BEHEADING MACHINE – Narcobiological Upgrade (Loud Now!)

Patrząc na Behaeading Machine uświadamiam sobie z nostalgią, jak bardzo… stary jest już Decapitated. A to dlatego, że krośnieńska kapela doczekała się wreszcie godnego następcy. Co ciekawe, także z Krosna. Problem (choć dla zespołu to akurat duży plus), w tym, że  muzykę, jaką przedstawiają na „Narcobiological Upgrade”, Decapitated zaczął grać dopiero gdzieś w okolicach „Organic Hallucinosis”. Uczeń przerósł mistrza? Może jeszcze nie, ale obrany kurs jest jak najbardziej prawidłowy…


Debiutancka płyta ujrzała światło dzienne za sprawą starań samego zespołu, co świadczy o zmianach, jakie zaszły na rynku. Gdyby zaczynali gdzieś w 2000 roku, mieliby zapewne kontrakt z Earache czy innym Ostrzem w kieszeni. Czy to jednak jest aż tak istotne? Debiutancki album po brzegi zapełniają żwawe pieśni, w których technika bije się o palmę pierwszeństwa z doskonałymi riffami. Mechaniczny puls, jaki towarzyszy od samego początku, wprowadza w trans. To jest właśnie sedno recenzji – z ostatnio przesłuchanych płyt tylko Parricide i Ketha trzymały mnie za ryj do ostatniej sekundy.

Beheading Machine nieźle kombinuje już w ramach aranżacji. Ktoś, kto zna „Carnival Is Forever” i dokonania Meshuggah, na pewno znajdzie tu coś dla siebie. Charakterystyczne, cięte, co i rusz niesymetrycznie akcentowane riffy na podkładzie mocno i precyzyjnie bijącej sekcji, warczący, czytelny bass i całe mnóstwo zgrzytów, brudnych ale absolutnie kontrolowanych dźwięków nie pozwalają przez 32 minuty na oddech. Grupa ma w zanadrzu mnóstwo ciekawych zagrywek, pozornie znanych, ale stosowanych w ciekawych zestawieniach. Chwała, że nie nadużywają blastów, które oczywiście są, ale dokładnie tam, gdzie być powinny. Zaskakująca jest dojrzałość tej muzyki i zdecydowanie, z jakim zespół trzyma na wodzy własne emocje. Ten zimny, industrialny niemal puls (szczególnie w „The Psalm of Tripping God”…) przywodzi także na myśl dokonania Fear Factory.

Przejdźmy zatem do konkretów. Fajnie, że zespół na wprowadzenie, zamiast jakiegoś przerażająco śmiesznego intro, zapodał instrumentalny wałek „It’s A Depression” z natrętną partią świdrującej gitary. Potem atakuje szatkującą machiną „Prospect from the 3rd Eye” a dobija wściekłym i cholernie precyzyjnym „Chaos Reigns”, gdzie na kolana kładą mnie partie gitary. Czy to na pewno nagrywał człowiek?! Oczywiście, słychać też, że zespół studiował klasykę gatunku – w takim „Dead Man’s Life” riffy są niemal esencjonalnie death metalowe. Klimat ekipy Vogga słychać wyraźnie w „Chapter of Life”, znakomicie pracują niesymetryczne gitary w „H8W4R” (zwróćcie uwagę na krótkie, ale zaskakujące solo…) a osobistym faworytem jest na dzień dzisiejszy „Recapitulation” – to taka wizytówka Beheading Machine, streszczenie całej płyty – jest i wściekły blast, dużo rytmicznej gmatwaniny, ale też i momenty bardzo niepokojące, niemal klimatyczne.

Nie wiem doprawdy jak zdefiniować muzykę. Z przesłuchania na przesłuchanie bardziej zakochuję się w tej płycie i w zasadzie nie widzę tu słabych punktów. Techniczny deathcore? Mechaniczny death metal? Jak by nie nazwać tej muzyki, Beheading Machine postawili poprzeczkę bardzo wysoko i po raz kolejny udowodnili, że talent i pracowitość prowadzą do sukcesu. Muzycznego, bo na komercyjny w tym zwariowanym i nieprzewidywalnym świecie bym nie liczył. Chociaż, skoro ich ziomkom się udało, to czemu nie?! Mają w sobie młodzieńczą pasję, chęć eksperymentowania, hardcore’ową wściekłość i technikę starych wyjadaczy. Zasługują na wyróżnienie? Jak najbardziej…

Arek Lerch