ANTIGAMA – Meteor (Selfmadegod)

Zanim przeczytacie poniższe słowa, spieszę donieść, że dzięki uprzejmości wydawcy, Selfmadegod, możecie przedpremierowo zapoznać się ze skutkami, jakie na naszej planecie poczynił Meteor. Wystarczy skorzystać z TEGO linka i już weryfikujecie, czy to, co napisałem na temat najnowszego dzieła Warszawiaków ma sens, albo może mija się sromotnie z prawdą. Po wielce obiecującej ep-ce „Stop The Chaos” zespół powraca z pełnowymiarową płytą, która – na szczęście – potwierdza, że wszelkie obawy, co do kierunku, w jakim podążają byli eksperymentatorzy są całkowicie bezpodstawne. Co jednych może cieszyć a innych wręcz przeciwnie.

Z dzisiejszej perspektywy kariera Antigamy jawi się jako czas dość awanturniczy. Kolejne eksperymenty, poszukiwania swojego brzmienia dokumentowane kolejnymi płytami i splitami, zmiany w składzie, wzloty i upadki, dużo by wymieniać. Dzisiaj wydaje się, że zespół wszelkie zawirowania ma za sobą, co potwierdza obecna kondycja, której efektem jest opisywana tu płyta. Z muzycznego punktu widzenia, grupa dokonała małego kroku w bok i zamiast poszukiwać czegoś nowego, wzięła na warsztat amerykański, nasączony grind corem, techniczny death metal. I dzięki temu mentalnie zbliżyła się do poziomu niezapomnianej płyty „Zeroland” która razem z „Meteorem” – w opinii piszącego – stanowi najdoskonalszy w karierze zespołu duet. O ile jednak w przypadku „Zeroland” mamy do czynienia z eksperymentem totalnym, o tyle najnowsze dzieło jest „tylko” ekstremalne w swojej istocie, bez rozdrabniania się na techniczne niuanse. W kontekście „Meteora” poprzednie, wydane przez Relapse krążki „Resonance” i „Warning” jawią się jako okres lekkiego zagubienia w karierze. Jasne, nie chcę się odcinać od zachwytów nad tymi płytami, jednak dzisiaj Antigama to zespół cholernie dojrzały, pewny swego i… bardziej relapse’owski niż kiedykolwiek. Mogą sobie decydenci z Ameryki pluć w brodę, a szef Selfmadegod szelmowsko uśmiechać.

Co powoduje, że „Meteor” stoi, w moim przynajmniej mniemaniu o klasę wyżej niż wymienione wyżej płyty? Być może determinacja a już na pewno udział jednego z najlepszych, polskich pałkerów – Pawła „Paula” Jaroszewicza (Ex – Vader, Decapitated), który dał pogiętym riffom Sebastiana to, czego Sivy, z całym dla niego szacunkiem, nie mógł osiągnąć. Chodzi o miażdżące, niczym nie zakłócone i obłąkane napieranie do przodu. Tak szybka, zdecydowana i jednocześnie napięta Antigama nie była nigdy a nowa muzyka ani przez moment nie przestaje „uciekać”. Z technicznego punktu widzenia jest to dzieło skończone i absolutnie konsekwentne. Owa konsekwencja objawia się w mAntigamaistrzowskim skonstruowaniu narracji płyty.

Zaczynamy zatem od strzałów prosto w pysk, żeby rozmiękczyć przeciwnika – „Collapse” i „The Key”. Wszystko pędzi na łeb, wyraźnie hardcore’owy sznyt riffów pokazuje, że można wspaniale zinterpretować spuściznę Napalm Death i mieć coś swojego w ręku. Agresja wylewa się z głośników i wali w splot słoneczny. Pierwszy punkt zwrotny i jednocześnie wyhamowanie morderczego tempa to „Fed by the Feeling”. Zaskakująca, jak na Antigamę dawka thrash metalu. I kiedy już mamy zamiar stwierdzić, że wiemy o co chodzi, pod koniec kawałka zespół przypomina sobie o tym, że fajnie czasami zrobić kabaret – to jedyne miejsce, gdzie w jakimś sensie ożywa „stara” Antigama. Może nawet wzdycha do czasów, kiedy biegała w krótkich spodenkach? Drugim punktem odniesienia niech będzie „Turbulence”. To przykład jak zmienia się nastawienie zespołu do eksponowania swoich umiejętności i eksperymentu. Rozpoczynający się lekkim, chilloutowym ambientem kawałek przechodzi w rasowy drum’n’bass, by zakończyć się na czymś w rodzaju jazz – noise’owej improwizacji. Mistrzowska dramaturgia i pomysł. Stawkę zamyka zapętlony, mielący „Untruth”, gdzie z jednej strony pobrzmiewa metalowy riff, choć jednocześnie charakter i aranż utworu wyraźnie kieruje myśli w stronę noise rocka. To, co dzieje się pomiędzy wymienionymi numerami jest ekstatycznym nurzaniem się w ekstremalnym i zagranym w mistrzowski sposób death metalu, doprawionym grindem, hardcorem, zespolonym genialnym bębnieniem Paula. Znowu muszę stwierdzić, że garowy w takim zespole jest punktem kulminacyjnym. Tak było w przypadku Sivego, którego wkładu nie sposób przecenić, jednak to Paul nadał muzyce koncertowego charakteru, chowając eksperymentalne zagrywki (których jest tutaj, o dziwo, całkiem sporo…) w idealnym timingu, dzięki czemu ani na moment nie doświadczymy spadku mocy. Płyta ma tak niesamowity puls, że nie sposób się od niej uwolnić, choć jest też, czego nie ma co ukrywać, chyba najagresywniejszym dziełem zespołu. Wściekłość jest wręcz namacalna.

Tworząc „Meteora” Antigama pokazała, że można wrócić po lekkim niebycie z tarczą i wykosić konkurencję, bo nie ukrywam, że w tej niszy wokół warszawiaków zrobiło się nieco pustawo. Może mam jakieś obawy, że zaangażowanie Paula w Decapitated będzie tu problemem, nie sądzę jednak, żeby Antigama chciała go kimś zastępować. Ciągle rozpisuję się na temat riffów i stukotów, a przecież w zespole jest znowu Lucas, który – i tu z całym szacunkiem do Nicka z Blindead – jest idealnym, dla Antigamy wokalistą, bo swoim wrzaskiem i introwertyczną postawą potrafi wprowadzić szamański klimat do nagrań, wyrzucając z siebie mantry, wędrujące meandrami rytmicznych zawijasów. Całość jest jednocześnie bardzo zwarta, przez muzykę trzeba się przegryźć, by usłyszeć bogactwo tej płyty. Nie wątpię jednak, że po propozycję Antigamy nie sięgają raczej miłośnicy bułgarskich melodii. Meteor spadł, ziemia jest zniszczona a na naszych twarzach maluje się uśmiech. Na zgliszczach wciąż żyjemy, nad nami kosmos…

Arek Lerch

Zdjęcie zespołu: Basia Misiurek i Janek Fronczak (JB FOTO)