ZŁOTA JESIEŃ – Nieokreślony rodzaj komunikacji

Doświadczyliście kiedyś uczucia, że koncert albo słuchanie płyty przypominało strzał w pysk? Zastanawialiście się, o co chodzi i mimo, że muzyka was drażniła, wracaliście do niej, żeby jeszcze raz doświadczyć chłosty? Pojawiały się pytania – potrafią grać, czy udają? Taka niebezpieczna zabawa w kotka i myszkę, bez możliwości szczęśliwego finału. Stołeczny skład Złota Jesień i ich płyta „Girl Nothing” to waśnie tego typu potyczka, która może się skończyć bardzo różnie. Ja w pierwszej kolejności powiedziałem: „nie ma szans!” i wywaliłem płytę, by wrócić do niej po jakimś czasie i z oporami próbować zgłębić, o co chodzi. Dzisiaj chyba już wiem i gdzieś poniżej dzielę się swoimi względem tego krążka uwagami. A na dokładkę słowna potyczka z członkami zespołu – Mikołajem (MK), Miłoszem (Mi) i Kubą (K). Niekoniecznie o muzyce i niekoniecznie poważnie…

Za każdym razem, kiedy słucham Waszej płyty, zadaję sobie jedno pytanie: Ile macie lat? Panienkami nie jesteście, więc dawać mi tu…

Mi: Wszyscy mamy mentalnie osiemnaście. A co?

K: 25.

Jak miałem 25 lat słuchałem „Confusion is Sex“ i zastanawiałem się, o co chodzi. Wy w tym wieku gracie tak, jakbyście urodzili się w NY i zamiast Thurstona Moore’a spotkali Kim Gordon. Jak to możliwe?

Mi: Wychowałem się w mieście, w którym dało się tylko dostawać wpierdol i siedzieć na soulseeku. Poza tym ukradłem koledze gitarę. To znaczy pożyczyłem, ale nie chciało mi się jej oddawać po tym, jak gradualnie straciła wszystkie struny.

Interesuje mnie to dostawanie wpierdolu. Ciężko jest na mieście dzisiaj młodym ludziom?

Mi: Nie wychodzę z domu dalej niż do Eufemii. Jeden nocny i spoko. Ostatnio spotkałem tam zwichrowanego typa, który w jednym słowotoku zmieszał HeideggeraZłota Jesień band z Robertem De Niro i się popłakał. To było ciężkie, bo pewnie skończę tak samo, na szczęście póki co są ujęcia wody oligoceńskiej i instagram.

Do socjalu jeszcze wrócimy, na razie skupmy się na „Girl Nothing”. Moja żona, kiedy chciałem jej zaprezentować Waszą twórczość, powiedziała: „Weź, kurna, wyłącz tę stocznię!” Czy można uznać to za komplement?

Mi: Nie. Skoro chciała, żeby wyłączyć, to znaczy, że jej się nie podobało. Stocznie są ładne.

MK: Mój dziadek pracował w stoczni Ustka, ale mu ją po zamknęli po transformacji i musiał pójść pracować jako ochroniarz na budowie szpitala. Czyli nie wiem…

Dawno nie było w kraju zespołu, który tak nonszalancko podchodzi do tematu gitary. W zasadzie dokonujecie na niej gwałtu, przywracając znaczeniu słowu „noise”. To cel, czy efekt czegoś, co nazywam muzyczną arogancją?

Mi: Zawsze tak grałem, nie umiem inaczej, więc możesz nazywać to jak chcesz. Nie lubię i nie umiem grać zbyt wielu akordów, znacznie bardziej interesuje mnie fizyczność instrumentu. Nie chodzi o to, by coś zniszczyć, ale istnieje wiele ciekawych, dźwiękowych rzeczy jakie można zrobić. Jest w tym wiele agresji, nie wiem dlaczego. Russell Haswel powiedział, że bardziej od muzyki interesują go instrumenty i to co można z nimi zrobić. Mnie bardziej od muzyki interesuje przekazywanie intensywnych emocji.

K: No, dokładnie.

Co to jest shoepunk? Jestem fanem szufladek i to określenie bardzo mi się podoba…

Mi: Kiedy graliśmy pierwszy koncert, to musiałem wymyślić jakiś genre. Założenia były takie, by grać ładne melodie bardzo głośno. Wyszło z tego coś innego, ale to dobrze. Koniec końców, nie jesteśmy ani shoegaze’owi, ani punkowi.

I pewnie dlatego dostajecie wpierdol, jako odmieńcy. A w Polsce nie lubi się odmieńców i uchodźców.

Mi: Słuchamy właśnie mikstejpu Lil B z 2015 roku. Bardzo dobry. To znaczy, według mnie jest dobry, a chłopcy tak średnio.

A propos shoegaze’u – co sądzicie o odrodzeniu tego gatunku, albo może o renesansie popularności?

Mi: Shoegaze i np. black metal mają teraz mocniejszą pozycję niż kiedyś, bo to gatunki skrajnie emocjonalne. Dzieciaki z borderem weszły do Internetu i znalazły tam najlepsze, co mogły znaleźć w tej materii. W sumie nie powstało wiele ciekawych shoegaze’owych płyt przez ostatnie kilka lat. Evvolves, A Place to Bury Strangers, płyta „Sports” zespołu Weekend – wszystko super, ale to i tak nie jest czystej wody shoegaze. Nie ma co powtarzać tego, co już było.

Wspomniałem wcześniej o arogancji i trzymam się tego wątku. Wydaje mi się, że dzisiejsze, młode zespoły mają w sobie właśnie ten element arogancji w stosunku do muzyki, własnego brzmienia i sposobu grania. Kiedyś każdy starał się grać technicznie, szlifować swoje umiejętności, tymczasem muzyka np. Złotej Jesieni to dla mnie taki napięty do granic możliwości ciąg świadomości. Skupiacie się na wydobyciu z instrumentów PRAWDY. Wiem, brzmi to strasznie pedalsko, ale inaczej nie mogę…

Mi: Wszyscy jesteśmy gejami, więc może dlatego pedalsko brzmi. Wiesz co, jest coś w tym, co mówisz. Ale nie wiemy, co to jest prawda. Nawet jej nie szukamy.

Chodzi mi o to, że bardzo naturalny sposób osiągacie efekt, który prowokuje ludzi do stwierdzeń w stylu: „Kurwa, przecież oni nie potrafią grać!„.

MK: wychowałem się w domu, w którym słuchało się poprawnej technicznie muzyki, stamtąd wyniosłem niechęć do dobrego warsztatu. nie umiem grać i jestem z tego dumny.

K: W sensie ktokolwiek się zastanawia poważnie nad umiejętnościami nie powinien się zabierać za słuchanie muzyki, tym bardziej za wyrażanie opinii, to trochę różne rzeczy…

Czyli w tym momencie całkowicie zaprzeczasz sensowi istnienia tzw. krytyki muzycznej??

K: Krytyka może mieć różne oblicza i posługiwać się różnymi kryteriami, również tymi z podręczników, spoko jeżeli ktoś chce się ścigać (a u nas to akurat popularne) , chodziło mi bardziej o ludzi, którzy podniecają się bądź są odrzuceni tylko przez skillsy zespołu/sprzęt, na którym grają…

Dlaczego zatem zaprosili Was na OFF-a?

K: Zaprosili nas bo nie potrafimy negocjować stawek a sporo ludzi o nas słyszało.

Mi: Zaprosili nas, bo nie ma prawie żadnych fajnych składów gitarowych w Polsce. Nie, że my jesteśmy jacyś zajebiści. Nie ma zespołów grających muzykę rockową w jakikolwiek nowy sposób. Nie ma żadnej prężnej sceny. Nie dziwię się. Muzyka gitarowa umrze za najpóźniej dwie dekady. A może nie. Nie wiem.Girl Nothing

ZŁOTA JESIEŃ – Girl Nothing  W zasadzie nie dziwię się, że wokół Złotej Jesieni zrobił się szum. Umęczeni dziennikarze i magazyny muzyczne usilnie poszukują czegoś co swego czasu było domeną angielskich bandów gdzieś sprzed dwóch dekad. Arogancja, buta i totalna olewka wszystkich norm, nakazów i konwenansów. A takich zespołów jest jak na lekarstwo. W większości współczesne grupy same przychodzą o dziennikarzy, chcąc udowodnić, że są bardziej amerykańskie niż Ameryka, palcami przebierają szybciej niż Vai i są gotowe zeżreć gówno, żeby ktoś o nich napisał.. Takich żałosnych sytuacji widziałem całą masę, podobnie i koledzy z branży, zatem, kiedy już pojawi się jakiś twór, który stwierdza jawnie i dużymi słowami – „mamy was w dupie”, każdy chce jako pierwszy przybić z nimi piątkę. Warszawski kwartet na „Girl Nothing” udowadnia, że artystyczny underground, twórcza bezkompromisowość, połączone ze świeżością i brakiem zahamowań, mogą zdziałać cuda. Oczywiście, żeby nie było – to co słyszymy na tej płycie wydarzyło się już wiele razy i w różnych zakątkach świata. Stwórzmy zatem kilka punktów odniesienia – niech będą to pierwsze gigi The Jesus And Mary Chain, no, może jeszcze My Bloody Valentine. Do tego dodajmy wkurwiony Sonic Youth, obijający się w zamierzchłych latach po nowojorskim podziemiu. Pozostańmy przy tych składnikach, wyciągnijmy z nich najbardziej zgrzytliwe, wściekłe i niestrojące dźwięki, poskładajmy do kupy, dodając stukającą we wszystkie strony perkusję. Od czasu do czasu perkusję oczywiście wyrzucamy, oddając się rozkoszom improwizacji na rozbitej gitarze, przy rozkręconym na full wzmacniaczu. Ogłuszający huk towarzyszący tym wydarzeniom niech będzie najlepszą puentą – jesteśmy w samym centrum wydarzeń, ogłuszeni i szczęśliwi. Złota Jesień potrafi wyciągnąć z tych sytuacji swój własny obrazek, pogardliwie obracając się do słuchacza dupą. Tam was mamy. Czego bym tu dodał? Może szczyptę melodii, może gdzieniegdzie nieco selektywności, choć z drugiej strony taki nieoszlifowany diament nie wymaga specjalnych zabiegów. We wstępie pozwoliłem sobie na uwagę, że w pierwszym momencie płyta „Girl Nothing” poleciała w kąt, kiedy jednak dałem jej szansę po raz wtóry, okazało się, że przy odpowiednim  – wisielczym, dodajmy – nastroju potrafi zdziałać cuda. Czy chłopaki potrafią grać? Tak, szczególnie, że we własnych rejestrach, własnym nie – strojeniu i świecie, do którego my, stare dziady, wstępu nie mamy. Rock to ponoć rebelia. Jeśli tak, jej strażnikami pozostają dzisiaj takie zespoły jak Złota Jesień.

O, jest dobrze! Nie ma fajnych składów rockowych. Ok, ale nie każdy chce słuchać Złotej Jesieni czy Girl Band. Nie dajecie szans połowie składów z tego kraju…

Mi: Uściślę, nie ma składów rockowych grających muzykę, która interesuje mnie, Miłosza Cirockiego. Duży Jack był w jakimś stopniu interesujący na żywo pod względem energii, ale się opierdalają z wydaniem płyty. Poza tym jest scena hc i tam się coś dzieje, ale to nie jest mój świat. Ed Wood spoko, Kaseciarz spoko, wiele rzeczy spoko. No dobra, da się coś wyłuskać, ale to nie są składy, które powstały w ciągu ostatnich trzech lat.

K: Melisa wydała zajebisty materiał przed miesiącem, sam przed wieloma internetowymi zajawkami chodziłem na Ed Wooda, Plum, Woody Aliena i w chuj rzeczy przeżyłem na tych koncertach, nie mówiąc, że płyty też mieli fachowe.

Mi: Post-metal, sludge, post-hc, średnio się w to wkręcamy.

Macie komfortową sytuację – wywracacie gitarowy hałas do góry nogami a wokół wszyscy się Wami jarają. Obserwuję wręcz coś w rodzaju snobizmu: „Nie kumam o co im chodzi, ale lajkuję„…

Mi: Nie widzę miejsca, w którym cokolwiek wywracamy. Próbujemy grać coś, czego wcześniej w ogóle nie słyszeliśmy i dawać upust swoim uczuciom, których nie umiemy przekazać inaczej niż muzyką. Dla mnie Złota Jesień brzmi dokładnie tak, jak miała brzmieć. Na pierwszych próbach próbowaliśmy grać cudze kawałki, ale brzmiały jak my. Nie ma więc sensu udawać brzmieć jak ktoś inny, skoro mamy własny styl. Którego sekret nie jest jakiś niesamowity. Rozkręć tani wzmacniacz na 10 i masz Złotą Jesień.ZJ band2

Czyli, panowie, wracamy do czegoś w rodzaju atawistycznego podejścia do dźwięku… Docieracie do swojego pierwotnego „ja”?!

K: I właśnie chodzi też o to, że nie do końca bo to tylko kopuła brzmienia – sam nie wiem o co chodzi Miłoszowi piszącemu te utwory, co dopiero jakiś przypadkowy słuchacz. Staram się dowiedzieć, i to w sumie wychodzi ze mnie na scenie. Jakiś nieokreślony rodzaj komunikacji. Jeżeli kogoś innego to ciekawi to spoko, bardzo dobrze, ale nigdy nie będzie jednego wytłumaczenia, powodu, tekstu utworu. A co do snobizmu – to chyba najbardziej wyświechtane, auto defensywne określenie, które nie wiem, może ma swoje dobre strony? Jak ktoś się na serio czymś interesuje dla samego siebie to chyba ok? Dorabianie innym jakiś łatek, przypisywanie motywacji bez próby poznania drugiej osoby to słaba rzecz.

Mi: Ja jestem snobem, gdyby ktoś pytał.

Jest w tym co mówisz przekora, ale czuję też intuicyjne postrzeganie muzyki – czyli co jest łatwiej zagrać – te bliższe tradycyjnemu rozumieniu fragmenty, czy niemal drone’owe „loty”? Dużo jest w tym czegoś w rodzaju improwizacji?

Mi: Jest u nas bardzo dużo improwizacji, ale staramy się, by nie było to zbyt oczywiste, typu – zwrotka, refren i lecimy z nielogicznym hałasem.

K: Też jest coś takiego, że gramy już kawałki z płyty od kilku lat a ostatnie czego chcemy to żeby przypominały wersje które kiedyś zagraliśmy – nawet gdybyśmy tego chcieli to i tak by nie wyszło bo nie potrafimy zapamiętać. Dla ludzi którzy widzieli nas wiele razy może to się wydać męczące, ale inaczej się nie da.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu