AUTOPSY – The Headless Ritual (Peaceville)

Dość oczywistym jest fakt, że wszyscy się starzejemy i z każdą kolejną chwilą naszego życia przesuwamy się bliżej śmierci. Zastanawiam się, czy w przypadku muzyki nierozerwalnie z umieraniem związanej, jaką niewątpliwie jest death metal, bliskość śmierci wpływa pozytywnie na wychodzące spod palców muzyków kompozycje. Oczywiście nie mam tu na myśli jakichś życiowych tragedii i nagłych wypadków, tylko postępujący proces rozpadu ciała, którego pierwszym widocznym objawem są zazwyczaj zmarszczki pod oczami i siwe włosy na skroniach.

Cóż, jeśli „The Headless Ritual” nie jest potwierdzeniem tej tezy (wszak zawsze znajdą się tacy, co za najlepszy uznają pierwszy album), to przynajmniej udowadnia, że najfajniejsze pomysły niekoniecznie muszą rodzić się w głowach nastolatków. Wiadomo, że dobry bigos musi się przegryźć, a bigos, z którego ulepiona jest ta płyta, dojrzewa w zardzewiałym garnku już od wielu lat i zadowolić powinien każdego wygłodniałego pasibrzucha. Pierwszą rzeczą, która rzuca się tutaj w uszy, jest znakomita produkcja. Pod tym względem to chyba najlepsza rzecz, jaką udało się tym panom wydusić z Fantasy Studios, gdzie nagrali już przecież dość pokaźną liczbę materiałów. Bardzo naturaAutopsylne, a jednocześnie tłuste i potężne brzmienie spokojnie wytrzymuje porównanie z najbardziej klasycznymi albumami Autopsy. Wreszcie naprawdę konkretnie zabrzmiał bas obsługiwany przez Joe Trevisano, który na wcześniejszych wydawnictwach pozostawał jakby trochę w cieniu kolegów, a tutaj wbił się w krwiste cielsko zespołu niczym wygłodniały kleszcz.

Pod względem muzycznym płyta jednocześnie zaskakuje i nie zaskakuje. Nie zaskakuje, bo Autopsy nie zbacza z wcześniej wytyczonej drogi i raczej nikt z dotychczasowych fanów nie będzie zszokowany, ani zbulwersowany tym, co tutaj usłyszy. Zaskakuje, bo po raz kolejny w ramach tej samej formuły udało się zespołowi nagrać płytę inną od pozostałych. Nie diametralnie inną, ale tak samo jak „Acts of the Unspeakable” różniła się od „Mental Funeral”, tak „The Headless Ritual” różni się od „Macabre Eternal”. Jakby nieco mniej tym razem heavy metalu, a więcej punka, motörheadowskich rytmów i psychodelicznego rocka (czyżby duch Abscess podnosił swój gnijący pysk z grobu?). Tym niemniej są to różnice kosmetyczne i tak naprawdę fani zastanawiać się mogą co najwyżej nad tym, czy same kompozycje przebiły te z wcześniejszych wydawnictw, czy może mamy do czynienia ze spadkiem formy. Jeśli o mnie chodzi, to wszelkie wątpliwości rozwiał już promujący płytę „Arch Cadaver”, który wcale nie wybija się jakościowo na tle całości. W sensie, że wszystko tutaj cudnie mi gra i trzeszczy. Zresztą, kto nie uroni ropiejącej łzy przy dźwiękach solówki w „Slaughter at Beast House”, ten nie jest godzien, by grać ze śmiercią w szachy.

Cóż, w moim odczuciu Autopsy wydało właśnie swoją najlepszą po reaktywacji płytę i jedną z najlepszych w karierze. Jeżeli umarli faktycznie potrafią śnić, to „The Headless Ritual” jest mokrym snem dla tym najbardziej posuniętych w procesie rozkładu. Czym taki sen się kończy, niech każdy sobie sam dopowie…

Michał Spryszak