AZURE EMOTE – The Gravity of Impermanence (Selfmadegod)

Jest takie prasłowiańskie określenie „groch z kapustą”. Oznacza ono ni mniej ni więcej totalne wymieszanie różnych składników, zazwyczaj bez logicznego uzasadnienia. Burdel po prostu, bo powyższy zwrot ma raczej konotację negatywną. Okazuje się jednak, że nie zawsze, bo pasuje też do najnowszej, drugiej płyty Azure Emote – zespołu, którego nie ośmielę się nazwać normalnym…

 

 

W minionych latach często podkreślałem, że eklektyzm jest jedyną drogą rozwoju muzyki, szczególnie w dobie całkowitego niemal wyeksploatowania środków i braku szans na jakąkolwiek nową rewolucję. Słowo eklektyzm, będący miękkim eufemizmem owego  „grochu i kapusty”, nie zawsze miało swoje uzasadnienie w dźwiękach, jednak w przypadku „The Gravity of Impermanence” jest uzasadnione w 100%. Powiem więcej – tak popieprzonej płyty nie słyszałem od czasów debiutu Orange The Juice.

Jaki jest zatem przepis na muzykę „The Gravity…”? Otóż… chodzi o brak pomysłu a przynajmniej pozorny chaos, bo nie wątpię, ze muzykanci dobrze wiedzieli, na co się porywają. Jeśli spojrzeć na historię muzyki rozrywkowej, nie ma stylistyki, z której Azure Emote nie spróbowaliby zaczerpnąć choć jednego wątku. Oczywiście, przeważa metal, jednak jest to dość ryzykowne, szczególnie w kontekście niektórych fragmentów, na jakie trafiamy na tym krążku. Wystarczy zresztą rzut oka na listę płac – orkiestra, gromadząca przedstawicieli maczających palce w takich projektach jak Malignancy, Fear Factory, Tristania, Monstrosity, Rumpelstiltskin Grinder, Hate Eternal, Azure EmoteYakuza, Bloodiest, Circle of Animals czy Total Fucking Destruction musiała spłodzić bękarta mocno zmutowanego.

Niewątpliwym sukcesem zespołu jest fakt, że nie starał się stworzyć dzieła na wskroś awangardowego, przez co zapewne mało zrozumiałego dla tłuszczy. Muzyka została sprytnie ujęta w ramy łatwo przyswajalnej rytmiki, która klamrą spina wszystkie poszukiwania i wybryki grajków. Zestawienia są czasami iście paranoiczne. Weźmy np. „Carpe Diem” – niby gotyk. Są wyjące panny, ale jest i metal. Jednak w miarę rozwijającego się, siedmiominutowego kawałka, z każdą minutą staje się jasne, że zespół bardziej puszcza do słuchacza oko niż z napuszeniem chce sięgnąć wyżyn patosu. Muzycy co i rusz przełamują najbrutalniejsze, death’owe riffy dziwaczną elektroniką, która sięga od autoparodii aż po zimny industrial. W niektórych miejscach muzyka brzmi lekko kabaretowo, w innych niczym gore death, pojawiają się skrzypce, gdzieś przewinie się pijany, „zornowski” saksofon. Heller zapodaje blasty i ogólnie eksploatuje możliwości podwójnej stopy, potrafi też połamać pięknie rytm w imię niemal jazzrockowych szaleństw. „Niemal” to dobre określenie dla „The Gravity…”. Grupa pozornie dociera do jądra każdego, muzycznego stylu, choć zawsze, przed ostatecznym rozwiązaniem, kapryśnie porzuca temat i podąża w innym kierunku. Są też miejsca, które poza zdziwieniem, potrafią porazić. Dla mnie – na dzień dzisiejszy – będzie to „The Color of Blood”, naszpikowany zimnymi syntezatorami i elektryzującymi, grobowymi wokalami, brzmiącymi, jakby to sam Ian Curtis wstał z grobu i złożył Azure Emote swoją kontrybucję. Czasami zespół autentycznie wkurza, jak w krótkim interludium „Sunrise Slaughter”, będącym syntezą klawiszowego tła i wrzasków zarzynanego… właśnie, kogo? Co ciekawe, zespół w zasadzie nie tworzy nowej jakości – bazuje raczej na strzępkach muzycznej popkultury, dziergając swoisty patchwork, mający takową jakość udawać. Czyli tworzy alternatywny świat, będący złudzeniem czegoś nowego. I tworzy go ze znawstwem bohaterów świetnego filmu „Incepcja”.  Można w to złudzenie uwierzyć. 

Słuchając tej muzyki miałem totalne wahania nastrojów. Od zdziwienia, przez zaskoczenie i uznanie, aż po rozdrażnienie. 61 minut huśtawki, co utwierdza mnie w przekonaniu, że to jednak pozycja godna uznania jej za dzieło iście apokaliptyczne. A czy przełomowe? We wstępie porównałem je do grochu z kapustą. Efekt taki właśnie jest – sytość, pękający brzuch i operowe wręcz gazy. Nie próbujcie przypadkiem słuchać „The Gravity of Impermanence” pijąc kokakolę.

Arek Lerch