ARCADE FIRE – Relfektor (Sonovox/Universal)

W całej, szczekającej zgrai, jaka rozlewa się po świecie trwa niekończące się poszukiwanie absolutu. Każdy zespół ma nadzieję, że uda mu się stworzyć kolejny „biały album”, „Dark Side of the Moon”, następcę „….And Justice For All” czy „Altars of Madness”, o którym będą pamiętać za dwadzieścia czy czterdzieści lat. Oczywiście, 95% takich prób kończy się żałośnie – najczęściej gdzieś na dolnej, zakurzonej, marketowej półce z napisem „okazja”. Ale o tym zdają się już nie pamiętać wiecznie subiektywni i zniewoleni muzyczni pismacy. Pewnie sam się do nich zaliczam, bo właśnie zamierzam ogłosić, że scena indie rockowa dorobiła się swojego „białasa” a zwie się on „Reflektor”.

Arcade Fire to zespół intrygujący. Nie dość, że pochodzą kanadyjskiego zadupia, to jeszcze tworzą muzykę, która kojarzy się z wielkimi metropoliami, Londynem czy Nowym Jorkiem. W dodatku od początku trzymają się w niezmienionym, ośmioosobowym stanie, nawet gdzieś tam wymienili się obrączkami. I właśnie promują swoją czwartą płytę. Już poprzedniczka – „The Suburbs” – sporo namieszała, jednak w kontekście reflektora nie przynosiła muzyki aż tak przełomowej. Wydaje mi się, że dopiero dzisiaj, po latach poszukiwań i eksperymentów udało się zespołowi stworzyć dzieło niesamowicie spójne, gładkie a jednocześnie w bezpretensjonalny sposób przebojowe. Choć raczej radiowych hitów – głównie ze względu na długości utworów – nikt tu nie wykroi. Nawiązując do wstępu – doprawdy, nie wiem, czy za kilkanaście lat „Reflektor” będzie postrzegany jako znak swoich czasów a Arcade Fire staną się Beatlesami sceny indie, jednak na dzień dzisiejszy, co tu ukrywać, zniewolony dźwiękami z tej płyty, śmiem twierdzić, że jakaś szansa na taki stan rzeczy jest. Głowy jednak nie dam, bo w tym oszalałym, umierającym świecie trudno o absolut.

Paradoksalnie, zespół nie odkrył niczego nowego, nie uwarzył mikstury, która olśni „nigdy nie odkrytymi dźwiękami”. Ba, grupa dość wyraźnie pokazuje swoje inspiracje i nie ukrywa palety z barwami, których do swojego malunku użyła. Z tą płytą jest jak z cukierkiem – na początku słodycz a kwaskowaty środek dociera do nas po intensywnym ssaniu. Ta słodycz to oczywiście wszechobecne nawiązania do sceny tanecznej, do dyskoteki lat 70 – tych czy inspiracji Abbą. To usłyszmy już na początku – wstęp i „Reflektor” zapraszają na parkiet, kusząc puszystymi, niskimi częstotliwościami i tanecznym bitem. Niesamowicie przyjemne wrażenie robią te kompozycje, w których łączy się nienachalny zgiełk instrumentów z świetnym, od razu wyczuwalnym pulsem. Podobnie odbieram drugą część „It’s Never Over”, zresztą motyw tańca, zabawy jest dla tej płyty symptomatyczny. To jednak dopiero początek, bo pod taką okrywą kłębią się zespołowe ambicje, wykraczające daleko poza sentyment do synth popu i chociażby funka.Arcade FireW zasadzie słychać, że grupa z ciekawością zerka na każde podwórko. Znajdziemy tu dubowe, delikatne eksperymenty („Flashbulb Eyes”), jest trochę kjurowego zimna, ale także rock. Czasami nawiązujący do Pixies („You Alredy Know”), ale także bardzo odważnie wyginany – „Joan of Arc” rozpoczyna się od hałaśliwego, garażowego riffu a potem miękko skręca w stronę Davida Bowie. Nie gorzej zabawa rozwija się na drugim, nieco spokojniejszym, krążku. Arcade z upodobaniem flirtuje z formułą bluesującego The Bad Seeds w „Awful Sound”, z upodobaniem zalewa nas klawiszowym lukrem („Porno”) i nawiązuje dialog z Talking Heads („Afterlife”). Żeby nie było wątpliwości – powyższe skojarzenia są tylko grą, niejaką próbą namalowania drogowskazu, jednak zespół z gracją unika wulgarnego cytowania, na swój własny, autorski sposób odnosząc się do różnych okresów i muzycznych stylistyk. Tajemnicą pozostaje, jak udało im się ten eklektyczny śmietnik zmiksować w spójną, miażdżącą całość. Zamiast zbitki nie pasujących do siebie pomysłów mamy niesamowity trip. Coś jakby podróż przez nocne, pulsujące miasto na tylnym siedzeniu Cadillaca z martini w łapie. Sama radość, choć do końca nie wiadomo, dokąd zajedziemy. I to jest właśnie kolejna wartość tej płyty. Arcade Fire nie odpowiadają, w jaką stronę podąża ich muzyczna wyobraźnia, nie dają jakiejkolwiek wskazówki, gdzie wylądujemy na piątym krążku.

Arcade Fire wspięło się jako jeden z nielicznych zespołów na poziom, który uprawnia ich do objęcia tronu i wypięcia się na określenie indie, bo „Reflektor” jest pozycją ponadczasową, przynajmniej z dzisiejszego punktu widzenia. Najważniejsze jest, że po lekturze płyty – poza błogostanem psychicznym – mam nieodpartą ochotę na następne dzieło Kanadyjczyków, bo bardzo chcę zobaczyć gdzie ich poniesie. Ale na to przyjdzie mi poczekać pewnie ze dwa – trzy lata.

Arek Lerch