ANTI-MOTIVATIONAL SYNDROME – The Corridor

W dzieciństwie moja babcia mówiła, że kiedy na niebie pojawi się nowa gwiazdka, znaczy, urodził się człowiek. Nie wiem, ile gwiazd pojawiło się na niebie, kiedy na świat przyszedł zespół Anti-Motivational Syndrome, ale niechybnie musiała być to cała, dorodna plejada…

O tym, że gdzieś tam kroi się intrygujący skład, wiedziałem już od dawna, jednak dopiero teraz, kiedy dotarła do mnie płyta „The Corridor” mogę odetchnąć z ulgą – to nie były żadne mrzonki i faktycznie mamy do czynienia z sensacją. Dla łowców personalnych zaszłości dodam od razu, że personą, kojarzoną przez wszystkich pewnie metalowców, jest tu Ząbek, były perkusista niezapomnianej formacji Yattering. Jeśli jednak ktoś ma nadzieję, na dalszy ciąg death’owych, technicznych łamańców, niech lepiej nie sięga po ten krążek. Perkusista w wywiadzie kategorycznie odcina się od swojej przeszłości, stawiając na granie zdecydowanie bardziej progresywne.

Faktycznie, to, co ma do zaprezentowania grupa, daleko wybiega poza rockowy schemat. Ba, w zasadzie głównym atutem jest łamanie konwenansów i stylów muzycznych. Od pierwszego dźwięku zapadamy się w rozedrganą, wielowątkową materię, którą trudno zgłębić za pierwszym razem. By zrozumieć fenomen grupy, trzeba zapomnieć o muzyce dającej się łatwo szufladkować a przez to bezpiecznej, bo nie budzącej niepokoju.

„The Corridor” należy do zupełnie innej kategorii. Intryguje, drażni zmieniającymi się tematami, zachwyca złożonością partii instrumentalnych i koi nerwy znakomitymi wokalizami. Jeśli chciałbym jednak kategorycznie ocenić/nazwać dźwięki sączące się z płyty, miałbym duży problem. Bo nie wystarczy słowo progresywna, nie wystarczy trans i przestrzeń. To wszystko jest, ale pozostaje wiele niedopowiedzeń. Użyję więc słowa, które jest w tym momencie odpowiednie. Plastyka. Te dźwięki są plastyczne, niemal namacalne, budują obrazy w głowie i niepostrzeżenie zawładną każdym, otwartym umysłem. Miejscami, kiedy do głosu dochodzi mocniejszy riff („Loser” czy „In Hiding”), skojarzenia biegną w stronę Tool, choć chodzi tu raczej o podobieństwo w kształtowaniu materii dźwiękowej niż bezpośrednie zapożyczenia. Obok okazjonalnych, mocniejszych faktur AMS proponuje całe mnóstwo przestrzennych dźwięków, spokojnego falowania, zagranego jednak obłędnie, naszpikowanego niesamowitą ilością pomysłów, niuansów, które powodują, że muzyki nie da się strawić i okiełznać po pobieżnym słuchaniu. Jednocześnie muzyka jest bardzo klarowna, dopracowana i przede wszystkim – to zasługa doskonałych instrumentalistów – płynie, pozwalając delektować się pulsem, wciąga i hipnotyzuje. W tych spokojniejszych pejzażach słychać lekkie podobieństwo do krajowych mistrzów progresji Riverside („Man Almighty” czy „Last Day”). Porównania te jednak świadczą bardziej o bezradności piszącego niż faktycznym pokrewieństwie.

Bardzo trudno ująć w kilku słowach bogactwo „The Corridor”. Zespół długo pracował na to, by stworzyć własny, rozpoznawalny styl; trzeba przyznać, że nie drugiej takiej formacji w naszym kraju. Wydaje mi się wręcz, że polska scena muzyczna jest za ciasna dla formatu muzycznego, prezentowanego przez Anti-Motivational Syndrome i bez lęku możemy wyekspediować grupę poza nasze granice. Problem w tym, że krajowi decydenci wolą promować rodzime piekiełko za pomocą wódki, tzw. kultury ludowej i artystów, którzy nie mają oporów przed spektakularnym skurwieniem się. AMS stoi raczej w opozycji do każdej ze scen – nie na leży do bandy długowłosych piewców diabła, raczej nie po drodze mu z zapitym, rockowym środkiem, jest zbyt wysublimowany, jak na  ogórkowe gusta, każące Kowalskiemu zadowalać się muzyką, którą pozwolę sobie określić hasłem „prawy do lewego – wypij kolego”… Cóż, może troszkę ponarzekałem, ale zawsze wkurza mnie perspektywa, że kolejny, wybitny artysta może zostać nie zauważony. Nie będą pierwsi ani ostatni, ale jakoś mnie to nie pociesza…

Arek Lerch