis, Nachtmystium, Negative Mantra). Swoje zadanie wykonujące w sposób niesamowity. Ci, którzy szukają związków między Cobalt a Revenge, właśnie w opętańczej, wściekłej manierze Charliego je znajdą.cobalt band

„Slow Forever” zbudowany jest z wielu elementów, podobnie jak poprzednik. Z tym, że czwarta płyta jest bardziej przemyślana, dopracowana w każdym calu, zwłaszcza pod kątem brzmienia, które dobrane zostało idealnie. To taki upgrade trójki, choć może to nieco upraszczające sprawę stwierdzenie, sugerujące, jakby Erik li tylko odgrzał siedmioletni kotlet na nowej kuchence, a tak z pewnością nie było. Budulec główny i najczęściej występujący na płycie to coś, co najczęściej bywa określane w kontekście muzyki kapeli jako atmosferyczny black metal albo apokaliptyczny black metal. Zajrzyjcie jednak pod powierzchnię, a uszy Wasze połechce blues, w którym czuć smród nowoorleańskich bagien i trochę prerii Arizony (patrz początek do „Hunt The Buffalo”), ciężarowego doom metalu (choćby w „Ruiner”), ilustracyjnego post rocka w stylu najlepszych płyt Isis (na przykład we fragmencie „Beast Whip”). Deczko folku i americany da się również wychwycić („King Rust”, „Breath”), odrobinę patentów á la Tool (druga połowa wspomnianego „King Rust”), a takie bardziej bezpośrednie, prostsze patenty są gdzieś na przecięciu się starego Celtic Frost i oldschoolowego hard core’a („Elephant Graveyard”). Składając to wszystko w jedną całość, otrzymujemy coś na kształt dziennika z pasjonującej podróży albo pokręconą kryminalną opowieść (w sumie jedno nie wyklucza drugiego). Wydawca podkreśla w zapowiedzi literackie nawiązania „Slow Forever”, lecz nawet, gdyby tego nie uczynił, wyobraźnia zapewne wielu podpowie takie właśnie odniesienia.

Cobalt kazał czekać na „Slow Forever” siedem lat, ale czekać było warto. Powstał pasjonujący album, który dowodzi, że czasami dużo może znaczyć bardzo, bardzo dobrze i ilość przekłada się na jakość. Będę zdziwiony, jeśli ten materiał nie znajdzie się w czołówkach podsumowań za rok 2016. Wspaniałość, po prostu.

Lesław Dutkowski