BURNING LOVE – Rotten Thing To Say (Southern Lord)

Burning Love to zespół, który przez wielu będzie postrzegany jako chusteczka na otarcie łez po niezapomnianym Cursed. Wprawdzie z tamtą formacją Burning Love łączy jedynie osoba wokalisty, nie można ukrywać, że zespół ten wyrasta z podobnych korzeni, choć w swoich poszukiwaniach dociera do istoty hardcore’a z rock’n’rollowym nadzieniem. Czyli prostego, sugestywnego riffu, takiegoż rytmu  i emocji zawartych w głosie wokalisty. I choć nigdy nie postawiłbym płyty „Rotten Thing To Say” obok niezliczonych  i totalnie siermiężnych produkcji hc, to nie mogę ukrywać, że zawartość krążka właśnie w takiej kategorii mieści się idealnie.

Historia Cursed zakończyła się dość nieszczęśliwie fatalną w skutkach kradzieżą, która pod sam koniec europejskiej trasy pobawiła Kanadyjczyków zarobionej kasy i paszportów. Nie, nie w Polsce tylko w Czechach. Zespół miał z tego tytułu sporo problemów i to one pewnie wpłynęły na decyzje muzyków. Charyzmatyczny lider Chris Colohan nie usiedział jednak na tyłku i niedługo po śmierci Cursed, razem z muzykami sludge’owego Our Father powołał do życia nowy skład. I od razu kupił mnie, nagrywając na singla kower Nicka Cave’a „Jack The Ripper”.

Najnowsza, druga w dorobku płyta zaskoczyła mnie totalnie, bo zawiera muzykę, która może stanowić współczesny punkt odniesienia do całej sceny hardcore, jednocześnie dystansując się od jej dokonań. Krótko mówiąc – to najlepsza w ciągu ostatnich dwóch lat muzyka, którą w całości można wrzucić do szufladki z napisem „hardcore”. To dzięki takim krążkom ta scena nadal ma przyszłość i nowe perspektywy. Jeśli jednak ktoś szuka jakichś specjalnie zakręconych dźwięków, może się zdziwić, bo „Rotten…” to prostota sugestywnych riffów, mocne, oszczędne bębnienie i trzymający wszystko w ryzach głos Chrisa.

Tych trzynaście kawałków (plus outro) to pełny „misz masz” klimatów i smaczków, dominacja średnich temp i duch minionej dekady unoszący się nad muzyką. Wśród kawałków zdecydowaną przewagę mają utwory zagrane z motorycznym zacięciem, z wyraźnym, rockowym „vibem”. W nich Burning Love czuje się najlepiej. Pozornie nieco monotonne, z każdym przesłuchaniem zyskują, nabierają kolorów; ja po trzecim seansie zostałem kupiony i sponiewierany. Co ciekawe, w kilku miejscach zespół potrafi całkiem daleko odejść od korzeni – jak np. w instrumentalnym sludge „12:31”. Zupełnym zaskokiem są za to wyraźne nawiązania do noise w „Pig City II”. Z kolei 39 – sekundowy „Tremors” to szybki i zadziorny, nieco chaotyczny, punkowy ukłon w stronę zamierzchłej przeszłości. I w takim klimacie BL radzą sobie znakomicie, powiem więcej – szkoda, że tylko jeden taki rodzynek się trafił. Zamiast tego mamy genialne „No Love”, nie gorszy „Made Out of Apes”, nostalgiczny „The Body” i miażdżący riffem „Hateful Comforts”. Wymieniam te utwory, które już zdołałem zapamiętać, jednak spieszę donieść, że w zasadzie cała płyta jest absolutnie genialna, zainfekowana nieco death’n’rollowym klimatem (ale bez d – beat’owych rytmów…), wpadająca w ucho, znakomicie zrytmizowana i mająca to „coś” – iskrę, emocje podane – co jeszcze raz podkreślam – w bardzo bezpośredni, prosty sposób, co jak najbardziej koresponduje z punkowymi ideałami. No i brzmienie – Kurt Ballou. I wszystko jasne.

W dobie, kiedy każdy grać może i hc/punkowych zespołów jest więcej niż trawy na łące, znalezienie grupy, która posiada autentyczne plenipotencje, by przewodzić stadu jest dość trudne, z czystym sercem polecam drugą płytę Burnig Love, bo to na dzień dzisiejszy jeden z ważniejszych kamieni milowych hardcore’a, nadających nowe tempo i energię starzejącemu się gatunkowi. A poszukiwaczy prawdy zachęcam do odkrywania wśród tych dźwięków nawiązań do muzycznej historii. Zapewniam, że erudycja muzyków Burning Love dostarczy Wam wielu zaskoczeń.

Bo to, kurwa, punk rock jest a nie ciepłe kluchy!!

 

Arek Lerch