WOJCIECH JACHNA – Polska rzeczywistość to momenty

Czy trzeba komuś przedstawiać Wojtka Jachnę? Sądzę, że wśród tzw. zainteresowanych nie ma chyba nikogo, kto nie spotkałby się z tym panem – czy to za sprawą Innercity Ensemble, czy Jachna/Mazurkiewicz/Buhl albo Sundial. Zresztą, to tylko czubek góry lodowej – Wojtek to muzyk uznany, z niejednego pieca jadł chleb, jego trąbka staje się pierwszym instrumentem dętym młodej sceny jazzowej i eksperymentalnej, a siłę i spektrum jego możliwości pokazuje „solówka” „Emanacje”, rzecz technicznie trudna, wymagająca nie tylko wiary we własne możliwości, ale i odwagi, by samotnie zmierzyć się z dźwiękiem. Wojciech ma zatem różne oblicza, dlatego też w poniższym, obszernym wywiadzie poruszamy wiele wątków, czasami tylko krążących wokół muzyki, ale zawsze tworzących dla niej ciekawy kontekst. Niczego więcej dodawać nie trzeba.

Kiedy i dlaczego wpadłeś na pomysł nagrania solowej płyty? Nie masz za dużo na głowie?

Mam (śmiech). Natomiast wytłumaczę się od razu, że „pomysł nagrania solowej płyty” jak mówisz, nie narodził się od razu, nie mam takiego tupetu, wbrew temu co wielu uważa… To przypadek, jak wiele rzeczy w moim życiu, który uważam za priorytetowy, i jednocześnie główny impuls wielu działań. Pomysł pojawił się wraz z Kamilem Kęską, wykładowcą reżyserii dźwięku na Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Z Kamilem zrealizowaliśmy kilka udanych albumów – „The Right Moment” kwartetu, Duet ze Zbyszkiem Chojnackim, czy Sundial II w studiu Rec Publica w Lubrzy. Dobrze nam się pracowało, i Kamil chyba spytał czy fajnie by nie było nagrać solo… Chyba miksując trąbkę któregoś z materiałów, bawiąc się nią, Kamil powiedział że fajnie by było mieć ponagrywaną trąbkę na kilka mikrofonów, ujęć i można by coś takiego zrobić, zaczęliśmy myśleć. Ja oczywiście stwierdziłem, że jak najbardziej, ale wiedziałem, że podejście do tego tematu będzie szerokie i nietuzinkowe, potrzebujemy na to czasu i pewnych środków… Kamil napisał stypendium do miasta na nagranie, które zapewniło nam środki, mogliśmy pojeździć po miejscach, ponagrywać, pomiksować. I w sumie dobrze się pobawić, bo całe to nagrywanie to dobra zabawa, chciałem po prostu zobaczyć jak to wyjdzie. Miałem już kilka podejść do nagrań solo podczas sesji z Ksawerym i Sundialem i za każdym razem byłem lekko załamany efektem… Chciałem się przekonać i jednocześnie coś chyba sobie udowodnić, a jednocześnie bardzo chciałem zrobić to w aurze akustycznej, bez elektroniki, którą na co dzień się otaczam, i w sumie byłoby to najprostsze. Dlatego miałem już pewne przemyślenia, wiedziałem, że potrzebuję pewnego pretekstu do grania (stąd melodie, standardy, ale raczej mi bliskie – Stańko, Przybielski, Komeda, Sławiński), a jednocześnie przestrzenie które zainspirują mnie akustyką.

Nagranie solowej płyty, w dodatku z tak trudnym instrumentem jak trąbka wymaga bardzo wyrazistych, indywidualnych cech. Jakich? Arogancji? Zwykłej odwagi czy przekonania o własnych możliwościach? Ekshibicjonizmu?

To jest bardzo dobre pytanie. Arogancji chyba nie, mam taką nadzieję. Ekshibicjonizmu – też mam nadzieję, że nie.W. Jachna Natomiast miało to coś wspólnego ze zmierzeniem się z własnymi słabościami, to na pewno. Jak już mówiłem, podejścia do nagrań solo robiłem wcześniej i były bezskuteczne, wychodziło to bardzo słabiutko. Jednocześnie czułem, że w sytuacji komfortowej potrafię naprawdę ciekawie zagrać, otworzyć się, potrzebuję przestrzeni, czasu, może  pretekstu w postaci kilku nutek… Te wszystkie płyty solowe, które słyszałem – Roba Mazurka, Stańki, Franka Londona, typu trębacz w przestrzeni kościoła, czy jakiś większych pomieszczeniach, pokazują, że to jest idealna sytuacja. Tych nagrań jest oczywiście więcej, w Polsce wcześniej płytę solo nagrał Tomek Dąbrowski – totalnie surowo, na koncertach, czy Artur Majewski, z udziałem gości – Rafała Mazura, elektroniki. Słuchałem tych rzeczy i szukałem klucza dla siebie; pomysł typu „wchodzi trębacz do kościoła i gra” jest fajny, ale już lekko nieaktualny, dlatego wymyśliliśmy kilka pomieszczeń i wiele ujęć instrumentu, nagrywanych na sześć mikrofonów i oczywiście różnie miksowanych. Myślę, że to okazało się kluczem do sukcesu płyty. Jej po prostu ciekawie się słucha, bo każdy utwór jest inaczej zmiksowany, inaczej uchwycony, często grany na innym instrumencie – używałem głównie kornetu, trąbki i flugelhornu. Pokazało to szeroką paletę barwową instrumentu. Jeśli chodzi o indywidualne cechy – tak, wymaga cech, powiedzmy, indywidualnych. Czuję, że jakieś takie cechy posiadam, ale jednocześnie granie samemu bardzo szybko obnaża tak zwane braki warsztatowe. Trzeba było więc przygotować pewien program, i jednocześnie żonglować nim – pewne rzeczy odpadły w trakcie nagrywania, trochę improwizacji weszło na płytę, bo pomieszczenia zainspirowały mnie do zagrania w sposób wcześniej nie spotykany. Wiedziony psim węchem „wiedziałem, że tak będzie” – jak śpiewa Halama (śmiech), i temu się poddałem. Popłynęliśmy z nurtem.

Brak muzyków za plecami jeszcze bardziej obciąża solistę? Czy czułeś jakieś obawy, kiedy przystępowałeś do realizacji tej płyty?

Obciąża, oczywiście, że tak, jednocześnie pozwala się pełniej wypowiedzieć. Tak jak wspomniałem, granie samemu, bardzo szybko pokazuje braki warsztatowe. I z tym najbardziej chyba się zmagałem do końca sesji. Powiem szczerze, bardzo pomógł mi fakt, że sesje były w czterech różnych obiektach, czterech różnych dniach, nastrojach, akustykach. Jak czułem, że tak jak w Synagodze czy Ostromecku pogłos dla trąbki jest bardziej „sotee”, ja sam mam nastrój bardziej mało otwarty, skupiałem się na graniu przygotowanych rzeczy – utwory Przybielskiego, Colemana, Stańki, wariacje, czasem coś zagrałem z głowy, ale mało. Dopiero jak wpadłem do sali wodociągowej, gdzie jest wielki pogłos, dużo przydzwięków, i nastrój też sprzyjał, zagrałem od razu około godziny improwizacji z małymi przerwami na oddech… Gdybym był w studiu, miałbym problem z takimi rzeczami, te pomieszczenia jednak inspirowały, dawały oddech i przestrzeń. Trąbka to dość niewdzięczny instrument, nie dość że trzeba cały czas panować nad techniką gry, to jeszcze myślenie o graniu, a jeszcze o oryginalnym… no jest co robić. Trudno złapać ten moment. Te sesje pomogły właśnie go złapać, nie odbywały się ciągiem; nagranie, tydzień przerwy, jechaliśmy gdzie indziej. W międzyczasie słuchałem nagrań – odsiew był duży, nie ukrywam, że starałem się wybrać wersje, które coś wnoszą, a nie wynoszą (śmiech).

Wiadomo, że obok twojej trąbki, drugim instrumentalistą (pomijam Kubę…) są przestrzenie, w których powstały nagrania – jak wyglądał dobór tych miejsc? Czy musiały czymś się wyróżniać? A jeśli tak, to czym?

Dobór przestrzeni był trochę losowy. Synagogę w Fordonie znałem bo nagrywaliśmy tam trio z Mazurkiewiczem i Buhlem, Ostromecko znam bo regularnie mamy tam sesje z Innercity Ensemble – w małym pałacu jest teraz muzeum zabytkowych fortepianów, piękne miejsce. A Przepompownia w Lesie Gdańskim i Wieża Ciśnień, to dwa obiekty zamienione na muzeum, posiadające potężną akustykę naturalną i szereg różnych, dziwnych dźwięków; biegną tam rury z wodą, jest dużo szmerów i podźwięków. Te miejsca polecił mi Kamil Kęska.  Te odgłosy oczywiście nagrywaliśmy wraz z trąbką , aby użyć ich w miksie i stworzyć pewien szum, charakterystyczny dla miejsca. Przyznam się szczerze, że tam byłem pierwszy raz, i bardzo mi się te wnętrza podobały, były także inspirujące w graniu. Oczywiście, kierowaliśmy się też możliwościami wejścia tam. Wszędzie wiedzieliśmy, że nie będzie jakiegoś większego problemu z umówieniem się na taką wizytę nagraniową. Obiektów oczywiście w całym regionie jest więcej (mieliśmy jeszcze na oku np. Zamek w Świeciu, czy jakieś inne ciekawostki), ale podejrzewam, że moglibyśmy się zawiesić na próbach dojścia do osób zarządzających obiektami, itd. Po czterech sesjach mieliśmy już sporo materiału i stwierdziliśmy, że damy sobie spokój z dalszym jeżdżeniem po obiektach.

W związku z tymi miejscami wiąże się mój dylemat – czy zamierzasz grać koncerty z tym solowym repertuarem? Nie obawiasz się, że brak brzmieniowego kontekstu miejsca zepsuje efekt?

Ująłeś największy problem tego wydawnictwa (śmiech). Niestety, nie da się tego powtórzyć w żaden sposób. Jestem w trackie przygotowania występów solo, ale one nie będą tym samym co słyszycie na płycie. Ale oczywiście wielu ludzi to nie zraża, więc muszę taki program przygotować, tutaj, niestety, będę musiał skorzystać z pomocy elektroniki – imitując przestrzeń, oraz pomagając sobie po prostu nią jako pewną „protezą”, chodzi o kwestie czysto kondycyjne. Trębaczom nie muszę tłumaczyć o co chodzi, reszcie podpowiem tylko, że ciężko jest grać akustycznie przez 40-50 minut. No chyba, że jest się Peterem Evansem, który robi to od lat i to w sposób totalny!! Podejścia do tego materiału miałem na razie dwa – na Akademii była uroczystość Wydziału Reżyserii Dźwięku i tam Kamil mnie zaprosił, zagrałem 20 minut, Kamil podłożył mi przestrzenie z obiektów, więc warunki dość cieplarniane. Ale już wtedy ledwo to uciągnąłem, wyszło bardzo fajnie, no ale nie zawsze tak będzie… Drugi raz to króciutki występ na otwarciu Fundacji Rafała Gorzyckiego, ok. 10-12 minut, podpierając się elektroniką. Nie byłem zadowolony z tego występu. To dało mi do myślenia, i raczej pójdę w kierunku pewnej symbiozy różnych przestrzeni i elektroniki, z której korzystam na co dzień. To oczywiście będzie już inny występ, ale co zrobić…

Polska rzeczywistość to momenty

Polska rzeczywistość to momenty

Intryguje mnie fakt, że w niektórych nagraniach słychać wyraźnie otoczenie – jakieś szumy, przechodzący ludzie. To w sumie ciekawy „efekt dodatkowy”, dodający nagraniom autentyczności – jak to wyglądało – przypadkowo łapaliście te dźwięki otoczenia, czy w założeniu było wykorzystanie takich elementów?

Oczywiście, w założeniu, przy czym tych przydźwięków pojawiło się z czasem więcej, niczym w otwierającym nagraniu Komedy, gdzie słyszymy głos przypadkowej turystki, która wtargnęła na zamkniete pietro i zapytała: „Przepraszam, czy tu będzie jakiś występ?”. Wszystko to nagrało się na mikrofony, w dodatku bardzo dobrze, bo były rozstawione po całym pomieszczeniu i wraz z pobrzękującym u góry pianinem stworzyło aurę, którą zrobiliśmy czymś na kształt „sampla”; takie rzeczy robią dziś nagrywający dźwięki otoczenia, chcieliśmy trochę tego przenieść na płytę, zabrudzić, ją, zastosować Field Recording. Chcieliśmy to otoczenie wpleść w nagrania, one urozmaicają trąbkę, która jest przecież „sama”. Dźwięki rur w Przepompowni, czy ulicy w Synagodze to raczej oczywiste rzeczy, tam po prostu nie jest cicho, a jak nie jest cicho, to nie można udawać, że jest, ale wręcz trzeba te odgłosy pobrać z zewnątrz – przynajmniej ja tak uważam. Jest ciekawiej po prostu!

Do kogo adresujesz swoją płytę, pytam o to, bo w sumie boję się trochę, że trudno będzie wypromować taki materiał…

No tutaj dotykamy cały czas problemu naszego bycia dziś w kulturze… Uświadomić sobie trzeba wiele rzeczy – to czy wydawnictwo zostanie dostrzeżone, nie zależy chyba jaką muzykę na nim umieścimy…Jest wiele produktów pop, które są przygotowywane specjalnie aby odnieść sukces, i najfajniejsze jest to, że tego sukcesu nie odnoszą… Wszystkiego jest za dużo – ten problem dotyczy każdego rodzaju muzyki, słuchacze nie są w stanie tego zmielić, przerobić jakichś rzeczy ponad normę. Przestałem się już przejmować co powinno być, a co nie. Oczywiście, to nie znaczy, że jadę po bandzie, ale tak naprawdę każdą rzecz można sprzedać – trzeba określić tylko grupę docelową odbiorców. Jeśli nagramy utwór współczesny, trwający półtorej godziny, lub trąbkę solo, i pójdziemy promować do Telexpresu lub porannej telewizji to możemy się odbić jak od szyby, są jednak media zainteresowane właśnie taką muzyką… I tyle. Powiem więcej, są media zainteresowane właśnie bardzo dziwną muzyką, dla wielu moja płyta jest zbyt mało ekstremalna i tutaj chyba dyskusję można zamknąć. Wszystko zależy od kontekstu i tego czego oczekujemy, jeśli grania na Heinekenie to faktycznie może być problem… A do kogo adresuję? Do ludzi słuchających muzyki, sam jestem tego ciekaw. Odbiór mnie na razie zaskoczył. Myślałem, że będzie bardzo wąski, a jest dużo bardziej szeroki, nawet zwykli, jak to ładnie określiłeś kiedyś, „zjadacze schabowego z kapustą”, czyli ludzie nie interesujący się pozornie jazzem i muzyką improwizowaną, napisali, że ciekawe. Mam wiele przemyśleń w związku z tym, bo ten materiał leżał ponad dwa lata w szufladzie i w sumie zastanawiałem się poważnie czy w ogóle go wydać. Ci odbiorcy są, sam jesteś jednym z nich, mimo że nie jesteś jazzmanem lub muzykologiem. Jesteś bardzo osłuchanym człowiekiem piszącym o muzyce, muzykiem. Trzeba ich odnaleźć, dotrzeć do nich.

Jako muzyk jesteś niesamowicie zajętym człowiekiem – mnóstwo projektów, trio z Mazurkiewiczem i Buhlem, solowa płyta, a na horyzoncie Innercity Ensemble no i nowy Sundial. To wymaga niesamowitej organizacji pracy, jak to wszystko ogarniasz?

Nie ogarniam (śmiech), a tak na poważnie, zamierzam zwolnić już od ponad roku. Trochę się to tak nakręciło samo i szczerze mówiąc niedobrze się z tym czuję. Dobrze, że więcej gram, ale mnogość projektów mnie trochę wykańcza, sam czuję, że to do niczego dobrego nie prowadzi. Tzn. artystycznie spełniam się fantastycznie, ale ogarnianie tego w sensie promocyjnym, wydawniczym jest tak koszmarne, że muszę coś z tym zrobić, a mam bardzo małą pomoc. Wciąż zbyt małą. I nawet dobra organizacja pracy nie pomaga. Po prostu wciąż muszę coś robić i komuś coś pisać, odpisywać, itd. Nie jest tak, że pracować można kilka godzin i potem robić inne rzeczy, bo trzeba praktycznie cały czas siedziec przy komputerze i coś wysyłać, odpowiadać, koniecznie na teraz, bo wcześniej ktoś nie miał czasu, a teraz właśnie musi to zrobic… To taka polska tradycja – ekstradycja (śmiech)…  Myślę, że życie samo napisze scenariusz i pokaże drogę, kiedy i co zrobić, aby uspokoić cały ten zamęt. Na pewno są projekty takie jak Innercity Ensemble, gdzie działamy bardziej kolektywnie i to pomaga, koledzy mocno odciążają, dzielimy się obowiązkami, w innych działam głównie sam, albo z niewielką pomocą osób trzecich. W każdym projekcie inaczej – Jacek Mazurkiewicz na przykład zajmuje się całą produkcją, podobnie Tomek Glazik produkował Jaząbu, ja tylko współpracowałem, ale cały czas jest proces koordynacji, wiesz, to zajmuje czas. Nie ma co gadać – jest tego za dużo po prostu.

Muzyk działający na twoim poziomie musi mieć chyba, hmmm, bardzo tolerancyjną rodzinę – masz jeszcze czas, by w kapciach siąść z najbliższymi przed np. telewizorem?

Owszem, mam tolerancyjną rodzinę, ale brakuje mi czasu. To trochę przeszkadza, tym bardziej, że mój syn właśnie dojrzewa i potrzebuje kontaktu ze mną, chyba… Telewizor, to akurat największa pierdoła – zwłaszcza dzisiaj oglądanie powinno być zabronione. W TV stworzono już takie alternatywne rzeczywistości, że nie wiem kto to kontroluje. Telewizor oglądam jak ćwiczę i lubię patrzeć na jakiś ruchomy obraz, mam jakieś ulubione obrazki, ale właśnie zrezygnowaliśmy z TV i wzięliśmy Netflixa, więc dołączyliśmy do rzeszy filmowiczów internetowych. Jest dużo dokumentów muzycznych i innych ciekawostek. Czy brakuje czasu – polska rzeczywistość to momenty. Jest nagle moment i wszyscy grają, jest styczeń i luty – nikt prawie nie gra, bo nie ma dotacji. To są normalne cykle koncertowe. Ktoś dał pieniądze, ktoś ich nie dał, ktoś dłubie w nosie, ktoś za długo dłubie, więc wszystkie festiwale są akurat w ostatni weekend kwietnia – tak jak w tym roku. Ja już się nawet temu nie dziwię, to jest polski „Miś”…

Jesteś coraz bardziej znanym a tym samym rozchwytywanym muzykiem – zdarza ci się mówić komuś „nie”? I dlaczego?

Bez przesady z tym rozchwytywaniem… Większość projektów tworzymy wspólnie, więc wspólnie je planujemy. Nie jestem typowym muzykiem do wynajęcia, sidemanem. Owszem, dość często udzielam się w nagraniach innych wykonawców, ale to akurat można sobie ustawić dość swobodnie, pod siebie. Prawdziwy sideman to ktoś kto gra głównie z nut, a to w przypadku trąbki oznacza głównie orkiestracje big–bandowe, telewizyjne, jakieś „showy”, granie wysoko, a ja tak nie gram, nie umiem nawet. Mam takie doświadczenia, ale trochę za małe żeby się pchać w ten rynek, pełny świetnie grających sidemanów, to nie mój świat, wolę robić swoje projekty. Niech każdy robi swoje rzeczy, taki jest porządek świata. A czy mówię „nie”? Tak, parę razy wykręciłem się z nagrań, nie dość, że nie było z tego pieniędzy to były to rzeczy słabe jakościowo, artystycznie nieprzekonywujące. Nagrywam dużo muzyki alternatywnej – rockowej, elektronicznej, postrockowej, ale na tyle rozumiem i czuję tę muzykę, że wiem, czy coś jest słabe, a coś się broni. Jeśli jest to zlecenie, to biorę pieniądze po prostu. Parę razy mi się zdarzyło, choć raczej tego unikam. Ale jak ktoś bardzo chce, to przecież w twarz mu nie nie dam. Proste.Jachna Mózg

Koncerty to temat rzeka, bardzo chciałbym abyś sklecił jakąś ciekawą wiązankę z miejsc gdzie grałeś i co przydarza się muzykom jazzowym w trasie. Czy zdarzyło ci się kiedyś po jakimś koncercie powiedzieć sobie: „kurwa, nigdy więcej…”?

Oj tak, wiele razy (śmiech). Natomiast faktycznie jest tego coraz mniej, zaczynam czuć te sytuacje na odległość, więc staram się już nie ładować w podejrzane miejsca, stąd częściowo odpowiedź na wcześniejsze twoje pytanie, czy mam czas na rodzinę itd. Po prostu wolę zagrać czasem jeden dobry, sensowny koncert, i nie grać na siłę dodatkowych koncertów, co kiedyś było normą, żeby robić „trasę”. Czasem jest lepiej zagrać próbę, dobry występ, za pieniądze, wypromowany, z jakimiś ludźmi, sprzedać jakieś płyty i mieć satysfakcję, niż niesmak po dziwnych miejscach i ten znany wszystkim muzykom tekst w ustach: ”Kurwa, nigdy więcej…”. Tym bardziej, że mamy w domu rodziny i możemy sensowniej spędzić czas (śmiech).

Na koniec zdradź, co jeszcze w tym roku planujesz, czym zamierzasz zaskoczyć słuchaczy?

Wiem o kilku specjalnych koncertach – np. z braćmi Oleś na Lublin Jazz Festiwal, ale tu występuję jako gość, więc na razie bez zapowiedzi. Na pewno oprócz premiery SUNDIAL III feat. Irek Wojtczak na wiosnę, będzie płyta Innercity Ensemble na jesień, która pokaże zespół z innej, alternatywno-nowofalowej strony, i to chyba dobrze. Zadebiutuję tam w roli klawiszowca, grając szpiegowskie tematy inspirowane muzyką Andrzej Korzyńskiego – oczywiście tą filmową (śmiech). No i cóż, mam nadzieję, że cały czas będą koncerty innych projektów, bo zasadniczo jest ich tyle, że nie nadążam ich pokazywać, a o to chyba chodzi. Trochę pogramy w duecie ze Zbyszkiem Chojnackim – płytę „JaCho” wydałem własnym sumptem przez wydawnictwo Mellow Yellow Rec. pod koniec 2017 roku i chyba trochę zginęła w gąszczu wszystkich produkcji. Dobrze, że teraz zainteresowało się nią kilka osob w wersji koncertowej. Jak widać więc wszystko toczy się powoli, swoim czasem  i rozbieg bywa przydługi. W sumie, nie ma się gdzie śpieszyć…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Dariusz Bareya/archiwum artysty