WULKAN – Super przygoda

Sympatyczna pocztówka z Poznania, docierająca do nas za pośrednictwem Trójmiejskiego wydawnictwa, czyli Wulkan pomysłów, zamknięty w sześciu wybuchowych kompozycjach. O muzyce zespołu wypowiadam się gdzieś obok, zatem pozostaje tylko dodać, że czegoś takiego w pewnym sensie się spodziewałem. Skoro przez lata gra się gitarową muzykę, w końcu trzeba odreagować – tak myślał zapewne perkusista Marcin (Plum, Woody Alien), porzucając noise’owe dźwięki na rzecz zdecydowanie cieplejszych, generowanych przez klawiatury klimatów. Rzecz całkiem odważna, świadcząca o tym, że twórcy zespołu Wulkan idą za swoimi marzeniami. A skoro efekt tych marzeń jest tak ciekawy, pozostaje tylko się cieszyć. Rozmawiamy z Olą i Marcinem Piekoszewskimi. 

Wulkan pojawił się jakiś czas temu na polskich scenach i jest takim małym, muzycznym ewenementem. Czujecie się „rodzynkiem” sceny alternatywnej?

Marcin: Nie, czujemy się raczej jak gołowąsy, choć Ola wąsów nie nosi… ale faktycznie czuję się jakbym zaczynał wszystko od nowa, choć przecież wszystkie miejsca, miasta koncertowe znam, ale jest ciekawie, i nie jest łatwo (śmiech).

Start startem, ale najważniejszy jest format startu – cały czas – mimo wszystko – mam wrażenie, że start z zespołem, w którym nie ma gitary (sześciostrunowej oczywiście) jest obarczony dużym ryzykiem. Ryzykiem, że publiczność nie kupi, ryzykiem, że nie będzie z kim grać, bo organizator nie będzie mógł zespołu „dopasować”. Nie baliście się tego?

Ola: Owszem, baliśmy się i rzeczywiście, część osób tak właśnie reaguje, przeszłość muzyczna Marcina trochę na nas ciąży.

M: Tak jest, cały czas… Zakłopotanie akustyków, którzy nagle dowiadują się, że nie ma gitary, jest spore. Publiczność też nie do końca jest pewna czego sięwulkan trinity spodziewać, nie wiedzą, czy siedzieć czy stać, czy tańczyć czy może najlepiej w ogóle wyjść, a przecież muzyka jest taneczna, jakby na to nie patrzeć… Zapraszając Wulkana niektórzy myślą (po wyrywkowym przesłuchaniu naszych kawałków), że będzie to mimo wszystko w klimacie Plum albo Woody Alien, tylko sofciarskie, okazuje się jednak, że jest to kompletnie coś innego i jest zaskoczenie, czasami skrępowanie, bo jednak nie tego ktoś z organizatorów się spodziewał.

Właśnie – wasza muzyka jest dosyć… podstępna, bo w pierwszym momencie wydaje się być właśnie, sofciarska, taneczna, synthpopowa. A po głębszym przesłuchaniu wyłania się całkiem poważna sprawa: to nadal alternatywa, bardzo ambitna, tylko… bez gitary. W sumie – dlaczego? Skąd pomysł na elektronikę??

M: Od samego początku graliśmy tylko w dwójkę, ja z Olą, myśleliśmy, żeby wziąć kogoś trzeciego, i poznaliśmy Marcina Barana, który właściwie to jest gitarzystą, ale okazało się, że grał na klawiszach i miał trochę sprzętu…  Zagraliśmy wspólną próbę i wszystko było jasne. Bingo. Popraw mnie Ola, jeśli się mylę.

O: Taki był zamysł – nie chcieliśmy gitary, trochę na przekór podobały nam się składy, w których elektronika łączy się z żywym instrumentem i taki też kierunek przyjęliśmy. Syntezatory zapewniają tu bardzo fajną alternatywę, bo dają ogromne możliwości – brzmieniowe i kompozycyjne. Teraz, kiedy układamy kawałki, chcemy, żeby osoba, która ich słucha, nie zastanawiała się już nad brakiem gitary…

Mieliście jakiś pomysł w którą stronę ma to pójść? Elektronika to temat równie szeroki, jak muzyka gitarowa – było coś, ktoś, jakiś zespół, nurt w muzyce, który na Was jako twórców wpłynął? Na ile to wynikało z intuicji a na ile z przemyśleń itp?

M: Intuicja, i to coś, czego ciągle szukasz, gonisz króliczka, i czasami go łapiesz za ogon, czasami królik znika za horyzontem. Gram na perkusji od dość dawna i zawsze byłem pod wieloma wpływami, więc z perspektywy trudno mi wymieć jakiś konkret, który miał na mnie największy wpływ.

O: Przemyśleń było i jest dużo. Wszyscy słuchamy bardzo dużo muzyki i, chcąc nie chcąc, chłoniemy ją, ale tworzymy bardzo organicznie; dopiero po czasie coś, co wymyśliliśmy zaczyna się kojarzyć z czymś, co już znamy. Myślę, że to nieuniknione.

Po którymś przesłuchaniu, doszedłem do wniosku, że dużo w tym wszystkim wpływów krautrocka, takiej bardziej szorstkiej elektroniki. I to słychać, kiedy głębiej wejdziemy w wasze kompozycje.

M: Z wpływami to jest tak, jak z tym, że wnuk ma nos po dziadku a czoło bo ciotce; czasami wychodzą rzeczy, których w ogóle bym się nie spodziewał, ale sprawdzasz, że twój ulubiony zespół słuchał tego i tamtego i nagle te ich wpływy słyszysz w swojej muzyce…

O: Fajnie, tego bym się nie spodziewała. Jeśli chodzi o komponowanie na basie, jestem zupełnym naturszczykiem, nie mam dużego doświadczenia z tym instrumentem, ale zawsze podobały mi się rytmy zakorzenione w muzyce afrykańskiej. Każdy ma jakieś upodobania, ale to, co ostatecznie wypuścisz ze strun i bębnów często jest zupełnie inne i sami jesteśmy zaskoczeni. Marcin – nasz klawiszowiec – ma niby podobne, ale jednak trochę inne upodobania, z takiego fermentu biorą się ciekawe pomysły. Na próbach jest dużo dyskusji, dużo ścierania się różnych koncepcji, trochę kłótni (śmiech).

Nooo, właśnie, kłótnie. Jesteście zespołem w 2/3 rodzinnym i nasuwa się pytanie o przenikanie się życia prywatnego i zespołowego. Nie ma z  tym problemu? Bycie małżeństwem pomaga w tym biznesie, czy nie?

O: Kurczę, właściwie nie ma u nas takiego rozgraniczenia… Gramy, planujemy granie, myślimy o graniu, próbach koncertach, kompozycjach, o tym, co można zmienić i co trzeba zrobić, żeby grać lepiej praktycznie cały czas. Pomaga nam to, że znamy trochę ten biznes – Marcin gra już od 20 lat, ja od ponad 10 jeżdżę z nim na koncerty – jako kierowca, roadie, wsparcie moralne (śmiech).

M: O tyle jest trudniej, że mamy teraz 13-miesięczne dziecko i logistycznie trzeba wszystko dobrze rozegrać, ale nie jesteśmy wielkim zespołem, który gra długie trasy, więc luz… choć tak czy siak nie jest łatwo.

O: No, nie jest łatwo, szczególnie zagrać próbę… nie mówiąc o wyjeździe na koncert, ale to zmusza nas do kreatywnego myślenia – trochę naginamy czasoprzestrzeń, żeby się to wszystko udało, ale mamy też ten komfort, że sekcja naszego zespołu jest w jednym miejscu i możemy ćwiczyć, omawiać sprawy zespołowe przy obiedzie (śmiech). Poza tym, to, że jesteśmy małżeństwem wpływa na sposób w jaki komponujemy; powiedzmy sobie szczerze – Marcin zna mnie na wylot i ja jego też.

Czy debiut Wulkana, rozumiany jako suma waszych doświadczeń – prywatnych i koncertowych – jest czymś w rodzaju zwieńczenia wieloletnich działań w tym biznesie?

M: Dla mnie to super przygoda, cieszę się z tego, że dalej coś robię i to jeszcze z moją żoną i Marcinem, który jest trochę z poza tego światka. Poza tym, gram w końcu na perce, instrumencie, który jest dla mnie wyzwaniem i mogę popatrzeć na sprawy z innej perspektywy.

O: Hmm, na pewno nasza płyta wyrasta z naszych doświadczeń, bo to one nas ukształtowały, ale generalnie chcieliśmy, żeby Wulkan był trochę taką odskocznią. To ma być zespół bardziej melodyjny, pewnie trochę przystępniejszy od poprzednich bandów Marcina. A to, że z Marcinem – klawiszowcem, mimo naszego wieku, nie mamy doświadczenia w komponowaniu i występowaniu na scenie, chcieliśmy przekuć w atut – na świeże spojrzenie.

Super przygoda

Super przygoda

Wiem, że przez moment byliście kwartetem, a rodzinny aspekt był bardziej zaznaczony. Co się stało, że w końcu zostało jedynie trio?

O: Zuzia, siostra Marcina, nagrała część partii na płytę, bardzo chcieliśmy, żeby grała z nami dalej, ale zaczęła studia i zwyczajnie nie ma czasu.

M: Tak to wygląda, szkoła nigdy nie idzie w parze z wielką karierą muzyczną (śmiech).

Wyszło szydło z worka. Czy jednak gdzieś tam podskórnie myślicie o karierze (śmiech). Chcecie zrobić wielką, muzyczną karierę? Co to znaczy dla takiego zespołu jak Wulkan?

M: Pieniądze, sława, splendor… któż by tego nie chciał, a z drugiej strony, te wszystkie rzeczy mogą spowodować wiele problemów, ale cóż, szczerze mówiąc, na prawdę o tym nie myślałem. To jak wygrać w lotka he, he. Sukcesem, póki co, są koncerty, które gramy i płyta, którą wydajemy, choć bez fałszywej skromności, trzeba sięgać po więcej, czas ucieka, ale wiadomo, że nie będę robił czegoś czego nie chcę i nie lubię, więc kariery wielkiej pewnie nie zrobię. Ale może się mylę.

O: Pewnie, każdy, kto zakłada zespół i wychodzi na scenę, by zaprezentować swoją muzykę, chce, by ta muzyka się podobała. To jest taki akt odwagi, a zrozumienie i aplauz są najfajniejszą nagrodą. Od pragmatycznej strony – jesteśmy już duzi, mamy pracę i nie oczekujemy, że będziemy się z muzyki utrzymywać. Natomiast fajnie jest zarobić po koncercie na flachę.

Flacha jest najważniejsza (śmiech). Czy o wyborze MITW jako wydawcy zdecydował fakt, że wytwórnię prowadzi małżeństwo muzyczne, gdzie piękniejsza połowa także para się trącaniem czterech strun?

M: Ha, ha, nie. Boro i Asia są od dawna naszymi przyjaciółmi, można powiedzieć. Boro oferował się na początku, że mógłby nas wydać, więc przyszliśmy do nich. Tym bardziej, że pierwszy koncert Wulkana zagraliśmy w Sopocie a nie w Poznaniu, skąd jesteśmy, i zorganizował go Bartosz Boro Borowski, więc reszta historii nie mogła potoczyć się inaczej.

O: Z Bartoszem i Asią znamy się już jakiś czas, wydają i grają bardzo fajne rzeczy, więc bardzo się cieszę, że chcieli nas przyjąć pod swoje skrzydła. Bardzo fajny to jest zbieg okoliczności, że Boro i Asia są parą i że Asia gra (świetnie) na basie – to dobra wróżba dla par i basistek w tym biznesie – naprawdę się da. Potrzebujemy więcej kobiet na basie (śmiech).

A propos kobiet w tym biznesie – jak się czujesz, Olu, w środowisku, jakby nie patrzeć, typowo męskim?

O: Jak każde, to środowisko rządzi się swoimi prawami. Nie powiem, że jest łatwo, ale przez tych kilka lat nabrałam dystansu i mam na pewno grubszą skórę. Nauczyłam się stawiać na swoim, nie odpuszczać i zawsze wiedzieć, że moje zdanie jest tak samo ważne, jak każdego innego. Wydaje mi się, że teraz jest trochę lepiej, niż było dziesięć lat temu. Choćby dlatego, że jest więcej dziewczyn i kobiet na scenie, ale trzeba się nauczyć rozpychać się łokciami. Choć niektórzy mówią, że bezczelna byłam od zawsze…

Wrócę jeszcze do muzyki – sposób konstruowania i spora doza przestrzeni, tradycyjnie prowokują pytanie o to, jak  na żywo wyglądają te kompozycje? Traktujecie studyjne wersje swobodnie, improwizujecie, czy odtwarzacie oryginały?

M: Staramy się trzymać oryginału studyjnego, ale zostawiamy przestrzeń na drobną improwizację, z czasem, jak podejrzewam, będzie więcej możliwości improwizowania, póki co jesteśmy młodym zespołem, więc wiesz… ale osobiście lubię trzymać się już wcześniej „wygranego” pomysłu, koncepcji, sprawia mi to przyjemność, choć nie będę ukrywał, że na koncercie aż się prosi, żeby odejść od reguły, więc z czasem rozwoju sytuacja może być różna.

O: Jesteśmy dość zdyscyplinowani. Wiadomo, zawsze wkrada się pewna doza swobody, ale na improwizację nie mam wystarczających umiejętności – poczekajmy jeszcze trochę.LIve

Zmieniając trochę optykę – co wpływa na fakt, że scena alternatywna jest w Polsce w ostatnim czasie taka silna? człowiek nie nadąża ze słuchaniem kolejnych, doskonałych płyt.

O: To znaczy, że jest dużo kreatywnych ludzi, z pomysłem na muzykę i ze sporą dozą chęci. Nie ma nic lepszego dla muzyki niż różnorodność. Z Marcinem chętnie chodzimy na koncerty polskich zespołów – czy to znajomych czy nie, bo mają dużo do zaoferowania. Spoko czasy nastały, że muzycznie mamy jako kraj się czym pochwalić.

M: Polska scena zawsze była ambitna. Zawsze było coś ciekawego. Wydaje mi się, teraz zespoły są bardziej doceniane na  zagranicznych portalach, polskie zespoły grają więcej za granicą, i przede wszystkim są bardziej profesjonalne, i faktycznie jest dużo wykonawców, jest dużo muzyki…

Wulkan jest instrumentalnym przedsięwzięciem i aż się prosi zapytać, czy nie przydałby się wokal. Może wtedy nawet jaki przebój by się znalazł. Nie myśleliście o kimś takim?

M: Raczej nie, ale nie wykluczamy.

O: Rozważaliśmy to, ale zdecydowaliśmy, że nie. Zresztą, nikt z nas nie chce śpiewać.

Ok, zatem na koniec – coś  o przyszłości, gdzie zagracie, co planujecie w związku z taką sympatyczną płytą?

O: Gramy!

M: Gramy 25.11 na FeelOn Fest. w Ostrzeszowie, robionym od lat przez znajomych, potem 15 Grudnia w Warszawie, w Kulturalnej, 11 stycznia w Poznaniu itd. Chcemy ograć płytę i robić nowe rzeczy.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Zuza Piekoszewska/Paweł Jóźwiak (live/Wulkan Trinity)