ATHEIST – Jupiter (Season Of Mist)

Powrót Atheist do życia to wydarzenie wyjątkowe nawet jak na ogromną ilość mniej lub bardziej oczekiwanych wskrzeszeń zalewających scenę metalową w ostatnich latach. Ekipa Kelly’ego Shaefera zawsze w pewnym sensie padała ofiarą pecha, a to grając pod prąd oczekiwaniom i trendom, co ustawiło ich w szeregu „wielkich niedocenionych”, a to trafiając do wytwórni, która na całe lata skazała ich albumy na dystrybucyjny niebyt. Jak wiele innych kapel, Atheist powrócił w aureoli zespołu „kultowego”, nagrywając album, który muzycznie wypływa bezpośrednio z dni ich największej chluby. Podstawowe pytanie brzmi – czy w czasach, kiedy technicznym graniem trzęsą Meshuggah i Dillinger Escape Plan, takie granie w ogóle ma rację bytu?

Od pierwszych sekund „Second to Sun” wiadomo, że wielkiej rewolucji nie będzie i że mamy do czynienia z płytą w dużej mierze kontynuującą raczej dźwiękowy gąszcz „Unquestionable Presence” niż przesterowane jazzowe pląsaniny „Elements”. Nic w tym złego, trudno wymagać od kapeli, by po tylu latach wymyśliła się na nowo, o ile oczywiście przedkładamy jakość ponad nowatorstwo. Owszem, „Jupiter” to płyta zachowawcza, która nie przeniosła zespołu na wyższy poziom, ale nie o to przecież chodziło. Atheist przywołał nową płytą wszystkie najsilniejsze atuty swojej muzyki, które uczyniły z nich kapelę wyjątkową w skali całego metalu. Przede wszystkim, od razu rozpoznawalne brzmienie zespołu przetrwało i próbę czasu, i próbę charakteru – muzycy nie zapatrzyli się w nowoczesne trendy, wciąż są pewni swego i nie rozglądają się nerwowo na boki próbując odświeżyć formułę i puścić oko do młodzieży. Kilka miesięcy temu klepałem po plecach Pestilence, który jednak przed nagraniem „Resurrection Macabre” ewidentnie zajrzał w zeszyty młodszym kolegom – Atheist studiuje własne notatki, bez kompleksów bazując wciąż na histerycznym głosie Shaefera, perkusyjnej plątaninie Flynna i „płynących” (sic) gitarach. Przede wszystkim zaś prym nad technicznymi zawijasami wciąż bierze dobra kompozycja i autentyczne emocje, które dystansują „Jupiter” od bezdusznych, wysłodzonych popisówek współczesnych progmetalowców. Atheist gra swoje łamańce jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, każdy riff i patent aranżacyjny konsekwentnie wynika z poprzedniego, a chwytliwe (a i owszem!) fragmenty nie wpadają w nachalną przebojowość. To po prostu znakomita, porywająca płyta – może i „tak się dziś nie gra”, ale co z tego, skoro każdy odsłuch daje tyle radości z obcowania z autentyczną sztuką najwyższych lotów.

W gruncie rzeczy to dość smutne, że metal jest tak naprawdę muzyką „starą”, której tron okupuje wciąż starzejąca się menażeria Parku Jurajskiego. Sprawa Atheist jest o tyle specyficzna, że tak naprawdę przez lata ich niebytu nie pojawił się nikt, kto godnie podniósłby sztandar takiego grania. Czemu tak się stało – to już sprawa na osobny wywód. Grunt, że „Jupiter” to wspaniały album wart postawienia na półce obok klasycznych dokonań Amerykanów. Oby starczyło im silnej woli, by z tak znakomitą muzyką wykuć sobie niszę na obecnej scenie, bo jednak w tłumie starych i nowych zespołów nawet szkapie w sile wieku zdarzy się okuleć.

Bartosz Cieślak