ARCTURUS – Arcturian (Prophecy Productions)

Wielokrotnie zastanawiałem się w jakim momencie życia zastanie mnie nowe dzieło Arcturus. Nie będzie to studenckie Tico z odtwarzaczem kaset i resztkami gnijącego jedzenia („La Masquerade Infernale”), ani czterokilometrowy bieg z empiku do domu z cedekiem w ręku („Sham Mirrors”). Tico zostało zezłomowane (choć w aktualnie posiadanym wozie też można znaleźć jakieś przekąski), a we wszechświecie nie są jeszcze znane siły, które dzisiaj zmusiłyby mnie do biegania. Przez te 10 lat, które upłynęły od premiery „Sideshow Symphonies”, fantazjowałem o przyszłej rzeczywistości z nową płytą Arcturus. Obawiałem się, że wzorem filmowego Virgila Oldman’a („La Migliore offerta”), będę zmuszony ją zaklinać, wyczekując na sen, który nie przychodzi. A premierowy „Arcturian” wycisza lęki, pozwala na kojącą szczerość wobec siebie i pokazuje, że w muzyce czas to pojęcie względne.

Układając sobie w głowie tę płytę na przestrzeni ostatnich lat, suponowałem czarno widząc, że będzie to kogiel mogiel podstarzałego space – black metalu i jaj solowego projektu Simen’a Hestnæs’a („Storm Seeker”). Dzisiaj wiem, że to fakt, z którego należy się cieszyć, bo taki „od zawsze” był Arcturus – w ciągłym ruchu, dziwaczny, niepokorny, łączący kosmiczną „retro-nowoczesność” wizji Jules’a Verne’a i Jean-Pierre Jeunet z surową, metalową formą. Niezobowiązujący, ale angażujący, być może na serio; swobodny w swoim eklektyzmie i jednocześnie epicki. Co rzuca się w uszy na przestrzeni całej płyty, to wspaniałe wyważenie tego, co przeszłe w dyskografii Arcturus i teraźniejsze, dzięki czemu od razu rozszyfrowujemy tożsamość zespołu, by wraz z nim pioniersko poszukiwać utraconego czasu. Na szczęście, fanom Arcturus nie straszne będą eskapady do czasów, w których wiele zespołów postanowiło zniszczyć swoje kariery. Manes („Vilosophe”), Paradise Lost („One Second”), Pyogenesis („Unpop”) czy Midnight Oil z elektronicznym „Redneck Wonderland” – wszyscy oni namiętnie zdradzali swój gatunek. Tak teraz brzmi awangarda w wykonaniu Arcturus, z tym jednak zastrzeżeniem, że w przeciwieństwie do wyżej wymienionych kapel, odszczepienie od macierzy nie jest kompletne. Znajdziemy tu bowiem dużo nawiązań do black metalowego dziedzictwa „Aspera Hiems Symfonia” („Angst”), czy miejscami wodewilowego „La Masquerade Infernale” („Bane”). Potępiłbym próbę dogodzenia starszym fanom, gdyby nie to, że słucha się tego po prostu wyśmienicie, a zespół „rehabilituje się” co chwilę jakimś mniej typowym (nawet) dla siebie utworem. Co także znamienne dla tej płyty, to większa dojrzałość utworów w zakresie kompozycji i aranżacji. Pomimo ich dużej rozpiętości stylistycznej, w obrębie każdego z nich jego poszczególne elementy nabierają kompozycyjnej spójności i aranżacyjnej głębokości. Posłuchajcie tylko z jaką swobodą i pewnością siebie zespół przechodzi w „Crashland” z borknagarowego, skandynawskiego grania do blisko-wschodnich motywów. Przypomnicie sobie wtedy, że „Elegy” Amorphis nagrały dzieci.Arcturus Band

Głównym bohaterem „Arcturian” jest ICS Vortex, bo od niego należałoby zacząć część dziękczynno- pochwalną. Ten „facet od ładnego śpiewania” pozwala tutaj sobie na co tylko ma ochotę. Drugie wyciszenie w „Archer” to Roger Waters z problemami, a w nietypowej dla zespołu psychodelii – „The Journey”, to pasący kozy Demis Roussos z okresu Aphrodite’s Child. Jak zwykle nieco zdystansowany i paradoksalnie emocjonalny, wybiera dla melodii najlepsze skróty do miejsc, gdzie kiedyś mieliśmy dusze, a teraz umieściliśmy portfele. Bruce Dickinson, Peter Garrett, Grutle Kjellson – ICS Vortex potrafi już wszystko i na nikogo nie musi się oglądać. Nie oznacza to bynajmniej, że jego wykonania są perfekcyjne. Odwaga w eksploracji własnych możliwości wokalnych ma również swoją cenę, dlatego bądźmy wyrozumiali dla jego momentami bolesnych falsetów. Inni członkowie zespołu nie zasypywali gruszek w popiele (który z Was nie bawił się kiedyś gruszkami i wszędzie obecnym popiołem?). Klawiszowe partie Sverda nie czerpią już bezwstydnie z Wagnera, nie drobią mozartowskich menuetów. Uderza swoboda w łączeniu różnych smaków, od psychodelii lat ’70 po trip-hop i wyczekiwaną przeze mnie, słyszaną ostatnio na „La Masquerade Infernale” ludyczną cyganerię (jak zwykłem po swojemu nazywać melodykę z piosenki do serialu „Jan Serce”). Pudełkowata brzmieniowo perkusja Hellhammera funkcjonuje już według własnego systemu metrycznego. W zasadzie można byłoby wyciszyć pozostałe instrumenty i delektować się swobodą i precyzją jego gry. Usytuowanie w miksie gitary Knute Magne Valle obrazuje to, co dla niektórych brzmieniowych „purystów” urodzonych w dwudziestym pierwszym wieku może być trudne do zaakceptowania. Postarano się, żeby wyjątkowo solidnie zakopać ją pod innymi instrumentami, co w pewnym sensie zaburzyło czytelność materiału. Z drugiej jednak strony, to silne wkomponowanie tworzy dodatkową głębokość, w którą trzeba zanurzyć głowę i poszukać sobie swoich dźwięków. Chociaż do brzmienia i proporcji instrumentów można mieć zastrzeżenia, mi osobiście taka produkcja odpowiada i jeżeli przedkładacie „Them” nad „Iowa”, to nie powinniście mieć z nią większego problemu.

Czy ten album mógłby być lepszy? Przede wszystkim jest z nami. Bardzo dobry, może trochę wybitny, może zbyt sympatyczny i dojrzały, a w swoim zwariowaniu spóźniony o dobrych kilka lat. Być może zastany w zbyt prozaicznych – bo wcześniej wyidealizowanych – okolicznościach. Nie dowierzając spełnionym nadziejom z przyszłości, analizuję teraz, jak umieścić tą płytę w przeszłości, pośród innych wydawnictw zespołu. To myślenie i gadanie nigdy się nie skończy. To są problemy współczesnego człowieka, na które pochodzący z gwiazd Arcturianie mają zapewne wylane.

Kuba Kolan