BEHEMOTH – The Satanist (Mystic Prod/Metal Blade/Nuclear Blast)

Cokolwiek napiszemy, komuś się spodoba a komuś innemu wręcz przeciwnie. Lawirowanie między skrajnymi opiniami, zacietrzewieniem, uwielbieniem, nienawiścią i fanatycznym oddaniem wpisane zostało na stałe do codziennych zajęć Behemoth. Zespołu – instytucji, który przeszedł przez wszystko, co może spotkać metalowy ansambl w muzycznej branży. Przyjął na klatę mróz Kanady, nieprzespane noce, choroby i wreszcie słusznie wypracowany sukces. Dziesiąta w dyskografii płyta jest tego stanu rzeczy przypieczętowaniem, zamykając pewien okres i otwierając zupełnie nowy. Co z tego wynika? Że lubię płytę ”The Satanist”, choć trochę się jej także boję.

Oczywiste fakty – jak zwykle produkcją zajęli się czołowi specjaliści od metalu i nie tylko, oprawę przygotował rosyjski malarz Denis Forkas, w użyciu była krew Nergala. Zespół przygotował dopracowaną do najdrobniejszego szczegółu szatę graficzną, stroje i scenografię. Teledysk do „Blow Your Trumpets Gabriel” znany jest już od jakiegoś czasu, niepokojące zdjęcia zespołu też. A co za tym idzie – kontrowersje, kwasy i… wywiady we wszystkich możliwych i niemożliwych mediach. W zasadzie Behemoth osiągnął szczyt w kategorii ekstremalnego metalu a nawet więcej, bo reszta metalowego światka (i w Polsce i paru innych, Europejskich krajach) może jedynie pomarzyć o tym, że pukają do nich dziennikarze Polityki i Porannej Kawy, czy jak tam się zwą poranne pasma telewizji śniadaniowej. Większość w takich sytuacjach butnie deklaruje, że to ich nie interesuje a za zamkniętymi drzwiami będzie błagać rogatego o choć mały kawałeczek takiej popularności. A Behemoth? Cóż, przygotowuje się do blisko rocznej krucjaty po całym świecie. I tu mam jedyny mały zgrzycik, bo gdzieś tam mam delikatne wrażenie, że w tym całym zamieszaniu, szumie medialno – promocyjnym umyka istota, czyli muzyka.BehemothTrumpets

Zatem – do rzeczy: ile razy pada słowo „szatan” na tej płycie? Liczcie, liczcie, podpowiem, że dużo. I to świadczy najlepiej, że nic nie zdołało stępić zespołowego ostrza, ba, Behemoth jest chyba w 2014 roku najbardziej bluźnierczym tworem, co potęguje jeszcze zakres oddziaływania. Nergal zapewne śmieje się do rozpuku widząc, że o jego bezeceństwach i bluźnierstwach rozpisują się poważni dziennikarze, szukając w nich prawd uniwersalnych. Ok., podpowiem zatem, że jedyną prawdą uniwersalną, jaką mogę ”The Satanist” przypisać jest: „napierdalać!”. To wyświechtane słówko definiuje muzykę zespołu równie dobrze co najeżone technicznym żargonem elaboraty. Poprzednia płyta była swego czasu uznawana za szczyt możliwości, dlatego zapewne dzisiaj Behemoth brzmi bardziej wulgarnie, w pewnym sensie prościej a nawet bardziej rock’n’rollowo, co powoduje, że muzyka stała się miejscami wręcz przebojowa. Oczywiście, nadal w konwencji death/black. Choć, zdaniem zespołu bardziej black. Bezpośredni cios ma jednak całkiem dużo odcieni. Tym razem zespół bardzo często zwalnia, lekko rozrzedzając muzyczny miks, wpuszcza nieco powietrza w struktury, niejako kumulując poszczególne elementy – jeśli jest przestrzennie, to zdecydowanie i z dużą dawką patosu, jeśli mamy nakurw, to na pełnych obrotach. Świetnie w tym wszystkim brzmi perkusja Inferno, który może nie posunął swojej sztuki do przodu, ale za to wykorzystał zestaw maksymalnie, dodając jakieś drobne ozdobniki (chociażby użycie rototomów…) i wraz z realizatorem wycisnął chyba najpełniejsze brzmienie swojego instrumentu. Warto wgryźć się w pracę gitar, bo miejscami mam wrażenie, że Nergal nasłuchał się sporo awangardowego black metalu znad Sekwany. Doskonale – wreszcie – słychać bas, z każdego składnika behemoth’owej sztuki wyciśnięto tu maksimum. Jestem pod wrażeniem niejednoznaczności stylistycznej tej muzyki, pulsujących pod skórą gitarowych dysonansów, świetnych, rockowych solówek i luzu, czającego się między dźwiękami. Cóż, dzisiaj spięcie dupy ustąpiło miejsca pewności, swoje zrobiło też zgranie zespołu, który od dziesięciu lat występuje w niezmienionym składzie. W zasadzie jest to płyta, która może być rozpatrywana tylko w dwóch kategoriach: kocham albo nienawidzę.

Behemoth to arogancki pewniak, który lubi wsadzać kij w mrowisko, nic sobie nie robi z niezadowolonego kościoła, choć jednocześnie nie boi się pokazać, że nieobce są mu typowe, ludzkie bolączki. Przyznam bez bicia, że jakiś czas temu przemądrzale twierdziłem, że to już koniec i zespół się zwyczajnie rozmyje. Dzisiaj z zaskoczeniem obserwuję, że zamiast rozmycia mamy do czynienia z jeszcze ostrzejszą kreską, którą Ner i koledzy podkreślają swoje fuck off rzucone całemu światu. Niezależnie od tego, co tam się komuś podoba czy nie. Można nie lubić, trzeba szanować. Można szanować, ale nie rozumieć. Tak czy inaczej, nasz najlepszy, eksportowy ekstremista znowu rozwija czarne skrzydła…

Arek Lerch