X-NAVI:ET – Powierzchowność jest plagą współczesności…

Koncept „Technosis” uzmysławia mi, że różnice pomiędzy egzystencją człowieka w biologicznym ciele oraz w domenie cyfrowej są nie do przekroczenia, tak jak pomiędzy człowiekiem a robotem, czy cielesnością a symulacją komputerową. Ale oczywiście, mogę się bardzo mylić – opowiada o swojej nowej płycie Rafał Iwański, ukrywający się pod szyldem X-NAVI:ET. Szyld to prawdziwie tajemniczy, ale jeśli sięgniemy głębiej, okaże się, że to nasz dobry znajomy, który udziela się i w Innercity Ensemble, Alamedzie 5 a także w HATI. Tu występuje solo, by jako szaman panujący nad dronami, blachami i innymi, dziwnymi instrumentami, wieść dźwiękową opowieść o zalewającej nas cyfrowej psychozie. Kto zwycięży? Nie wiadomo. Sięgnijcie po płytę i zajrzyjcie w siebie. Może znajdziecie odpowiedź… 

Zastanawiam się, czy – w kontekście twoich innych projektów – można uznać Technosis za album idealny, spełniający twoje ambicje?

Nie mam pojęcia. Staram się nie zadawać sobie takich pytań – faktem jest, że tym razem postanowiłem znacznie podwyższyć poprzeczkę, co oznaczało np. nagrywanie tracków, które wydawały mi się bardzo trudne do realizacji od strony technicznej. Jestem bardzo zadowolony z tego albumu, ale nie jestem w stanie już go słuchać, przynajmniej teraz po premierze. Najbardziej kręcą mnie koncerty, te które zagrałem w listopadzie i te które będę grał w 2017. Nie ukrywam, że bardzo lubię grać koncerty solo – bo to zawsze spore wyzwanie i próba sił.

Czy taka muzyka jak twoja, związana jednak z elektroniką, pewnymi, elementami programowanymi itp., ewoluuje na koncertach? Jaki jest stosunek tego co słyszymy na koncercie do tego co jest narafal-iwanski-aka-x-navi-et-foto-anna-mehring płycie? Pozwalasz sobie na dużą swobodę?

To bardzo ciekawe zagadnienie. Koncerty dają mi możliwość ponownej eksploracji na żywo nagranych już utworów – pozwalam sobie w ramach zamkniętych, jak mogło by się wydawać struktur, na eksperymenty np. z feedbackiem czy mocnym podkręceniem niskich częstotliwości, zmianami dynamiki partii „perkusyjnych” (to operacje na mikrofonie kontaktowym + blach), itp. Ponadto większość utworów, zanim zostanie nagrana, zostaje porządnie ograna na koncertach – co pozwala mi dobrze je poznać, ich słabe i mocne strony. Granie koncertów to proces nieustannych udoskonaleń, drobnych lub większych zmian; część utworów zostaje z czasem usuniętych z repertuaru, inne nagle eksplodują podczas prób i same wręcz domagają się by je zagrać. Podsumowując: w zależności od konstrukcji utworu, pozwalam sobie na mniejszą lub większą swobodę. Każdy koncert jest nieco inny, choć od momentu kiedy postanowiłem niedawno grać do 45-minutowego video Anny Pilewicz, sprawy zostały bardziej zwarte w przedziałach czasowych (gram pod kilkuminutowe sceny filmowe, a jest ich 7 lub 8, tyle ile scen dźwiękowych czyli utworów). Niemniej nadal mam nadal sporo miejsca na eksperymenty brzmieniowe, pewne zmiany układu elementów (warstw), itp. Nigdy się nie nudzę – i staram się by słuchacze się nie nudzili.

Na płycie zaskakuje mnie wycofanie faktur rytmicznych – czy wynika to z twojej pracy w innych zespołach, gdzie jednak rytm ma większe znaczenie? Na „Technosis” obcujemy z czymś w rodzaju podskórnego pulsu, który nie jest generowany przez typowe instrumentarium. W zasadzie mam wrażenie, że trzeba sobie ten rytm „dosłuchać”…

To dość świadome wycofanie się ze sfery muzyki, gdzie rytm grany przez zestaw perkusyjny czy maszyny perkusyjne jest elementem dominującym. Mam do czynienia z rytmem dość sporo, jako perkusjonista – np. w Alameda 5 czy Innercity Ensemble, zwłaszcza w ostatnich kilku latach. Jak wiadomo, większość muzyki słyszanej w eterze czy sieci opera się na rytmach, z reguły dość prostych. Więc może podświadomie staram się eksplorować rejony nie tak oczywiste pod kątem rytmicznym… Podskórny puls jest w mojej muzyce elektro-akustycznej czymś niezwykle istotnym, cieszę się, że o to pytasz. To jak tętno czy krew płynąca w żyłach… Jeśli chodzi o dostukiwanie, to mogę powiedzieć, że nieraz (z reguły wstawieni) ludzie na koncertach dostukują sobie rytm do moich pulsacji np. na butelkach po piwie, tak bardzo go chyba pragną. Faktem jest, że na koncertach warstwa rytmiczna mojej muzyki jest bardziej wyrazista i mocna, pulsacje są naprawdę silne, wydaje się, że mogą mocno oddziaływać na mózg i percepcję (element psychoaktywny). Niemniej, moim celem nie było na przykład dosłowne odzwierciedlanie za pomocą muzyki zjawisk związanych z technologią, jak to ma miejsce w muzyce techno (z reguły dość mocno uproszczonej pod kątem muzycznym), jak np. repetytywność sygnałów wychodzących z maszyny, etc. Nie interesuje mnie ogólnie zbytnio zjawisko muzyki techno, co w pierwszej chwili może sugerować tytuł albumu. Raczej bardziej interesuje mnie oddziaływanie dźwięków na ludzki mózg.

Podoba mi się słowo „oddziaływanie”. Trochę kojarzy się z narkotykami, wizjami, transem. A jak wiadomo, z taką muzyką często wiążą się różnego typu używki – jak odnosisz się do takich sposobów poszerzania świadomości?

Zarówno pod wpływem różnych używek jak i pod wpływem psychoaktywnych dźwięków otwierają się pewne receptory w mózgu. Stany transowe, deprywacja sensoryczna, głodówki są od tysiącleci znanymi technikami, których celem jest poszerzanie świadomości, uzyskanie odpowiedzi na ważkie pytania filozoficzne czy duchowe, czy dosłownie kontakt z duchami i bóstwami (głównie poprzez opętanie lub kontrolę nad nimi). Jeśli kogoś to ciekawi, obecnie cała moja muzyka powstaje na trzeźwo – a już sam fakt obcowania z moim instrumentarium, zarówno w domu podczas prób i nagrań czy na koncertach (wtedy znacznie mocniej) sprawia, że jestem podekscytowany i wkraczam w nieco inny stan świadomości. Nie da się ukryć, że to dość mocno uzależniające – jak np. pewnie dla innych uprawianie sportu, gry komputerowe czy twarde narkotyki. Niemniej, kieliszek wódki (dla animuszu) czy piwo po koncercie jest dla mnie przyjemnością, no ale oddziaływanie alkoholu w małych ilościach jest dla mnie niezbyt psychoaktywne – porównując np. do koncertu granego w dobrych warunkach technicznych (tak – grając mam tzw. fazę!) czy jazdy na rowerze przez las.

Powierzchowność jest plagą współczesności...

Powierzchowność jest plagą współczesności…

Idąc tym tropem – zdarza Ci się podczas koncertów „odlatywać”, wpadać w kwaśny, mentalny trip? Chodzi o stan transu, który powoduje, że np. po sztuce nie pamiętasz co się działo, czy jednak jest pełna kontrola i 100% świadomość?

Jest pełna kontrola i świadomość tego co robię, a po koncercie dodatkowo zawsze na dodatek włącza mi się analizowanie tego co i jak zagrałem; staram się wtedy to zapamiętać i brać do serca, by następnym razem sprawdzić chociażby czy to dobre pomysły. Generalnie przed, w trakcie i po koncercie mój umysł (i ciało – zwłaszcza jak gram z zespołami na instrumentach perkusyjnych) działa na bardzo wysokich obrotach. Takie wielokrotne stany na pewno mają odzwierciedlenie w moim całym jestestwie – to nieustanne sprzężenie zwrotne i interakcja. Rozwój jest nieunikniony. Oczywiście fakt, że podczas koncertów „twardo stoję na ziemi” nie oznacza, że nie mam stanów kwalifikowanych jako psychodeliczne. Zakładając, że celem mojej muzyki jest wywoływanie takich stanów – zaprzeczałbym sam sobie. Nie da się ukryć, że są to sprawy, które wciąż zgłębiam i badam – a jak wiadomo, są różne szkoły (np. bębniarzom związanym z kultem voo doo nie wolno wpadać w trans opętania, natomiast syberyjscy szamani mają silne wizje, m.in. poprzez inwokacje i granie na bębnach, poprzez cała sferę dźwiękową i wizualną).

W zespołach HATI czy Innercity Ensemble/Alameda 5 obsługujesz instrumenty perkusyjne, zatem można Cię nazwać multiinstrumentalistą. Masz swój ulubiony instrument?

Moje ulubione instrumenty to po prostu zestawy instrumentów perkusyjnych, które sam sobie wykreowałem przez lata pracy – np. w IE to granite blocks + kilka bębenków darabukka + małe gongi traktowane także mocno perkusyjnie + perkusjonalia (grzechotki, inne tzw. „przeszkadzajki”); natomiast np. w Alameda 5 uwielbiam łączyć granie na bębnach z różnych tradycji etnicznych, tj. djembe + conga + większa darabukka, w dodatku głównie łączona techniką „goła ręka + pałka”. Daje to ciekawe możliwości brzmieniowo-rytmiczne, które wciąż chce się odkrywać… Lubię zmieniać instrumenty i brzmienia, oczywiście, bez przesady… Ale różnorodność warstw perkusyjnych wydaje się dość istotna w obu tu wymienionych zespołach.

Czy w przypadku „Technosis” możemy mówić o formalnych kompozycjach czy raczej chodzi o coś w rodzaju koloryzowania, swoistego budowania konstrukcji opartej na współbrzmieniu sampli i instrumentów akustycznych?

No field recordings, samples, synths or drum machines were used to create this music – taki opis dałem wewnątrz okładki i na moim bandcampie z tym albumem. I jest to prawda. Traktuję te utwory jako kompozycje, ale ich fundamentem jest albo rytm/puls (który sam spreparowałem na moich instrumentach akustycznych, głównie dzięki technice loopowania), albo drone (którego źródłem jest albo generator tonów, ludzki głos lub instrument akustyczny). Dźwięki słyszane na tej płycie, mniej lub bardziej przetworzone przez efekty, w dużej mierze wychodzą prosto z mojej ręki lub płuc.

Twoja muzyka wymaga skupienia, by w pełni poddać się jej głębi – czy mamy jeszcze czas w tym biegu, by na chwilę się zatrzymać i wykroić z życia odpowiedni fragment, żeby zrozumieć to co masz do powiedzenia?

x-navi-et-okultura-festiwal-foto-malgorzata-florczyk-bojarskaWierzę, że są i będą kolejni ludzie, którzy dostrzegą, że skupienie – czy to na sztuce, muzyce, w medytacji – są niezwykle istotne. Bez nich gatunek ludzki raczej nie przetrwa, a jeśli przetrwa – to w zmutowanej formie, z którą raczej nie chciałbym mieć do czynienia. Nieustanny pośpiech, gonitwa myśli, wielofunkcyjność, ogłupienie przez media, które są w rękach korporacji i polityków – wszystko to doprowadza do spustoszenia ludzkich umysłów. Jak głosi tytuł jednej z moich ulubionych płyt: „Constant Shallowness Leads to Evil” (COIL). Widzę i wiem, że powierzchowność jest jednym z grzechów głównych obecnie żyjących ludzi, to koszmar, plaga współczesności. Podsumowując: kto nie ma czasu na to by wysłuchać 45-minutowego koncertu czy 60-minutowej płyty niech mi d… nie zawraca.

No to jest mocne wyzwanie, rzucone w stronę słuchacza. Jesteś wymagający? Coś jak M. Gira, który zirytowany potrafi skląć delikwenta, co np. korzysta na jego koncercie z telefonu…

Nie wiem, czy jestem aż tak wymagający jak Michael, ale potrafię być nieprzyjemny dla ludzi nieprzyjemnych, a przynajmniej ostro pouczyć tych, którzy popełniają karygodne błędy – zawsze z nadzieją, że czegoś się nauczą i wezmą to sobie do serca. Na pewno wymagam sporo od siebie i cieszę się, że mogę wymagać też od większości kolegów, z którymi gram w zespołach. To bezcenne!

Na koniec najtrudniejsze i jednocześnie najgłupsze pytanie w zestawie: w jaki sposób mógłbyś opisać swoją muzykę laikowi, komuś, kto nigdy nie zetknął się z tego typu dźwiękami?

Ładnych parę lat temu wymyśliłem sobie taki opis, właśnie mi się przypomniał, myślę, że nadal odzwierciedla to co robię: X-NAVI:ET to medium dla strumieni dźwięków słyszalnych i niesłyszalnych, płynących z odwiecznej otchłani i bezkresnej przestrzeni – ku muzyce nadświadomej, kosmicznej energii. Dodałbym jeszcze chyba teraz żeby bardziej nakierować słuchacza: psychoaktywny, elektro-akustyczny trans z dużą dawką pulsacji, dronów i para-metalicznych dźwięków. Muzyka organiczna, mimo użycia instrumentów elektronicznych – i w dodatku w stereo.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Anna Mehring/Agnieszka Janik/Małgorzata Florczyk-Bojarska