BLOODTHIRST – Nie jestem thrashowcem…

BLOODTHIRST

Nie mamy nic przeciwko Michałowi Aniołowi

Nazwa Bloodthirst od kilku ładnych lat przewija się już przez krajowe podziemie ekstremalnego metalu. Doskonałym pretekstem do odbycia rozmowy z zespołem była premiera wydanej pod koniec ubiegłego roku drugiej pełnej płyty tego składu, pt. „Sanctity Denied”. A że zarówno owe typy, jak i ja rezydujemy w tym samym mieście – i to w tej samej okolicy – kwestią czasu było ustalenie terminu mojej wizyty w ich głównej kwaterze. Niepozorny rewir w centrum miasta, zagłębie lombardów i solariów zdaje się doskonale maskować siedzibę poznaniaków. Przed wami rozmowa z Goat City Thrashers pełnym składzie: Rambo (gitara, wokale), Hiszpan (bas, wokale) i Mintaj (bębny).

Rozmawiał Cyprian Łakomy.

Miniony rok to dla Bloodthirst dość symboliczny czas. Po pierwsze, obchodziliście dziesięciolecie swojej działalności na scenie. Po drugie, ukazała się wasza druga pełnometrażowa płyta pt. „Sanctity Denied”. Z jednej strony nie wypada nie pogratulować wam wytrwałości i konsekwencji, z drugiej jednak może nieco dziwić tak niewielka ilość longplayów na waszym koncie. Co sprawiło, że w pełni rozwinęliście skrzydła tak naprawdę w ciągu ostatnich 3-4 lat?

R: Na początku tych dziesięciu lat nagrywaliśmy – jak każdy zespół – głównie demówki, a także pojawiliśmy się na różnych splitach, m.in. splicie z Ebola. Można powiedzieć, że mocno inwestowaliśmy wówczas w ten typ wydawnictw…

M: I od splitu z Ebola wszystko się w zasadzie ruszyło.

R: Ruszyło się już przy okazji wydanego w 2003 roku dema „Forgotten Years of Killing”, po którym to wyszedł wspomniany split. Za jego sprawą ugruntowaliśmy swą pozycję w podziemiu, jednak nadal byliśmy kapelą bez oficjalnego kontraktu. Mieliśmy w planie zrobienie splitu z Throneum, zawierającego dwa kawałki, jednak ostatecznie ukazał się jeden z nich, trafiając na four-way split „Thrash Metal Blitzkrieg”. Jeśli chodzi o nasze wczesne studyjne dokonania, to byłoby na tyle. Wciąż pozostawaliśmy składem bez żadnych papierów, a nie ukrywamy, że od samego początku interesował nas głównie Pagan i to w niego cały czas celowaliśmy. Dodatkowo, sprawy bynajmniej nie ułatwiały nam problemy personalne: cały okres naszej działalności to lata nieustannych zmagań z poszukiwaniami basistów. Każdy z naszych materiałów nagrywany był z inną osobą na tym stanowisku, co oczywiście powodowało kolejne obsuwy w czasie. Kiedy kolejni ludzie przewijali się przez Bloodthirst, byliśmy trochę rozdarci między potrzebą grania koncertów, a chęcią tworzenia nowego materiału. Mając na koncie dwa dema i dwa splity, stwierdziliśmy, że nareszcie nadszedł czas na pierwszą pełnometrażową płytę. W tym samym czasie doszedł Mintaj i nawiązaliśmy planowaną współpracę z Pagan. Tym sposobem, mamy dziś komfort pracy, możemy nagrywać kolejne płyty co dwa lata i podejrzewam, że tak będzie to teraz wyglądało.

Wywodzicie się z całkiem prężnego, moim zdaniem, poznańskiego undergroundu metalowego. Jak bardzo identyfikujecie się z tym środowiskiem i na ile było ono wam pomocne?

M: Jako osoba, która mniej lub bardziej uczestniczyła w budowaniu tego podziemia w Poznaniu, powiem ci, że na samym początku, w połowie lat 90., jego działalność sprowadzała się w gruncie rzeczy do wspólnego picia browarów i kupowania kaset z polecenia. Czy było to środowisko prężne? Nie wiem, mam wręcz wrażenie, że media, które mogły być wówczas bardzo nam pomocne, olewały sprawę. Działający na miejscu Morbid Noizz nieszczególnie zawracał sobie głowę undergroundem. Z kolei Thrash ‘Em All jakoś dziwnie zlewał na demówki, które się do nich słało. Moim zdaniem w Polsce mieliśmy sporo lepszych undergroundów; mam tu na myśli np. scenę rzeszowską, czy tym bardziej białostocką, która w zasadzie nie miała i nie ma sobie równych. Czy się identyfikujemy? Oczywiście, wszyscy się dobrze znamy, gramy razem koncerty, niejednokrotnie przechodziliśmy z jednego składu do drugiego, choć trzeba przyznać, że mało kto się ostał…

R: Nie chcę się przechwalać, ale spośród wszystkich tych kapel, które powstawały, dajmy na to, 10-11 lat temu, tylko my istniejemy po dziś dzień. Reszta albo przestała interesować się graniem, albo udziela się obecnie w innych zespołach.

M: Od kilku lat systematycznie staramy się jednoczyć to środowisko, choćby poprzez organizację wspólnych koncertów. Trzeba bowiem przyznać, że powstało tu ostatnio sporo dobrych zespołów. Działa to też od drugiej strony – sporo ludzi na te koncerty przychodzi i praktycznie każda przyjezdna kapela chwali sobie poznańską publiczność.

R: Na tym tle paradoksem wydaje mi się to, że Poznań olewany jest przez tzw. gwiazdy. Kiedyś bez problemu mogłeś tu je zobaczyć.

M: Kiedyś były lepsze czasy.

Przejdźmy do „Sanctity Denied”. Przez lata figurowaliście jako zespół wręcz ortodoksyjnie thrashowy, natomiast po przesłuchaniu nowej płyty mam wrażenie, że ostatnio zepchnęliście tę ortodoksyjność na dalszy plan; pojawiają się tu chwilami bardzo melodyjne, wręcz heavymetalowe rozwiązania. Jednorazowy kaprys, czy raczej korekcja kierunku?

R: Numery, które trafiły na płytę powstały bardzo naturalnie, bez żadnego szczegółowego planowania. Nie wiem, co będziemy robili w następnej kolejności, bo nie potrafię powiedzieć ci, co będzie się nam podobało za jakiś czas. Jakby nie patrzeć, jesteśmy kapelą wywodzącą się z thrash metalu, w związku z czym nasza muzyka wciąż jest w tym thrashu mocno osadzona. Przebojowość zarzuca się nam nie od dziś, choć osobiście nie powiedziałbym, że zahaczamy o klasyczny heavy metal. Jeśli jednak ty tak uważasz, to nie widzę w tym nic złego. W pierwszej kolejności wciąż jest to thrash, w drugiej wszelkiej maści wpływy. Nie ograniczamy się.

Słuchając „Sanctity Denied” nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w pewnych momentach granica między tym co jest thrashem a co nim nie jest, się po prostu zaciera. Czy na płaszczyźnie zespołu zdarzają się tarcia pomiędzy tymi, którzy reprezentują oldschoolowy, klasyczny pogląd na muzykę, a osobami wciąż chcącymi wykraczać poza sztywne ramy?

R: Ja jestem w tej kwestii zupełnie neutralny, więc wydaje mi się, że właściwiej będzie skierować to pytanie do Mintaja i Remika, którzy reprezentują bodaj odmienne bieguny w tej kwestii.

M: No tak, Remek jest ortodoksem, o czym świadczy jego katana, która aktualnie wisi w chacie (śmiech).

H: Ortodoksem to może nie, bo nie ma między nami tarć odnośnie obieranej stylistyki. Podczas pisania materiału na tę płytę nie mieliśmy w zasadzie ani jednej sytuacji, w której coś by nie trybiło. Były wprawdzie pomysły, żeby zagrać coś tak czy inaczej, jednak po maksymalnie dwuminutowej sprzeczce dochodziliśmy do tego samego zdania. Myślę, że różnice w tym, jak każdy z nas podchodzi do muzyki, wynikają z faktu, że słuchamy trochę innych rzeczy; owszem, jest płaszczyzna, na której wszyscy się spotykamy, ale są takie kapele, których słucha tylko jeden z nas.

M: Ja na przykład nie jestem thrashowcem. I Rambo też nim kiedyś nie był. Wychowywaliśmy się po prostu na metalu, na tym co było dostępne w sklepach w drugiej połowie lat 90. Szło się do sklepu, patrzyło na okładkę, i kupowało kasety z polecenia.

R: Odnośnie samej płyty, chciałbym tylko dodać, że jest to pierwszy materiał Bloodthirst skomponowany w całości przez jeden skład. I myślę, że to właśnie dzięki temu jest tak dobry.

„Sanctity Denied” to kolejny już wasz album zarejestrowany w świebodzińskim Metal Sound Studio. Jak duży jest wkład Polanda w to, jak obecnie brzmi Bloodthirst i spora część metalowego podziemia w Polsce?

M: Niewątpliwie duży, ponieważ kiedy wchodziliśmy do Metal Sound nagrywać pierwszy album, mieliśmy wprawdzie zrobione numery, jednak zupełnie nie wiedzieliśmy czego oczekiwać, poza tym, by brzmiało to dobrze. I wyszło dobrze, choć oczywiście z perspektywy czasu, efekt budzi nasze niewielkie zastrzeżenia. Odwiedzając Polanda przy okazji „Sanctity Denied” ja przynajmniej miałem pomysł na to, jak ma zabrzmieć ta płyta. I sądzę, że pomysł ten mniej lub bardziej udało się zrealizować.

R: Zrobiliśmy u Polanda trzy materiały: debiutancki „Let Him Die”, split z Excidium i ostatnio „Sanctity Denied”. Każdy z nich brzmi inaczej. Nie wynika to wyłącznie z tego, że studio się rozwija, lecz bardziej z faktu, że to my chcieliśmy pójść w określonym kierunku. Brzmienie, jakie osiągnęliśmy na nowej płycie bardzo mnie satysfakcjonuje i jest dla mnie optymalnym soundem dla Bloodthirst.

Obserwując środowisko metalowe w naszym kraju, myślę, że wciąż popularnością cieszą się hordy funkcjonujące w jakiś sposób jako kontrowersyjne bądź tajemnicze, czego przykładem są np. Infernal War czy Furia. Wy nie kreujecie własnego wizerunku w ten sposób. Co sądzicie o tego typu polityce, i czy macie zamiar kiedyś ją obrać?

R: Do zespołów, które wymieniłeś, ja z pewnością dorzuciłbym przynajmniej Anima Damnata. Dlaczego my tego nie robimy? Nie wiem. Pewnie dlatego, że dla nas w pierwszej kolejności liczy się muzyka. Gramy tak, a nie inaczej, i myślę, że nasz image w sposób wystarczający idzie z nią w parze.

M: Zależy, co rozumiesz, mówiąc o byciu kontrowersyjnym. Jeśli np. rzucisz okiem na sferę liryczną naszych płyt czy choćby okładkę „Sanctity Denied”, to są to sprawy bez wątpienia kontrowersyjne i w pełni odzwierciedlające nasze przekonania. Na tej płycie nie ma krzty pozerstwa. Mając to szczęście i mogąc wyrażać się artystycznie poprzez ekstremalną muzykę, wyrażamy się szczerze.

R: Spotkałem się ostatnio z opinią, że okładka naszej nowej płyty jest przegięciem. I poniekąd mogę to zrozumieć, jednak fakt, że przedstawia to, co przedstawia jest jak najbardziej naturalny. Sam tytuł „Sanctity Denied” jest zresztą nieprzypadkowy, bo chcieliśmy zwrócić poprzez niego skłonność Polaków do nagminnego oddawania czci symbolom. Nie mamy natomiast nic przeciwko twórczości Michała Anioła (śmiech).

M: Wszystko zawiera się w wymyślonej przez nas dobrych parę lat temu formule Hateful Antichristian Thrash. Zero nawracania, mesjanizmu.

R: Bez ściemy. Dobrym podsumowaniem naszego światopoglądu jest prawo Vique’a, głoszące, że człowiek bez religii jest jak ryba bez roweru. Można by zarzucić nam jednostronność w atakowaniu religii wyłącznie chrześcijańskiej, jednak gdybym żył np. w Arabii Saudyjskiej, to oczywiście buntowałbym się przeciwko islamowi. Nie oszukujmy się, w Polsce katolicyzm jest religią dominującą we wszystkich sferach życia społecznego. Nie do końca tylko potrafię zrozumieć, do czego jest on ludziom potrzebny.

A czy pisząc teksty, nie czujecie się w jakimś stopniu ograniczeni tematami, po jakie zwykły sięgać zespoły thrashmetalowe: z jednej strony masowe atakowanie religii, a z drugiej wesołe piosenki o piwie?

H: Zaproponowana przez ciebie alternatywa nie jest do końca właściwa. Jest cała masa kapel thrashowych, które w swoich tekstach poruszają tematy polityczne, społeczne, czy wręcz ekologiczne i nie ma w tym nic dziwnego.

R: Weź chociażby dyskografię takiego Sodom, który na praktycznie na każdej płycie ma kawałek traktujący o wojnie w Wietnamie. Numery Kreator z płyty „Coma of Souls” mają bardzo polityczny wydźwięk. My również nie piszemy na jedno kopyto – numer „Rage of the Dogs” mówi o upadku Rzymu, starożytnej tyranii. Natomiast „United by the Hell of Night” przywołuje noc św. Bartłomieja i masakrę hugenotów zgotowaną im przez katolików.

H: Nie czujemy się więc w żaden sposób ograniczeni.

„Sanctity Denied” to kolejna płyta wydana w barwach Pagan Records. Jaki wpływ na zainteresowanie Bloodthirst miało zawarcie przymierza z Tomkiem?

R: Nieoceniony. Z podziemnej, zupełnie nikomu nieznanej kapeli, wydającej się własnym sumptem, staliśmy się bandem naprawdę rozpoznawalnym. Jak już zaznaczaliśmy na początku wywiadu, bardzo nam zależało na kontrakcie z Pagan, przy czym warto wspomnieć, że mieliśmy parę innych ofert. Chcieliśmy, aby wydawał nas polski label, bo – nie ukrywajmy – Polska jest naszym głównym rynkiem zbytu. Moglibyśmy podpisać papiery np. z kimś z Kolumbii, i bylibyśmy wówczas znani tam i nigdzie indziej. A tak, cieszę się, że naszą płytę dostać można bez problemu w EMPiKach i innych sklepach.

M: Współpraca z Pagan to przede wszystkim kumplowski układ. Tu nie ma tajemniczych klauzul, weksli, ani zbędnego pierdolenia.

Zakończmy pytaniem o to, jak zapatrujecie się na wracającą ostatnio modę na retro-thrash…

H: Metal zatoczył już koło. Kapele doszły już do takiego punktu, w którym nie da się zagrać ciężej ani mocniej od tego, co zostało już zagrane. Stąd powracający co jakiś czas popyt na konkretne nurty metalu. Nie tak dawno temu sporo było bandów grających klasyczny do bólu heavy metal, obecnie przyszła pora na thrash. Ze swojej strony, oceniam tę falę jak najbardziej pozytywnie. Lubię Municipal Waste, Warbringer jest po prostu zajebisty. Może budzić jednak nieco zazdrości fakt, że zespoły niejednokrotnie powstałe po 2005 roku robią duże kariery i wydają się np. w Earache, a nam, starzejącym się powoli metalowcom pozostaje się cieszyć tym, co mamy (śmiech). Ale nie narzekamy.

R: Trzeba zauważyć, że cały ten retro-thrashowy ruch zrodził przy okazji pełno idiotów, którym wydaje się, że pozjadali rozumy. Śmieszą mnie niespełna dwudziestoletni narwańcy w katanie i białych adidasach, bijący się na allegro o pierwsze wydanie jakiejś płyty, które osiąga absurdalne ceny.

M: Można traktować tę całą modę z lekkim przymrużeniem oka. Mnie natomiast osobiście bardziej wkurwia fascynacja necro-soundem i oldschoolowym death metalem ze Szwecji w wykonaniu dzieciaków ściągających pierwsze demówki Nihilist z netu.

Dzięki wielkie za zaproszenie i rozmowę.

http://www.bloodthirst.pl/

http://www.myspace.com/bloodthirstpl

admin