ANTIGAMA – Stop The Chaos (Selfmadegod)

Jeśli tytuł nowego wydawnictwa miał być symboliczny – udało się. Antigama kończy z chaosem, jaki panował wokół grupy  w ostatnich czasach. Sporo tego było… Po latach dość regularnego działania, gdzieś od  czasu podpisania kontraktu z Relapse coś niedobrego wokół zespołu krążyło. A to zmiana wokalisty, potem problemy z perkusistą… „Stop The Chaos” zwiastuje dobrą nowinę – Antigama wróciła i ma się dobrze. Nawet bardzo dobrze.

 

To była chyba najbardziej zaskakująca zmiana  w składzie zespołu. Zawsze uważałem, że polaryzacja  przebiegała na linii gitarzysta – perkusista i brak jednego z tych elementów spowoduje rozkład Antigamy. Okazało się, że owa polaryzacja zmieniła się w iskrzenie a w końcu w ogień, który doprowadził do rozstania z perkusistą Krzysztofem Bentkowskim.

Tyle historycznych zaszłości, czas na konkrety. Antigama z Pawłem Jaroszewiczem (ex-Vader, Christ Agony, Soul Snatcher) na pokładzie przerywa milczenie nowym mini-albumem, prezentującym odświeżone i zmienione oblicze. I choć Sebastian deklaruje, że to nadal ta sama, dobra Antigama, ja wiem swoje. Nie ukrywam też, że miałem pewne obawy co do kierunku, jaki obierze zespół z bądź co bądź, death metalowym pałkerem za zestawem perkusyjnym. I małej części owe wątpliwości się sprawdziły, choć to, co mnie gdzieś tam może gnieść, paradoksalnie jest dzisiaj największym atutem zespołu.  Na „Stop The Chaos” grupa z niewiernymi rozprawia się od razu.  „E Conspectu” i „The Law” to piekielnie szybkie, zagrane na maksymalnych obrotach, krótkie petardy, zdecydowanie sadowiące zespół w rejonie nowoczesnego, grindującego death metalu. Od razu słychać też zasadniczą  zmianę – z sprawą gry Paula materiał ma niesamowity „ciąg na bramkę”, wręcz rwie się do przodu. Sebastian w tych dwóch utworach wyraźnie skłania się w taką stronę, prezentując dość proste riffy, idealnie pasujące do perkusyjnej kanonady. Dalej – na szczęście – nie jest już tak łatwo.

Przełomem jest „Stop The Chaos”. Tu pojawia się stara Antigama ze schizolskimi riffami i dużo bardziej poszarpaną narracją. Nieco hard core’owy „Find The Function” mami świetnymi pomysłami wokalnymi (szaman Lucas znowu rządzi!!) i łamańcami perkusyjnymi. Mój faworyt to z kolei „Intricate Trap” –  zespół postanowił ożenić kilka pozornie nieprzystających elementów. Klamrą spajającą kawałek jest niesamowity, zagrany mistrzowsko przez Paula, wolny groove z pięknymi tremolami stopy i werbla, są niesamowicie schizofreniczne riffy, oczywiście blasty. Jest też patent, który zawsze robi na mnie piorunujące wrażenie – polirytmiczna zabawa dwoma werblami, grającymi w różnych podziałach, co sprawia wrażenie nałożenia na siebie dwóch, zupełnie różnych rytmów. Szacunek wielki. Koniec płyty, podobnie jak na „Zeroland”, zarezerwowany został dla ambientowo – ilustracyjnego, pulsującego „The End”, który znakomicie wyhamowuje rozpędzony, antigamowy pocisk.

Krótka to płytka, będąca dopiero zwiastunem nowego, pełnometrażowego albumu, ale bardzo esencjonalnie pokazująca kondycję grupy. Dzisiejszy zespół, w stosunku do poprzedniego wcielenia, zyskał kolejny przyczółek, który dotychczas nie był najlepiej eksponowany – koncerty. Ta muzyka jest tak motoryczna, zagrana z nieludzkim wręcz pulsem, że aż się boję, co zostanie z Progresji 18 maja, kiedy będą promować na żywo nowy materiał. Zespół wyraźnie wygładził aranżacyjne meandry, nadając nawet tym najbardziej połamanym popisom odpowiedni drive. Dotychczasowe poszukiwania, które łączyły często bardzo chaotyczne pomysły, dzisiaj są już historią, bo zespół porządkuje muzykę, zostawiając tylko te elementy, które oddają jej żywiołowość. Może gdzieś między powyższymi wierszami można odnaleźć lekką tęsknotę za „starym” zespołem, nie mam jednak wątpliwości, że „Stop The Chaos” prezentuje grupę, która oprócz muzyki zyskała wreszcie tak długo poszukiwaną harmonię wewnętrzną. Oby na zawsze.

Arek Lerch