WIKTORIA JAKUBOWSKA – Wymagajmy od siebie więcej

Tym razem cofamy się na artystyczny, dalszy plan, gdzie zazwyczaj siedzą perkusiści i basiści, chociaż trudno tak charakterystyczną osobę jak Wiktoria Jakubowska sadzać w tzw. drugim szeregu. Wiktoria z niejednego pieca chleb jadła; można ją zobaczyć i usłyszeć w wielu zespołach, począwszy od jazzowych (o Jerry And The Pelican System pisaliśmy na naszych łamach) i hip hopowych składów (np. Grubson), skończywszy na rożnych odcieniach rocka (Piotr Rogucki) czy popu (Ralph Kamiński czy Paulina Przybysz). To oczywiście tylko mały fragment dokonań perkusistki, która udziela się też wokalnie, gra na flecie poprzecznym i powoli myśli o płycie solowej. Dość, że jest to bardzo wyrazista postać, pewnie poruszająca się w muzycznym biznesie, dlatego warto przyjrzeć się temu co na temat muzyki, perkusji i samodoskonalenia ma do powiedzenia. Przed państwem osoba co rytmu się nie boi – Wiktoria Jakubowska w pierwszym wywiadzie dla naszego portalu.

Teoretycznie powinienem wystartować od wirusa, ale chyba za często ten temat się pojawia, zatem od razu do meritum. Jesteś osobą wielu talentów, ale perkusja jest chyba na pierwszym miejscu, zatem, zdradź, kiedy po raz pierwszy z całej gamy instrumentów wyłuskałaś perkusję jako TEN instrument. Co zwróciło twoją uwagę?

Moja mama twierdzi, ze odkąd zaczęłam chodzić, wykazywałam duże zainteresowanie muzyką. Mając trzy i pół roczku wzięłam udział w konkursie „Mini playback show” w rodzimym Kościanie i wygrałam. Zaczęłam uczęszczać na zajęcia tańca oraz śpiewu. Kiedy już byłam wystarczająco „duża”, mama zapisała mnie na egzaminy wstępne do szkoły muzycznej. Byłam bardzo ciekawa jak wyglądają inne zajęcia umuzykalniające niż te, w których dotychczas brałam udział. Szkoła zaproponowała mi flet poprzeczny jako główny instrument. Spełniałam się śpiewając oraz ucząc się w szkole muzycznej, świetnie wspominam ten czas! Po sześciu latach w szkole I stopnia musiałam podjąć decyzję co dalej. Dostałam się do II stopnia Szkoły Muzycznej w Lesznie. Tutaj, oprócz fletu zaczęłam interesować się perkusją. Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. W szkole były zajęcia Big Bandu, który gra jazz i muzykę rozrywkową. Składał się z uczniów, absolwentów oraz ludzi spoza szkoły. Dowiedziałam się, że można przyjść na zajęcia jako wolny słuchacz, od tego czasu regularnie pojawiałam się na próbach w sali kameralnej, słuchając kolegów i koleżanek aż pewnego wieczoru coś mnie uderzyło.  Czułam się przytłoczona ciągłym graniem muzyki klasycznej, było w niej za mało wolności, zbyt małe pole do wyrażania się i wylewania z siebie dobrych a także złych emocji. Wydawało mi się, że dzięki improwizacji można przeżyć katharsis. STĄD właśnie wzięła się perkusja. Nieskończone możliwości interpretacji kompozycji, piosenek czy standardów jazzowych były dla mnie czymś nowym, świeżym, nienamacalnym.

Czyli zamiast parku od razu pociągał cię las? Nawiązuję do słów mistrza Pendereckiego, który improwizację porównał do chodzenia po lesie w odróżnieniu od muzyki klasycznej, która jest jego zdaniem dobrze zaaranżowanym parkiem…

Miał bardzo trafne porównania! Wielka szkoda, że nie ma go już z nami. Był świetnym kompozytorem. Bez jego sztuki bylibyśmy niekompletni. Jeżeli uważasz, że przez piętnaście lat nie da się dobrze zapoznać z topografią parku to tak. (śmiech) Jednakże uważam, że te kilkanaście lat rozwoju i poznawania klasyki wystarczyły i bez żadnych wyrzutów mogłam wejść na kolejny poziom eksplorowania muzyki.

Wymagajmy od siebie więcej

Wymagajmy od siebie więcej

No i potem były studia. Często słyszy się, że konserwatorium zabija kreatywność, z drugiej strony mamy filmy typu „Whiplash”, gdzie pokazana jest walka między ambitnym i nieco psychopatycznym studentem i profesorem sadystą. Każdy obraz jest trochę spaczony, więc rzuć nieco światła na ten etap w życiu.

Studia we Wrocławiu były dla mnie etapem wejścia w „dorosłe życie”. Moimi mentorami byli: dr Przemysław Jarosz oraz dr hab Dariusz Kaliszuk. Każdy z nich był skrajnie inny jeżeli chodzi przede wszystkim o stylistykę, w której się obracali oraz metodykę nauczania. Studia są miejscem, w którym nikt nie zadzwoni do Twoich rodziców z powodu nieobecności na zajęciach. To w jakim miejscu będziesz za miesiąc, rok czy pięć lat, jest tylko i wyłącznie kwestią Twoich decyzji. Miałam dużo czasu na ćwiczenie na instrumencie a co najważniejsze, do grania z innymi muzykami – to było najbardziej rozwijające. Oprócz jammowania z rówieśnikami bardzo szybko zaczęłam grać z absolwentami czy nawet wykładowcami. Propozycje współpracy bardzo mnie onieśmielały, ponieważ nie czułam się jeszcze zbyt pewnie w grze na perkusji. Zarazem bardzo motywujące były te momenty. Czułam duże wsparcie ze strony Grześka Piaseckiego oraz Tomka Wendta, którzy jako jedni z pierwszych byli w stanie mi zaufać jako perkusistce. A tak w skrócie, na pierwsze dwa lata studiowania na wydziale jazzowym w moim przypadku składały się ćwiczenia na bębnach, szukanie brzmienia oraz jammowanie w salach i klubach. Założyłam, że chcę ten czas poświecić na rozwój, nie studenckie imprezowanie (śmiech)

I to słychać, bo jesteś bardzo wszechstronna, co szczególnie imponuje. Dobrze czujesz się zarówno z wykonawcami popowymi, jak i z jazzowymi czy nawet hip hopowymi. Co oprócz techniki jest potrzebne by odnajdywać sie w tak różnych stylistykach?

Bardzo dziękuję! To dla mnie duży komplement. Myślę, że technikę gry możemy przesunąć na drugi plan, mówiąc o wszechstronności. Jest wielu improwizatorów, producentów, którzy na żadnym instrumencie nie grają technicznie świetnie a tworzą wspaniałe utwory. Kluczem do wszechstronności jest słuchanie muzyki! Przeróżnej. Często jesteśmy nieświadomi jakie dany gatunek ma korzenie, jaka jest jego historia, skąd prekursor czerpał inspiracje. Zaczęłam grać klasykę, następnie jazz, on wywodzi się z work songów, gospelu, ragtime’u. Hip hop bardzo lubi romansować z jazzem etc. Większość gatunków, w których czuję się dobrze, jest ze sobą powiązanych. To chyba nie jest przypadek.

Ok, zadam zatem niewygodne pytanie: jest wielu perkusistów, sporo dobrze wykształconych i pewnie jeszcze bardziej zdesperowanych. Dlaczego zatem tobie się udało? (słowo „udało” nie ma tu konotacji negatywnej!)

Na pewno jest wielu lepiej wykształconych i lepiej grających ode mnie! Nie mam pojęcia, dlaczego akurat mnie „udało się” nawiązać fajną współpracę z różnymi artystami. Każdy człowiek jest inny, ma inne cechy, cele, wymagania. W całym tym zamieszaniu i nadęciu rozrywkowym często zapomina się o relacji międzyludzkiej. O koleżeństwie, wzajemnym szacunku, wsparciu i przyjaźni. Nie ważne czy jest to Rihanna czy Dawid, który jest technikiem sceny. Każdy jest istotą ludzką, ma uczucia. Wymagając od kogoś, wymagajmy od siebie więcej.

Zastanawia mnie techniczna strona, bo przecież każdy artysta jest inny, ma inne wymagania, inaczej wygląda strona rytmiczna itp. Jak wyglądają przygotowania? Grasz dużo prób, czy to raczej indywidualne przygotowania z nutami itp.?

Jedno i drugie. Tak jak napisałeś, każdy artysta jest inny, ale także na różnych zadach funkcjonuje się w zespołach. W Jerry&ThePelicanSystem Jerzy napisał kompozycje, bardzo obszerne, jednakże partie perkusyjne to moje pomysły. Utwory nabierały kształtu podczas prób całego zespołu, zanim zarejestrowaliśmy materiał w studio. Czasami współpraca zaczyna się od nagrania albumu, później koncertów a najczęściej działa to w druga stronę. Znajomi polecają znajomych i nagle dzwoni telefon. Zdarza mi się grać zastępstwa za znajomych perkusistów. Wtedy praca wygląda mniej więcej tak: dostajesz materiały/piosenki, spisujesz sobie nuty, przygotowujesz wszystko indywidualnie, spotykacie się na próbę i w najbliższym czasie odbywa się koncert. Czasami nie ma czasu na próbę, to jest niezłe wyzwanie! Tak miałam z Grubsonem, zespół był powiększony o sekcję smyczkową oraz dętą. Nie było szans na próbę w pełnym składzie. Siedziałam dniami i wieczorami pracując nad materiałem, żeby podczas koncertów móc czerpać radochę z grania.Wiki

No właśnie, taka praca wymaga – moim zdaniem – przede wszystkim świadomości. Chodzi o świadomość własnych możliwości: zdradzisz jakie są twoje najmocniejsze strony jako perkusistki i te co do których masz wątpliwości?

Ha ha, wada to na pewno moje ograniczone możliwości techniczne. Nie jestem zbyt sumienna w ćwiczeniu kombinacji na zestawie czy paradiddli. Myślę, że moją mocną stroną jest wrażliwość oraz ciągłe eksperymentowanie i preparowanie zestawu perkusyjnego.

Jeśli mogę się wypowiedzieć, bardzo podoba mi się brzmienie twojego instrumentu. Klarowne, miękkie, po prostu miłe dla ucha. Czy to tylko „ręka” czy właśnie zabawa z szukaniem blach, naciągów itp.?

Uf, dzięki! Mam nadzieję, że „ręka” jest tu kluczowa, ale narzędzie, którym jest instrument wybrany i „ubrany” celowo, ma swoje trzy grosze do powiedzenia w tym aspekcie.

Bardziej cenisz sobie szukanie w muzycznych second handach czy profesjonalne endorsmenty?

Bębny zdecydowanie stare, które przeżyły już niejedną, ciekawą historię. Talerze zdecydowanie nowe. Współpracuję z IMPRESSION CYMBALS, znalazłam tam bardzo dużo ciekawych instrumentów, które skradły moje serce. Mam także cudowną możliwość tworzenia Customowych blach!

Trzeba zatem zadać to pytanie: czy kobiecie w tym biznesie, w szczególności jako perkusistce jest trudniej? A może to jest właśnie atut, który otwiera tu i ówdzie drzwi?

Wcale nie jest łatwiej. Chciałabym, żeby płeć nie wpływała na to czy jest łatwiej otworzyć pewne drzwi czy wręcz przeciwnie. Chciałabym żeby patriarchat nie istniał. Postęp powoli zmienia tę równię pochyłą w równowagę. Gdyby tak nie było, moje nazwisko nie znalazłoby się w serii POLISH JAZZ jako pierwsza kobieta instrumentalistka.

Przyznam, że zawsze miałem problem z perkusistkami, bo – jakby to ująć – nie wyglądały za dobrze za zestawem bądź co bądź instrumentu kojarzonego głównie ze spoconymi facetami. I tu pojawiasz się ty z takim, nazwijmy to „kreacjonizmem”. Mam na myśli fakt, że w każdym zestawieniu wyglądasz inaczej: są stroje, stylizacje itp., jak np. u Ralpha Kamińskiego. Druga sprawa to dobry flow jeśli chodzi o motorykę. W każdym razie, zdradź, czy zdarza ci się ćwiczyć „do lustra”?

Scena rządzi się swoimi prawami a raczej ich brakiem. Ralph to świetnie wykorzystuje, tworząc postaci, w które się wcielamy. Kasia Lins czy Georgina Tarasiuk z Blauki też wybierają stylizacje na koncerty. Moda jest także dziedziną sztuki, można dzięki niej podkreślić to, co chcemy przekazać słuchaczowi/widzowi. Wracając do pytania to nie posiadam lustra w swojej pracowni. Spokojnie, nie mam żadnych wyćwiczonych min czy ruchów scenicznych. Jestem koszmarną „aktorką”, każdy zauważyłby, że to jest nieszczere. ( śmiech)

Może to dziwne pytanie, ale masz ulubionego artystę, do którego lubisz wracać? A jeśli tak to dlaczego?

Uwielbiam wracać do twórczości Brian’a Blade’a. Przede wszystkim do jego płyty „Mama Rosa”, na której śpiewa oraz gra na gitarze. Jest autorem tekstów oraz kompozycji. Chyba nigdy nie przestanie mnie inspirować ten artysta. Z każdym odsłuchem dostrzegam kolejne nowe elementy piosenek. Niesamowite jest także to jak melodyjnie gra na perkusji oraz jak charakterystyczne ma brzmienie. Mam nadzieję, że kiedyś też odważę się tworzyć warstwę liryczną. To jest dla instrumentalisty spore wyzwanie, wyjść ze strefy komfortu wyrażania swoich uczuć.

Właśnie – wydaje mi się że ty bardzo lubisz porzucać tę strefę komfortu i odchodzić gdzieś w bok, pozaWJ perkusję. Marzy ci się płyta solowa?

Uwielbiam stawiać sobie nowe cele. W większości zespołów, w których gram na perkusji, śpiewam także chórki oraz wykorzystuję flet poprzeczny. Jeżeli chodzi o płytę solową to jak najbardziej. Zbieram pomysły na piosenki oraz improwizowane utwory. Można powiedzieć, ze zaczęłam już nad nią prace.

Liczyłaś kiedyś z iloma artystami współpracowałaś? Czy taka współpraca to poszukiwanie i dążenie do ideału? Ciągle w górę, podwyższanie poprzeczki, czy nie działa to w taki sposób?

Każdy jest istotny i wiem, że przeróżne współprace wpływają na kształtowanie mnie jako muzyka. Podwyższanie poprzeczki to dla mnie indywidualna kwestia. Sami możemy wymagać od siebie więcej i z biegiem czasu, nabierając doświadczenia robić muzykę na coraz wyższym poziomie. Dążenie do ideału może być zgubne, za to rozwój jest świetną motywacją do dalszych działań.

Wyobrażasz sobie siebie za parę lat? W jakim miejscu chciałabyś być jako muzyk?

Hm, to bardzo trudne pytanie biorąc pod uwagę fakt, że zależy to w dużym przypadku od ludzi, z którymi skrzyżują się moje drogi. Na pewno chciałabym wydać swój album i zrealizować kilka koncertów audiowizualnych mojego autorstwa. Chciałabym nadal grać ze wspaniałymi ludźmi, z którymi obecnie pracuję i czerpać z tego dużo radości i satysfakcji.

No właśnie – czas obecny. Możesz zdradzić co ciekawego przygotowujesz i z kim? 

Na kanale Warner Music Poland, na YouTube pojawi się wideosesja domowa nagrana z Jerzym Mączyńskim. W kolejnych dniach u Kasi Lins także pojawi się nasza zdalna wideosesja. Polecam sprawdzić najnowsze utwory „Rób tak dalej” oraz „Koniec Świata” z nadchodzącego albumu Kasi. A wracając do albumu to mały przedsmak w postaci mojego utworu pojawi się w wydawnictwie U Know Me Records za jakiś czas, śledźcie!

Zatem na koniec, zostań prorokiem i zdradź, kiedy znowu spotkamy się w klubach na koncertach?

Ha ha, oby jak najszybciej! W tym momencie najważniejsze jest nasze zdrowie i bezpieczeństwo więc #zostańwdomu!

Rozmawiał Arek Lerch 

Zdjęcia: Kasia Los