AOSOTH – An Arrow In Heart (Agonia Records)

Kiedy byłem nieco młodszy, na zestawienie dwóch słów: “alternatywa” i “awangarda”, bardzo często padała odpowiedź – Czechy. Dzisiaj, mówiąc „awangarda” i „metal”, zazwyczaj myślimy – Francja. Co powoduje taki stan rzeczy, nie wiem. Dodam za to do tych słów jeszcze kilka – black metal, Deathspell Omega i zwyrodnienie. A na koniec nadmienię, że poniższy tekst jest recenzją najnowszej, czwartej płyty paryskiego zespołu Aosoth

Być może we wstępie przesadziłem, pisząc, że nie wiem, dlaczego Francja tak obrodziła dziwactwami wszelkiej maści. Mam bowiem swoje zdanie na ten temat – to francuskie zaprzaństwo, zadufanie i zarozumialstwo, każące ignorować wszystko, co poza Francją się dzieje. Odzywa się casus Seattle. Odcięci od nowinek, żabojady wymyślają własną wersję muzyki, grając często rzeczy, z kanonami nie mające nic wspólnego.  Aosoth dość późno załapał się na ten trend, grając dotychczas dość zachowawczo. A może ja jestem głuchy, bo poprzednie krążki, które miałem okazję usłyszeć, nie ruszyły mnie aż tak bardzo, no, może jedynie „III” pokazywała większe aspiracje. Tymczasem czwarta płyta tej ekipy okazuje się być jednym z ważniejszych, black metalowych krążków tego roku. Black, jak każda zresztą muzyka, to swoisty paczłork – można z niego złożyć coś oczywistego, ale można też poskładać poszczególne elementy tak, żeby kompletnie do siebie nie pasowały. Aosoth w ramach długich, często ponad dziesięciominutowych kawałków poczyna sobie całkiem odważnie, łącząc klasyczny, prujący flaki black meAosothtal z awangardowymi odjazdami, które z jednej strony ocierają się o surowy ambient a z drugiej o industrializujący horror w stylu Gnaw Their Tongues. Holendrów słychać w dwuczęściowym „Broken Dialogue” – szczególnie „dwójka” to marsz przez piekło szumów, zgrzytów i szaleństwa; na takie rozwiązania trafimy się też i w „Temple of Knowledge”.

Aosoth w ramach długich kompozycji stara się ciekawie rozłożyć akcenty, łącząc wolne, wychodzące z doom metalu pochody z przyspieszeniami (różne odmiany blastowania) i mieleniem w średnich tempach. Znakomicie rozegrane są partie gitar, często mamy pojedynki typowych, oszronionych riffów z niemal noise’owymi buldożerami (ciekawe, że te partie wzajemnie świetnie się uzupełniają…) – co ważne, od strony kompozytorskiej mamy do czynienia z muzyką najwyższych lotów. Agresywne, spiętrzające się ściany hałasu są rozmywane przez ambientujące wyciszenia (dla przykładu – szósta minuta „Under the Nails and Fingertips”), znakomicie budowane jest napięcie płyty. Kunszt aranżacji powoduje, że nie można się nudzić. Nie chce mi się wierzyć, że zespół, który dotychczas nie potrafił przykuć mojej uwagi, teraz sadza mnie na tyłku takimi kolosami jak ponad czternastominutowy „Ritual Marks of Penitence” – to zresztą najlepsza wizytówka grupy, kumulująca wszystkie pomysły – od doom, przez death aż po mroczny black i niemal awangardowe dysonanse, bijące się o palmę pierwszeństwa z brutalnością. Ta ostatnia uwaga jest istotna, bo mimo wszystkich, nietypowych dla stylu rozwiązań, płyta jest niemiłosiernie agresywna, duszna i zła.

Aosoth przeszedł długą drogę do miejsca, w którym śmiało mogę ich nazwać wizjonerami sceny. Zamiast tracić czas na wymyślanie czegoś nowego (a co można nowego znaleźć na tej jałowej ziemi?), zajął się reformacją tego, co już jest. Ogłosił swoje tezy przybijając je do pleców każdego, zarozumiałego black metalowca. Dlatego nawet ortodoksyjni wyznawcy czarnego metalu nie powinni czuć się w kontakcie z „An Arrow in Heart” zbyt pewnie, bo to, co może wydawać się oczywiste, w rękach zespołu staje się czymś zupełnie nowym. Czy „An Arrow…” jest zagrożeniem? W pewnym sensie na pewno, bo burzy wyobrażenie o ekstremie a jednocześnie pozostaje w takim miejscu. Odpycha, ale i hipnotyzuje. W efekcie sam nie wiem, dlaczego nie mogę się od „An Arrow in Heart” oderwać…

Arek Lerch