BROKEN HOPE – Omen of Disease (Century Media)

Nie podoba mi się to, że dzisiejszy metal zapatrzony jest w swoją własną przeszłość jak w obrazek. Retro-granie, retro-brzmienie, odgrzewane muzyczne kotlety i koncerty życzeń dla łysiejących fanów o zbyt grubych brzuchach i portfelach. No i te nieszczęsne reaktywacje. Jeśli na tym ma polegać przyszłość tej muzyki, to pójdzie ona do piachu wraz z ostatnimi, którzy rzeczywiście pamiętają czasy jej świetności. Paradoksalnie jednak, wśród wszystkich tych żałosnych ukłonów w stronę fanów trafiają się czasem rzeczy szczere i wartościowe, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wyglądają na kolejną odsłonę muzycznej prostytucji rodem z podmiejskiej dyskoteki.

„Omen of Disease” jest takim właśnie wyjątkiem od reguły, pokazującym, że można powrócić z jednym z najlepszych albumów w swojej karierze. Zabawne, że takie rzeczy częściej zdarzają się w przypadku kapel z drugiego planu (Exhumed chociażby), niż tych, którzy kiedyś pełnili w tej muzyce role samców alfa. Nie będę się tutaj pastwił nad ostatnimi wydawnictwami Carcass czy Terrorizer, bo dla niektórych fanów nawet cienie ich dawnej chwały stanowią pewnego rodzaju skarb. Cieszcie się więc tymi geriatrycznymi podrygami, jeśli chcecie, ale ja wolę muzykę graną przez ludzi z jajami. Broken Hope powraca nie po to, by być poklepanym po plecach, tylko po to, by zabić. W każdym dźwięku „Omen of Disease” czuć, że członkowie tego zespołu są przekonani o własnej zajebistości i żaden z nich nie będzie się na scenie zastanawiał, czy jest aby właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Jako słuchacz takiej właśnie postawy oczekuję od muzyków. Bo jeśli masz, muzyczny dziadku, jakieś wątpliwości odnośnie tego co próbujesz robić, to lepiej zostań w domu i zajmij się aktualizowaniem swojego profilu na Facebooku.Broken Hope

Trafiłem w sieci na ostrą recenzję tej płyty, w której autor opisał Broken Hope jako deathmetalowy odpowiednik Wu-Tang Clan, co w założeniu miało chyba być obelgą. Ja aż tak wysoko bym Broken Hope w deathmetalowej hierarchii nie ustawiał, ale z wspomnianą ekipą łączy ich na pewno swoboda, z jaką poruszają się w obrębie obranej stylistyki. Z pewnością dla ludzi, dla których death metal zaczął się i skończył na demówkach Nihilist, „Omen of Disease” będzie jak kolejny policzek w twarz, albo biała plamka gołębiego kału na grobie ich ukochanego gatunku. Jednak chyba każdy, kto w latach 90. nie wałęsał się po lesie z siekierą, tylko zasłuchiwał w płytach pokroju „Tomb of the Mutilated”, „Pierced From Within” albo „None So Vile”, będzie zadowolony. Ja w każdym razie jestem, bo nowy album Broken Hope to wypadkowa ich najlepszych dokonań, czyli techniczno-przebojowej „Loathing” i schorowanej „The Bowels of Repugnance”. Brakuje jedynie głosu Joe Ptacka, który w 2010 roku popełnił samobójstwo (czyżby nazwa zespołu okazała się samospełniającą się przepowiednią?), ale zastępujący go Damian Leski z Gorgasm nie daje ciała, nawet jeśli brzmi trochę jak niechciany potomek utaplanego w błocie tucznika. Samą muzykę okrojono z wszystkiego co zbędne, w rezultacie czego trzynaście utworów zamyka się w 36 minutach, co w przypadku brutalnego death metalu wydaje się być optymalnym czasem trwania płyty. Warto też podkreślić, że członkowie Broken Hope doskonale zdają sobie sprawę, że bez dobrego riffu nawet najlepszy muzyk nie zabłyśnie, a solo gitarowe nie służy tylko do tego, żeby się pochwalić umiejętnościami. Przyznam się, że tak dobrych solówek już dawno nie słyszałem na żadnej płycie z szeroko pojętym death metalem i w kilku przypadkach stanowią one punkt kulminacyjny utworów zawartych na tym albumie.

Oczywiście, nawet jeśli „Omen of Disease” jest udanym powrotem z zaświatów, obecność Broken Hope w rubryce „album tygodnia” może być dla niektórych zaskakująca. Nie dość, że reprezentują gatunek równie dziś modny co wąsy i nigdy nie byli najbardziej ukochanym przez tłuszczę jego przedstawicielem, to dźwięki przez nich grane w żadnej mierze nie wyłamują się z tradycyjnych ram brutalnego death metalu. Czasem jednak warto zapomnieć na chwilę o wielkich ambicjach i skupić się na walorach czysto rozrywkowych, bo muzyka tego rodzaju w założeniu pełnić ma podobną rolę co dobre kino akcji. Nie zburzy naszego świata i nie zmusi nas do refleksji, ale na pewno miło spędzimy czas w jej towarzystwie. O ile więc macie ochotę na urozmaicenie swojej muzycznej diety odrobiną brutalnego grania, „Omen of Disease” powinna zadziałać jak schabowy z ziemniakami po tygodniu jedzenia francuskich rogalików. I niech nie zraża was czworonożny penis ulepiony z ludzkich szczątków, łypiący do was okiem z okładki.

Michał Spryszak