ZUMA BIRDS – W pogoni za Grateful Dead

Do czego może prowadzić nauczenie się na pamięć „Octopus Garden”? Czy warto uciec z domu aby podążać za Grateful Dead? Kiedy przeminie moda na psychodelę i co ją zastąpi? Jaka jest najlepsza płyta Neila Younga? Jak wygląda scena retro rocka w Hiszpanii? Czy ludzie chętnie przychodzą tam na koncerty? Czy muzyka Zuma Birds ma w sobie jakieś typowo hiszpańskie elementy? Na te i inne pytania odpowiedzi (albo próby odpowiedzi) znajdziecie poniżej. Rozmawiam z wokalistą i gitarzystą madryckiego Zuma Birds – Shakin’ Davidem.

Na początek – o początkach. W większości przypadków, kiedy zaczynasz w młodości słuchać muzyki z lat 60. i 70., robisz to dlatego, że słuchają jej twoi starsi bracia, koledzy, lub ojciec. Jak to wyglądało w twoim przypadku?

Wszystko zaczęło się kiedy miałem jakieś 8 lat. Wybierałem się na kilkudniową wycieczkę szkolną i dostałem w prezencie walkmana. Poprosiłem mojego ojca, żeby nagrał mi na niego pewien kawałek z jednej z płyt Beatlesów, której słuchałem od czasu do czasu w domu, a która spodobała mi się ze względu na utwór opowiadający o ośmiornicy. Tak, tą piosenką była „Octopus’ Garden”, a płytą „Abbey Road”. Przez większą część wycieczki słuchałem tego numeru bez opamiętania, niemalże kompulsywnie, aż w końcu nauczyłem się jej na pamięć. Kiedy wróciłem do domu byłem już inną osobą. To właśnie od tego momentu mam obsesję na punkcie muzyki; jedyną obsesję, dodajmy, bo innych nie mam. Skończywszy z „Abbey Road” sięgnąłem po pozostałe krążki The Beatles, a kiedy miałem już wszystkie, zacząłem poznawać inne kapele: The Rolling Stones, The Who, Led Zeppelin, Queen… A potem łykałem wszystko – od heavy metalu, przez psychodelę, country, punk, rockabilly i folk, aż po jazz. Po dziś dzień odkrywam nową muzykę, czując przy tym to samo, co ponad 20 lat temu w autobusie słuchając tamtego kawałka Beatlesów.

W waszej muzyce bardziej niż Beatlesów słychać jednak Grateful Dead. Zespół, który – przynajmniej w Polsce – jest, moim zdaniem, mocno niedoceniany. Jak to wygląda w Hiszpanii?

U nas Grateful Dead również nie jest specjalnie popularnym zespołem. Cóż, ja trafiłem na nich w czasie, o którym przed chwilą wspominałem, kiedy poprzez recenzje, książki i tym podobne (dostęp do Internetu miało wtedy niewielu) zgłębiałem klasyków lat 60. i 70. Grateful Dead mi się spodobali, ale wcale nie bardziej niż współcześni im JeffersonB1 Airplane, czy The Doors. Jakoś 6 lat później zacząłem zanurzać się w ich nagraniach koncertowych i tym sposobem odkryłem nowe muzyczne uniwersum, które co do joty odpowiadało ideałowi, którego zawsze szukałem: grupa grająca rocka psychodelicznego, która improwizuje bez żadnych ograniczeń, przypominając w tym względzie bardziej skład jazzowy, aniżeli rockowy, a której korzenie tkwią w tradycyjnej amerykańskiej muzyce. GD potrafili zatopić się w cudownej 15-minutowej psychodelicznej improwizacji, aby nagle przejść do country, po którym to bombardowali publikę ogłuszającym hałasem nie z tej ziemi, który to z kolei prowadził ich do wzruszającej ballady – całość kończyli głośną, rockową imprezą. Żaden inny zespół rockowy nie stworzył podobnej muzycznej narracji, która była każdej nocy inna i która zdawała się czerpać inspiracje z samego życiowego doświadczenia.
Było to dla mnie naprawdę uderzające odkrycie, po którym zacząłem zgłębiać twórczość Grateful Dead do tego stopnia, że po dziś dzień potrafię odróżnić koncert z kwietnia 1972 od koncertu z sierpnia tego samego roku po zaledwie kilku minutach jamu na bazie „The Other One”. Założyłem blog muzyczny, „Shakin’ Street”, na którym pisałem niemal tylko o Grateful Dead, mając przy tym pewność, że nikt tego nie czyta, jednakże stało się coś dziwnego: zaczęli się ze mną kontaktować ludzie z różnych części Hiszpanii, którzy mieli obsesję podobną do mojej. Nim się obejrzałem, tworzyłem część deadheadowskiej społeczności, co do której nigdy bym się nie spodziewał, że może istnieć. Jest nas niewielu, a wszyscy są ode mnie nieco starsi, ale spotykamy się raz na jakiś czas i potrafimy spędzać godziny dyskutując o Grateful Dead, zdając sobie sprawę z faktu, że łączy nas więź, jak gdyby nasza znajomość trwała całe życie.

Tak więc warto uciec z domu, żeby podążać za Grateful Dead, jak to zrobiła Suzie z piosenki „Deadhead Suzie”?

Jasne, że warto! W tamtych czasach była to zresztą całkiem częsta praktyka. Mówimy o Stanach Zjednoczonych przełomu lat 70. i 80., w erze post-Watergate, z Reaganem, który chciał zniszczyć wszystkie marzenia generacji lat sześćdziesiątych. Koncerty Grateful Dead, które Jerry Garcia opisywał jako „ostatnia wielka amerykańska przygoda”, były ostatnią przystanią, dzięki której kontrkultura hippisowska mogła trwać. Tysiące ludzi z każdego zakątku kraju odkryło alternatywny styl życia, który polegał w głównej mierze na podążaniu za Grateful Dead koncert za koncertem. Nawet dziś, 20 lat po śmieci Gracii, subkultura deadhead jest w USA całkiem rozpowszechniona, a wśród jej członków znajdziemy osoby takie jak senatorzy, np. Al Franken czy czołowi sportowcy, tacy jak choćby Bill Walton.

Inspirujecie się też kinem i literaturą z USA?

Tak, oczywiście nie jest to inspiracja tak bezpośrednia jak w przypadku muzyki, ale jesteśmy fanami amerykańskiej literatury. Piszę właśnie doktorat na temat północnoamerykańskiej literatury, w którym skupiam się głównie na Kurcie Vonnegucie, którego idee to podstawa mojego sposobu rozumienia świata. Generalnie wszyscy w zespole mamy podobny gust: Philip K. Dick, Jack Kerouac, wspomniany Vonnegut. Często rozmawiamy na ten temat.

Kim jest Easy Rider z pierwszego utworu na płycie?

Nikim konkretnym. „Easy Rider” nawiązuje bardziej do ogólnego pojęcia aniżeli do konkretnej osoby. Odwołuje się do ducha wolności obecnego w amerykańskiej kontrkulturze lat 60. Do tego słynnego mitu autostrady, ciągłego życia w drodze, jedności z naturą, wiatru we włosach – a wszystko jakby poza społeczeństwem, ale w zgodzie z tymi, których los rzuci na twojej drodze. Najbardziej oczywistym symbolem takiego stylu życia jest chyba film „Easy Rider”, stąd też ten tytuł. Podobne zagadnienia porusza utwór „Drifter”.

W pogoni za Grateful Dead

W pogoni za Grateful Dead

W jednym z wywiadów powiedzieliście, że jeśli wasza muzyka ma jakąś cechę przewodnią, będą to zawarte w niej krajobrazy; ta możliwość zamknięcia oczu i przeniesienia się w inne miejsca dzięki niej. W jakie miejsca się przenosicie słuchając tej płyty?

Mieszkam w górach na północny wschód od Madrytu, często odwiedzam też Sierra de Ávila, okolice, w których mieszka moja dziewczyna i koledzy. To są właśnie okolice, który mnie inspirują i które pojawiają się w mojej głowie, kiedy słucham muzyki. Krajobrazy, które spotykam na co dzień: wyglądając przez okno, jeżdżąc na rowerze, podróżując samochodem czy spacerując z psem i narzeczoną. Cóż… nie jest to Wielki Kanon w Kolorado, ale to piękne miejsca, wyjątkowe – pozwalają mi oczyścić umysł, odprężyć się i docenić potęgę planety, na której żyjemy. Wszystkie te emocje próbuję przekazać tworząc muzykę.

No właśnie, często słyszy się od muzyków, że inspiracji dostarcza im natura. W jaki sposób to rozumieć w waszym przypadku?

Uważam, że kontakt z naturą jest niezbędny abyś mógł zrelatywizować swoje poglądy i wartości. W dzisiejszym świecie, świecie wielkich metropolii, w których wydaje się, że ludzkie życie zamyka się w czterech kątach ekranu telefonu czy monitora, spacerowanie po bardziej naturalnych przestrzeniach sprawia, że łączysz się z czymś bardziej pierwotnym, z podstawą naszego bytu. Świat to piękne miejsce, tym bardziej smutne jest to, że większość ludzi nie ma czasu aby zatrzymać się na chwilę i zdać sobie z tego sprawę, tym bardziej, że wcale nie trzeba podróżować do Egiptu czy Kalifornii, aby to piękno odnaleźć: ono jest prawie wszędzie, należy tylko dobrze szukać. Poza tym, spacer pomiędzy górami i drzewami, możliwość zaczerpnięcia świeżego powietrza i obserwowania tego, co dookoła pozwala uświadomić sobie, jak nieznaczące jest ludzkie życie wobec ogromu wszechświata. Wydaje nam się, że ta planeta należy do nas, ale wszystkie te góry i rzeki są tu znacznie dłużej niż my i – jeżeli nie zdążymy doprowadzić do zniszczenia Ziemi – będą tu dłużej. Wiem, że to o czym mówię może się wydać dla wielu osób niepokojące, czy przytłaczające, ale mnie podnosi na duchu. Bo kiedy spojrzy się na wszystkie nasze osobiste problemy z szerszej perspektywy, okazuje się, że wcale nie są tak ważne.

CL

ZUMA BIRDS Contact Lights  Ech, ta globalizacja… Okazuje się, że wcale nie trzeba być z Ameryki, by grać do cna amerykańską muzykę. Przykładów na to jest bez liku, a kolejnym z nich hiszpański zespół Zuma Birds. Zamiast flamenco wybrali blues, zamiast Joana Manuela Serrata – Neila Younga. „Contact Light” to 8 kompozycji utrzymanych w mocno southern rockowym klimacie. Żadna z nich nie rzuci świata na kolana, ale każda ma dobrą melodię i świetny vibe. Zawsze miałem wrażenie, że Grateful Dead czy Neil Young to nieco niedoceniane i nie do końca wyeksploatowane przez tę całą falę retro rocka rejony. Zuma Birds podchodzi do tematu bezpretensjonalnie i bez napinki. Nie chcą nic udowodnić światu, ot, grają i dobrze się przy tym bawią. Czasem tego mi najbardziej w muzyce brakuje – radości. Ten album jest tak przyjemny i wpadający w ucho, że aż dziw bierze, że nie interesują się nimi żadne większe wytwórnie.

Czy jako fani muzyki z lat 60. i 70. jesteście osobami sentymentalnymi? To się w jakikolwiek sposób łączy? Pytam też dlatego, że bycie sentymentalnym nie wydaje mi się typowe dla Hiszpanów; już bardziej kojarzy mi się z Portugalczykami i ich osławionym saudade.

Nie uważam się za specjalnie sentymentalną osobę, ale nie sądzę również, abym był jej całkowitym przeciwieństwem. Zdarza mi się czuć nostalgię czy sympatię na myśl o przeszłości, ale staram się nie popadać w melancholię zdając sobie sprawę z faktu, że te momenty już nie powrócą. Generalnie – wolę się skupić na tym, co dopiero ma nadejść. To ciekawe, że poruszasz temat saudade, bo nasz perkusista to Portugalczyk i być może to on wprowadza do zespołu najwięcej melancholijnego klimatu (śmiech).

Znajdujecie w waszej muzyce jakiekolwiek hiszpańskie elementy? Coś, co odróżniałoby was w ten sposób od innych kapel grających w podobnym stylu?

W „She’s Got Stars In Her Eyes” znajduje się jam z naleciałościami flamenco, ale równie dobrze mógłby się tam znaleźć transowy riff przypominający muzykę Indian czy wykorzystujący którąś z orientalnych skal, tak więc nie powiedziałbym, że flamenco wpływa na nasze brzmienie. Lubimy część hiszpańskiej muzyki, ale nasze inspiracje mają źródła raczej w tradycji angielskiej i amerykańskiej. Odpowiadając na pytanie – nie, nie sądzę, aby w naszej muzyce był jakiś hiszpański element, a na pewno nie wprowadziliśmy go tam w sposób świadomy.

Dobra melodia: jak ją napisać? Gracie muzykę, w której melodia jest podstawą; poza tym udało wam się zrobić całkiem chwytliwe, zapadające w pamięć numery.

Cóż, na to pytanie odpowiedzieć próbowali najwięksi kompozytorzy w historii muzyki, jednak żadnemu z nich nie udało się uzyskać satysfakcjonującej odpowiedzi, tak więc sądzę że ja – a zdecydowanie nie jestem jednym z największych kompozytorów – też takiej odpowiedzi nie znajdę (śmiech). Nie da się w sposób racjonalny wyjaśnić procesu twórczego, nie da się go analizować na poziomie naukowym. W moim przypadku przejawia się na wiele sposobów: niekiedy melodia po prostu pojawia się w twojej głowie, nie wiadomo skąd, i wtedy musisz czym prędzej chwycić za instrument i tę melodię nagrać, zanim ją stracisz; w innych przypadkach dochodzisz do niej poprzez długotrwałe jammowanie, podczas którego z trudem wykluwa się coś na kształt piosenki (niekiedy z kilku godzin grania nie ma żadnych efektów), a innym razem po prostu siadasz i jakby od niechcenia grasz świetny numer, który powstaje od zera w kilkanaście minut. Trudno to opisać bo procesem twórczym nie rządzi żadna logika.

Na waszym koncie na Instagramie znalazłem zdjęcia zrobione na tle wielkiej anteny (czy czegoś w tym stylu). Dlaczego akurat antena? Co to miejsce dla was symbolizuje?

Te anteny znajdują się w górach pomiędzy Madrytem a Ávilą: to okolica, o której wspominałem już wcześniej. Odwiedzam to miejsce bardzo często i za każdym razem robi na mnie wrażenie ten kontrast pomiędzy górskim, bardzo naturalnym, dziewiczym wręcz krajobrazem a olbrzymimi antenami. To obrazuje dychotomię brzmienia Zuma Birds: jesteśmy zawieszeni gdzieś pomiędzy naturą, a psychodelą, czyli czymś co jak gdyby wykracza poza nią. W mediach społecznościowych bawimy się naszym wizerunkiem przedstawiając się jako istoty pozaziemskie, które trafiły na naszą planetę przez przypadek, tak więc kiedy nadszedł czas zrobienia zdjęć promujących nowy krążek, od razu pomyślałem o tym miejscu – wydawało mi się idealnie: nie dość, że w ciekawy sposób oddaje charakter naszego brzmienia, to można było też dorobić historyjkę, jakoby było to miejsce w którym, nawigowani przez anteny, wylądowaliśmy.

Jak sądzisz – skąd ta popularność wszystkiego co „retro” i „vintage”?

Życie składa się z cykli, mody przychodzą i przemijają, a teraz nadszedł czas na modę na „retro”. Cóż, zapewne większość ludzi poddaje się tej modzie, mimo że nie mają pojęcia o epoce, do której ona nawiązuje: słuchają takiej muzyki, czy też noszą takie ubrania dlatego, że to jest teraz cool. Będą podążać za tym trendem tak długo, dopóki na jego miejsce nie wejdzie jakiś inny. Jako fan science fiction mam nadzieję, że za jakiś czas modne będzie noszenie fluorescencyjnych ubrań, a widok gościa w skafandrze na ulicy nie będzie nikogo dziwił. Wtedy bardzo chętnie się przyłączę.

Jak wygląda proces wydania debiutanckiego albumu w Hiszpanii? Jakie problemy napotkaliście?

Mieliśmy to szczęście, że od lat jesteśmy aktywni na tej scenie grając w różnych zespołach, dzięki czemu znamy wielu ludzi, którzy mogli nam pomóc. Tak było chociażby z Nooirax Producciones i Delia Records, które bardzo wspierają hiszpański underground, i które wspólnymi siłami wydają nasz krążek. To bardzo pomocne, bo dzięki temu możesz dotrzeć do znacznie większej liczby osób, niż gdy wydajesz krążek na własną rękę. Wiadomo, że dziś każdy, kto ma choć trochę chęci, może nagrać album w domu i wrzucić go do Internetu, ale bez ludzi, którzy pomogą ci twoją płytę wypromować: umawiając cię na wywiady, wysyłając ją do radia czy portali zajmujących się muzyką, będzie bardzo trudno cokolwiek osiągnąć. Internet i media społecznościowe zdemokratyzowały rynek muzyczny, ale spowodowały też, że musisz liczyć się z ogromną konkurencją. Tym bardziej znacząca jest rola wytwórni płytowych, które mogą być świetnym oknem wystawowym. Często ludzie słuchają danego krążka tylko dlatego, że został wydany w wytwórni, którą szanują.

Widziałem, że gracie na PsicoDela Festival w Madrycie. Dużo podobnych festiwali organizuje się w Hiszpanii?

Wspomniany przez ciebie festiwal to dwudniowa impreza organizowana przez Delia Records w małych salach w Madrycie. Jest u nas więcej takich inicjatyw, ale problemem jest brak publiki. W mieście tak dużym jak Madryt, w którym każdej nocy odbywają się dziesiątki koncertów, trudno jest zmobilizować ludzi aby przyszli na gig nieznanej im kapeli; poza tym udział w koncercie jako sposób na relaks – coś jak wyjście do kina – zdaje się być coraz mniej popularny. Ludzie wychodzą na miasto i nie mają problemu z zapłaceniem 10 euro za drinka, ale taka sama cena za bilet na koncert mało znanej kapeli wydaje się dla nich oburzająca. Tak więc trudno jest sprowadzić na występ osoby spoza kręgu znajomych, a przecież i o znajomych nie jest łatwo, bo choćby byli twoimi najlepszymi przyjaciółmi, nie muszą lubić twojej muzyki. Bardzo się cieszę, że ludzie z Delia Records robią coś w kierunku stworzenia jakiegoś rodzaju sceny.

Czy w Hiszpanii również można zaobserwować swoisty boom na brzmienia psychodeliczne/retro? Myślisz, że popularność tego trendu będzie rosła?

Od kilku lat etykieta pod tytułem „psychodela” jest w modzie. Wiele grup określa się tym mianem, mimo że grają co najwyżej indie rock z niewielkim dodatkiem delayów i reverbów. Wypada mówić, że lubisz taką muzykę, nawet jeżeli w życiu nie słyszałeś ani jednego kawałka Hawkwind czy Quickservice Messenger Service. 10 lat temu, kiedy zaczynałem grać z zespołem Bubble Bones, również obracaliśmy się w podobnych klimatach – lata 70., te sprawy – ale nikt się tym nie interesował. Było wtedy w Hiszpanii mnóstwo kapitalnych grup grających rocka psychodelicznego – można wymienić Rip KC, Viaje a 800, The Soulbreaker Company czy Mater Dronic – które przeszły zupełnie bez echa. Teraz nagle psychodela jest w modzie… Cóż, rozmawialiśmy już o tym.

Wnioskując po nazwie jesteście fanami Neila Younga. Jaka jest twoim zdaniem jego najlepsza płyta i dlaczego „After The Gold Rush”?

Tak, nasza nazwa wzięła się od krążka Neila Younga&Crazy Horse. Jesteśmy jego wielkimi fanami. Zastanawialiśmy się nad tym, jak możemy się nazwać – a ja chciałem aby znalazło się w nazwie słowo „birds”, bo lubię te zwierzęta – i próbowaliśmy przeróżnych rozwiązań. Pewnego dnia słuchałem albumu „Zuma”, jednego z moich ulubionych krążków- spojrzałem na okładkę, na której był ptak i do głowy przyszła mi nasza nazwa: Zuma Birds. Co do najlepszej płyty… To chyba najtrudniejsze pytanie ze wszystkich, które mi zadałeś! (śmiech). Trudno jest wybrać jeden album. Neil Young jest dla mnie przykładem artysty totalnego, który zawsze podążał za swoją muzą i niczym więcej. Wielokrotnie podczas swojej kariery zmieniał styl, zostawiał realizowane projekty w połowie i niezbyt przyjemnie obchodził się z niektórymi z jego współpracowników, ale wszystko to robił szczerze, z pobudek czysto artystycznych – nie po to, by sprzedać więcej płyt, czy coś w tym stylu. Tego rodzaju uczciwość to zjawisko w rocku rzadko spotykane.
„Zuma” to jeden z moich ulubionych krążków ponieważ wiąże się z nim wiele ważnych dla mnie przeżyć z czasów młodości, ale prawie każdy album z lat 70. jest genialny: zaczynając od wspomnianego przez ciebie „After The Gold Rush”, po mroczny „Tonight’s the Night”, pełen transcendentalnych jamów „Everybody Know This Is Nowhere” czy genialny „Harvest”. Nie sposób wybrać jeden krążek. Po dziś dzień Neil Young tworzy arcydzieła takie jak „Psychedelic Pill” z 2012 roku, który to, w mojej opinii, najlepiej oddaje esencję Crazy Horse. Dlatego też, kiedy 2 lata temu graliśmy na Rust Fest – imprezie organizowanej przez społeczność fanów Neila Younga, wiedząc, że większość występujących zinterpretuje bardziej klasyczne rzeczy, zdecydowaliśmy się zagrać „Psychedelic Pill” w całości. Wyszło świetnie i po dziś dzień zdarza nam się wmieszać jakiś fragment tej płyty do naszych koncertów.

Rozmawiał Paweł Drabarek

Banda

En mayoría de casos uno empieza escuchar y gustar a la música de los años 60. y 70. porque sus padres o hermanos mayores la escuchan… Y ¿Cómo era en vuestro caso? ¿Cómo empezasteis a escuchar esta música y que os fascinaba en ella?

Personalmente para mí todo empezó cuando tenía unos 8 años. Iba a ir a una excursión de varios días con el colegio y me acababan de regalar un walkman así que le pedí a mi padre que me grabara una cinta de un disco de los Beatles que solía poner de vez en cuando en casa y que me gustaba por una canción que hablaba de un pulpo. La canción era “Octopus’ Garden” y el disco Abbey Road. A lo largo del viaje escuché esa cinta una y otra vez de manera obsesiva hasta que me la aprendí de memoria, y cuando volví a casa era una persona distinta. Desde ese momento hasta hoy sólo tengo una obsesión en la vida y es la música. De Abbey Road pasé al resto de discos de los Beatles, cuando los tuve todos pasé a los Rolling Stones, los Who, Led Zeppelin, Queen… y de ahí a todo tipo de estilos y grupos, desde heavy metal a jazz, psicodelia, country, punk, rockabilly, folk… A día de hoy sigo descubriendo música nueva a diario y sintiendo lo mismo que la primera vez que escuché aquella cinta de los Beatles en el autobús hace ya más de 20 años.

Aquí en Polonia los Grateful Dead es una banda, diría, un poco subestimada. Y ¿como es en España? Y otra cosa: ¿vale la pena escaparse de casa para seguirlos como ha hecho Suzie?
En España los Grateful Dead no son una banda especialmente conocida. Yo les conocí en esa época que acabo de comentar en la que estaba descubriendo todo tipo de bandas clásicas de los sesenta y setenta a través de revistas, libros y demás (por entonces internet aún era algo que tenía muy poca gente) y me gustaron, pero no más que otros contemporáneos suyos como Jefferson Airplane o los Doors. Fue hará unos seis años cuando empecé a sumergirme en sus grabaciones en directo y ahí descubrí un mundo nuevo que epitomizaba el ideal que siempre había buscado: una banda de rock psicodélico que improvisaba de la manera más libre, sin ningún tipo de ataduras, con una filosofía mucho más cercana a un conjunto de jazz que a un grupo de rock, pero cuyas raíces estaban firmemente ancladas en la música tradicional americana. Los Dead podían perderse en una preciosa improvisación psicodélica de 15 minutos para de repente recalar en un tema country, después caer en un abismo de ruido extraterrestre ensordecedor y volver a emerger con una desgarradora balada de Jerry García que te hace saltar las lágrimas y rematarlo todo con un festivo rave-up rockero. Ninguna otra banda en la historia de la música ha creado ese tipo de narrativas musicales, que eran distintas cada noche y que parecían extraer su inspiración de la experiencia vital misma.
Para mí ese descubrimiento fue una revelación muy impactante y de repente empecé a empaparme de Grateful Dead hasta niveles patológicos, hasta el punto de poder distinguir un show de abril de 1972 de uno de agosto del mismo año con tan solo escuchar unos minutos de una jam de “The Other One”. Por entonces tenía un blog musical que se llama Shakin’ Street y empecé a escribir casi exclusivamente acerca de los Grateful Dead pensando que nadie lo leería, y sin embargo pasó algo extraño: me empezó a contactar gente de distintos puntos de España que tenía una obsesión similar a la mía y, cuando me quise dar cuenta, formaba parte de una comunidad deadhead española que nunca imaginé que pudiera existir. Somos pocos y todos son bastante mayores que yo, pero nos reunimos de vez en cuando y podemos pasarnos horas y horas hablando sobre los Dead, experimentando una conexión como si nos conociéramos de toda la vida.
Y claro que merece la pena huir de casa para seguir a los Grateful Dead. En su día la experiencia de Suzie era algo bastante común. Estamos hablando del Estados Unidos de la segunda mitad de los setenta y los ochenta, la era post-Watergate, con Reagan a la cabeza acabando de un plumazo con todas las esperanzas de la contracultura de los sesenta. Las giras de los Grateful Dead, que Jerry Garcia describió como “la última gran aventura americana” eran el último reducto que seguía activo para la cultura hippie, y miles de personas de todos los rincones del país encontraron un estilo de vida alternativo a la sociedad establecida siguiendo a los Dead concierto tras concierto. Incluso a día de hoy, más de 20 años después de la muerte de Garcia, la subcultura deadhead sigue estando muy extendida en Estados Unidos, donde hay desde senadores como Al Franken hasta deportistas de élite como Bill Walton que se declaran deadheads.

Ya sabemos que os gusta la música americana, pero os gusta también la cine y literatura de Estados Unidos? ¿Es también vuestra inspiración?

¡Claro! Obviamente no es una inspiración tan directa como la música pero nos gusta mucho la literatura. Yo estoy haciendo una tesis doctoral sobre literatura norteamericana centrada en el escritor Kurt Vonnegut, cuyas ideas son un pilar básico para mi manera de entender el mundo, y todos los miembros del grupo tenemos gustos literarios similares: Philip K. Dick, Jack Kerouac, el propio Vonnegut… y solemos hablar bastante sobre libros.

¿Quién es Easy Rider de la primera canción del disco?

No es nadie en concreto. “Easy Rider” hace referencia más a un sentimiento general que a un individuo en particular. Apela a ese espíritu de libertad de la contracultura norteamericana de los sesenta que comentaba que siguió vivo a través de los Grateful Dead: el mito de la carretera, de ser totalmente libre y vivir siempre en tránsito, en comunión con la naturaleza, sintiendo la caricia del viento mientras conduces por una carretera entre montañas escuchando música, al margen de cualquier tipo de imposiciones sociales pero siendo justo y amable con aquellos que te cruzas en tu camino. Probablemente el símbolo más representativo de todo esto es la película Easy Rider, así que me pareció una buena metáfora para utilizar en una canción que tratara ese tema. Otra canción del disco que trata un tema similar es “Drifter”.

Habéis dicho que ´´Si hubiera un hilo conductor creo que sería el elemento paisajístico que tienen todos los temas, ese hecho de poder cerrar los ojos mientras escuchas una canción e imaginar un paisaje a partir de la música´´. Pues, ¿qué paisaje os imagináis escuchando vuestra música?

Yo vivo en la sierra noroeste de Madrid, que es una zona muy montañosa, y también voy mucho a la sierra de Ávila, que es la zona de donde es mi novia y donde viven algunos amigos. Esos son los paisajes que me inspiran y que me imagino al escuchar música. Paisajes que veo al mirar por mi ventana, que recorro montando en bicicleta con mi padre, viajando en coche o caminando con mi novia y nuestro perro. Desde luego no es el Cañón del Colorado pero son lugares preciosos, que me inspiran y me ayudan a pensar con claridad, a relajarme y a apreciar la grandeza del planeta en el que vivimos, y esos son los sentimientos que después intento transmitir cuando toco la guitarra.Zuma

¿La naturaleza es una inspiración para vosotros? En caso afirmativo, en qué sentido?

Desde luego. Creo que el contacto con la naturaleza es algo importantísimo para ser capaz de relativizar las cosas. En el mundo en el que vivimos hoy en día en las grandes ciudades, donde parece que la vida de las personas está limitada a lo que pasa entre las cuatro esquinas de la pantalla de un teléfono móvil o un ordenador, caminar por el campo te hace conectar con una parte mucho más esencial de lo que somos. El mundo es un lugar precioso y es muy triste que la mayoría de gente no tenga un momento para pararse a darse cuenta de ello y, una vez más, no hace falta irse hasta Colorado o Egipto para darse cuenta de ello, sino que esa belleza puede encontrarse en miles de rincones si se busca con detenimiento. Además, caminar entre árboles y montañas, respirando el aire limpio y observando toda la vida que hay alrededor te hace darte cuenta de la insignificancia del ser humano dentro del orden cósmico. Nos creemos que el mundo es nuestro, pero las montañas y los ríos ya estaban aquí mucho antes que nosotros y (si no destruimos el planeta antes) seguirán mucho tiempo después de que nos hayamos ido. Es un sentimiento que a algunas personas les produce una sensación de angustia y vértigo, pero a mí me resulta muy reconfortante y me hace darme cuenta de que los problemas individuales no son tan importantes cuando se observan desde una perspectiva más amplia.
Como os gusta tanto la música de los años 60. y 70. quiero preguntar si sois personas sentimentales. La verdad es que no conozco ningún español que sea una persona sentimental, jaja. Me parece más típico para los portugueses, esa emoción de saudade.
No me considero una persona especialmente sentimental pero tampoco todo lo contrario. Siento nostalgia y cariño por muchos recuerdos del pasado pero intento huir de la melancolía de pensar que esos momentos no volverán a repetirse. Prefiero centrarme en los momentos que todavía están por venir. Sin embargo, es curioso que saques el tema de la saudade porque nuestro batería es portugués así que quizá sea él quien aporte el elemento más melancólico al grupo jaja.

¿Hay en vuestra música algún elemento español? ¿Algo que os distingue?

El tema “She’s Got Stars In Her Eyes” tiene una jam con tintes flamencos, pero de la misma manera que otra canción puede tener un ritmo repetitivo de drone que recuerde a la música india o un riff utilizando una escala oriental, no quiere decir que el flamenco sea una influencia en nuestro sonido. Hay música española que nos gusta pero nuestros referentes musicales son en su mayoría americanos y anglosajones así que no creo que nuestro sonido tenga ningún elemento español, al menos de manera consciente.

Buena melodía: ¿cómo inventarla? Porque es la cosa más importante en este típo de música e yo creo que vuestras canciones son realmente pegadizas.

Pues esa es una pregunta que han tratado de contestar todos los grandes compositores de la historia de la música y no han podido llegar a ninguna conclusión satisfactoria, así que yo, que no soy uno de ellos, tampoco creo que pueda jeje. No existe una explicación racional del proceso creativo, no es algo que pueda analizarse de un modo científico, pero para mí tiene manifestaciones muy distintas. Hay veces que una melodía aparece en tu cabeza como por arte de magia y tienes que ir corriendo a sacarla con un instrumento antes de que se pierda, otras veces, sin embargo, intentas componer un tema concienzudamente a partir de una idea general y puedes pasarte horas dándole vueltas sin resultados satisfactorios, pero otras te cuelgas una guitarra y te pones a tocar algo casi sin pensar y de repente aparece una idea casi completa prácticamente de la nada. Es algo difícil de explicar porque no parece seguir ninguna lógica.

En vuestro Instagram he visto unas fotos con una antena (o algo así) grande. ¿Qué significa? ¿Qué queréis decir por eso? ¿Por qué habéis elegido este lugar?

Esas antenas están en la sierra entre Madrid y Ávila que te comentaba antes. Es un lugar por el que paso muchas veces y siempre me ha parecido muy interesante el contraste entre un paisaje de montaña muy virgen en el que de repente aparecen unas antenas gigantes, y creo que representa muy bien la dicotomía del sonido de Zuma Birds entre ese elemento terrestre, apegado a la naturaleza, y el aspecto psicodélico que apela más al espacio exterior. En redes sociales siempre estamos jugando con la historia de que somos tres extraterrestres que han llegado a la Tierra por accidente y cuando llegó el momento de hacer una sesión de fotos para la portada del disco me pareció que ese era un sitio perfecto, porque además de representar los dos elementos básicos del sonido del grupo también nos sirve para explicar que ese fue el lugar en el que aterrizamos con nuestra nave, atraídos por las señales de las antenas.

Cómo pensáis ¿por qué lo ´´retro´´, lo ´´vintage´´ es tan popular ahora?

Yo creo que en esta vida todo es cíclico, las modas van y vienen y ahora estamos en un momento en el que está de moda lo retro, no porque la mayoría de gente realmente tenga un conocimiento profundo acerca de los referentes a los que alude esa ropa o esa música supuestamente retro sino porque es lo que se lleva y lo que la mayoría dice que es cool. Seguirá siendo así hasta que haya un cambio de corriente y se ponga de moda otra cosa. Yo, que soy muy fan de la ciencia ficción, sigo esperando que lleguemos al punto en que la gente vaya por la calle con ropas fluorescentes y escafandras de astronauta. Entonces sí que me sumaré a la moda.

¿Cómo es todo el proceso de publicar un disco debut en España? Es caro, díficil, complicado o por el contrario? Podéis describir un poco el proceso y decir cual fueron los problemas más grandes?

Nosotros hemos tenido la suerte de que ya llevamos varios años en esto, tocando en otras bandas, y por tanto conocemos a gente que nos ha ayudado bastante, como Nooirax Producciones y Delia Records, dos sellos que apoyan mucho la escena underground en España y que van a editar nuestro disco de manera conjunta. Ese tipo de ayudas son muy importantes ya que te dan una visibilidad y un grado de distribución mucho mayor que si te autoeditas. Hoy en día cualquiera puede grabar un disco en su casa y fabricar una tirada por un precio más o menos asequible, pero si después no tienes el apoyo de gente que vaya a promover ese disco, mandarlo a medios, pincharte en radios y demás es muy difícil llegar a tener ningún tipo de repercusión. Internet y las redes sociales han democratizado el proceso creativo y son un buen escaparate, pero tienes que competir contra miles de artistas que buscan lo mismo que tú. El apoyo de este tipo de sellos independientes es clave porque contribuyen a construir una escena, a conectar bandas afines, ayudar a que los medios les presten atención y crear un público potencial.

He visto que vais a tocar en el PsicoDelia Festival en Madrid. ¿Hay muchos festivales de este tipo en España?

El PsicoDelia es un festival de dos días en salas pequeñas de Madrid que organiza el sello Delia Records. Existen varias iniciativas de este tipo por aquí, sobre todo en las grandes capitales, pero el problema es más el de la asistencia de público. En una ciudad como Madrid, en la que cada noche hay decenas de conciertos, es muy difícil conseguir movilizar una gran cantidad de gente, además de que el concepto de ir a un concierto como una alternativa de ocio se está perdiendo cada vez más. La gente sale de noche y no le importa pagar diez euros por una copa, pero como les pidas pagar diez euros por entrar a una sala a ver tocar a un grupo que no conocen les resulta indignante. Por eso es complicado movilizar público a los conciertos más allá de tus amigos, y al final ellos también acaban fallando porque que sean tus amigos no quiere decir que sean los mayores fans de tu banda, y sin embargo a otra gente que no conoces pero a la que le podría gustar tu música es prácticamente imposible llegar. Por eso, una vez más, es importante la iniciativa de gente como Delia, que intenta crear una escena en la que músicos y público estén conectados.

En vuestra opinión: la música psicodélica/retro va a ser más popular en España? ¿Es más popular ahora que hace 5 o 10 años? Hay un boom de este tipo de música ahora?

De unos años a esta parte la etiqueta ‘psicodelia’ parece estar de moda en España. Muchos grupos se venden como ´psicodélicos´ aunque realmente sólo hacen música indie pasada de reverb y delay, pero parece que la psicodelia de repente es algo cool y que queda bien decir que te gusta aunque no hayas escuchado un disco de Hawkwind o Quicksilver Messenger Service en tu vida. Hace diez años, cuando yo empecé a tocar con mi otra banda Bubble Bones, hacíamos rock psicodélico setentero y no había ningún tipo de interés en ello. Entonces había muchas bandas geniales que hacían música psicodélica en distintos puntos de España como Rip KC, Viaje a 800, The Soulbreaker Company o Mater Dronic que no tuvieron nada de repercusión, y ahora sin embargo todo el mundo se vende como psicodelia porque parece que es una etiqueta de moda. Eso no quiere decir que no haya bandas buenas de psicodelia en España – todo lo contrario, hay muchas bandas muy buenas, pero una vez más volvemos al tema de las modas cíclicas y al absurdo de las etiquetas y la gente que se deja llevar por ellas y moldea sus gustos a partir de lo que está o no de moda.Z2

Y al final: ¿Qué es zuma en vuestro nombre? Eso viene de un album de Neil Young?

Desde luego que viene del título del disco de Neil Young & Crazy Horse. Somos grandes fans de Neil Young y cuando estábamos pensando en un nombre para ponerle a la banda yo quería incluir la palabra ‘birds’ porque me gustan mucho los pájaros. Probamos distintas combinaciones y un día, escuchando Zuma, que es uno de mis discos favoritos, miré la portada (que tiene un dibujo de un pájaro) y el nombre me vino a la cabeza: Zuma Birds. Se lo comenté a mis compañeros, les gustó (o al menos no me dijeron lo contrario jeje) y nos quedamos con él.

¿Cúal es el mejor disco de Neil Young? Y¿por qué After The Gold Rush? ;)

Buff… ¡Probablemente sea la pregunta más difícil de toda la entrevista! jaja Con Neil Young es dificilísimo escoger un solo disco. Él, más que nadie, representa para mí al artista total, que siempre se ha guiado por su musa y nada más. A lo largo de su carrera ha cambiado de registro muchas veces, ha abandonado proyectos a medio acabar e incluso ha dejado tirados a compañeros de la peor manera (que se lo digan a Stephen Stills jaja) y siempre lo ha hecho porque sus inquietudes creativas se lo pedían, no por imposiciones de discográficas, o pensando en qué va a vender más o agradar a sus fans. Ese tipo de honestidad es muy difícil de encontrar en el rock y se traduce en una discografía amplísima y muy variada, con algunos discos menores, desde luego, pero siempre fascinantes.
Zuma es uno de mis favoritos porque lo asocio a recuerdos muy importantes de mi adolescencia, pero cualquiera de sus discos de los setenta es una obra maestra, desde el After The Gold Rush que tú mencionas hasta la oscuridad de Tonight’s The Night, las jams trascendentales de Everybody Knows This Is Nowhere o la preciosa pulcritud de Harvest. Es imposible quedarse con uno solo. Incluso a día de hoy sigue sacando discos impresionantes, como Psychedelic Pill, de 2012, que para mí quizá sea el disco que mejor recoge la esencia de Crazy Horse, y poder decir eso de una banda que lleva tocando más de 40 años es algo excepcional. De hecho hace dos veranos estuvimos tocando en Bolonia, al sur de España, en un festival que se llama Rust Fest que organiza todos los años un colectivo de fans españoles de Neil Young y, como imaginamos que la mayoría de bandas ya iban a versionar todos sus temas más clásicos, decidimos tocar Psychedelic Pill al completo. Fue un gran éxito y a día de hoy seguimos metiendo algún tema del disco en nuestros conciertos.

Por Paweł Drabarek