BEASTMILK – Climax (Svart Records)

Najbardziej lubię takie sytuacje, które w pozytywny sposób wytrącają mnie z równowagi i każą mi definiować sobie wszystko na nowo. Oczywiście dość trudno jest mi na dzień dzisiejszy odnieść to do muzyki, ale pamiętam taki czas w swoim życiu, kiedy każda nowo poznana płyta miała szansę być wydarzeniem wpływającym na moje dalsze losy. Brzmi to może śmiesznie, ale pewnie nie pisałbym teraz tych słów, gdybym kiedyś nie odważył się na przykład na zakup kasety „Legion” zespołu Deicide. Ten ciąg przyczynowo-skutkowy jest jednak o tyle dziwny, że muzyka Beastmilk niewiele ma wspólnego nie tylko z Deicide, ale z metalem w ogóle. A jednak „Climax” jest właśnie tą płytą, na którą w pewien chłodny poranek nieświadomie czekałem.

Jest taki album Motörhead, który zwie się „Another Perfect Day”. Wielu swoim dniom mógłbym przykleić taki tytuł, ale na pewno nie temu, bo choróbsko jakieś zmusza mnie do picia alkoholu podgrzewanego w garnku (samego siebie oszukuję, że to lekarstwo) i jeszcze narzuciłem sobie areszt domowy w nadziei na szybsze ozdrowienie. W każdym razie zasadniczo nie szukam „perfekcji” ani w życiu, ani w muzyce i pojęcie to samo w sobie trochę mnie bawi, ale jeśli potraktować je jako zwyczajny komplement, to Beastmilk właśnie sobie na niego zasłużył. Nie chodzi w tym momencie o to, że „Climax” (jakże adekwatny do zawartości tytuł!) wyraźnie nawiązuje do postpunka i nowej fali i że słuchając tej płyty przypominam sobie jak bardzo kocham wczesne nagrania The Cult, Siouxsie and The Banshees czy Joy Division. Nie, bo wszystko to byłoby chuja warte, gdyby za całą tą stylizacją nie stały dobre utwory, oparte na chwytliwych melodiach i starannie do nich dobranych słowach.Beastmilk photo 1 (web)

Wybaczcie te wulgaryzmy, ale ja w gruncie rzeczy jestem człowiekiem prostym i cieszą mnie rzeczy przyziemne. Najbliższa muzycznego Olimpu wydaje mi się dzisiaj muzyka pop, a nie jakaś natchniona narkotykowym odlotem awangarda (choć i ta miewa czasem swój urok). I tutaj mamy właśnie taką wrażliwość rodem z najlepszego popu, a więc chwytające za serce melodie i słowa, które przynajmniej w moim przypadku przywołują z pamięci przeróżne obrazy. Nie lękajcie się jednak o swoją reputację fanów rzeczy ambitnych i alternatywnych, bo mimo wszystko pod względem brzmienia daleko muzyce Beastmilk do list przebojów popularnych rozgłośni radiowych, więc chwaląc się słuchaniem „Climax” w najgorszym wypadku otrzymacie łatkę hipsterów (a i to wydaje mi się mało prawdopodobne).

W przypadku muzyki tak mocno nawiązującej do wzorców z przeszłości największym triumfem jest zawsze to, że potrafi ona sięgnąć pułapu zarezerwowanego dla klasyków. Nie zdarza się to często, ale akurat Beastmilk ma w sobie tyle „iskry bożej”, że zarzut braku muzycznego nowatorstwa jest tutaj tak samo na miejscu jak bożonarodzeniowa stylizacja w połowie listopada. Już otwierający tę płytę „Death Reflects Us” sprawia, że wyciągam rękę by podpisać cyrograf oddający moją duszę we władanie tej muzyki, co sam zespół trafnie podsumowuje utworem „You Are Now Under Our Control”. Na wysokości „Ghosts Out Of Focus” nie jestem już w stanie udawać nieczułego twardziela (co i tak wychodziło mi dość słabo) i mój chłodny nihilizm ustępuje miejsca jakimś niezdrowym rozważaniom, które doskonale wpasowują się w apokaliptyczne wizje roztaczane przez pana wokalistę i akompaniującą mu trupę.

I o ile zazwyczaj miano „albumu tygodnia” traktujemy na łamach Violence jako pewnego rodzaju wyróżnienie, tak w tym przypadku jest mi aż głupio wkładać wyjątkowość tej muzyki, choćby nawet bardzo subiektywną, w tak skromne ramy czasowe. Nie jest to bowiem płyta, o której zapomnę za tydzień czy za miesiąc. Mam nawet przeczucie, że będę do niej wracać jeszcze przez wiele lat. Oczywiście o ile dane mi będzie jeszcze trochę pożyć, co przecież nigdy nie jest pewne. W końcu, jak śpiewa Kvohst, „death reflects us in its mirror”.

Michał Spryszak