WHALESONG – Zatracenie w muzyce

Do rozmowy z Neithanem, szefem Whalesong, która miała miejsce pod koniec lutego, życie dopisało swoisty epilog, zmuszający min. do wycięcia wzmianek o koncercie, jaki zespół miał w kwietniu zagrać z Jarboe, na szczęcie muzyka pozostaje na swoim miejscu, a straceńczo – apokaliptycznym charakterem idealnie wpisuje się w aktualny stan rzeczy. „Radiance of a Thousand Suns”  możecie poczytać w dziale Album Tygodnia, zaś poniżej z głównym sprawcą i architektem płyty staramy się zgłębić mechanizmy tego świata, manipulacje i wszystko to, co wpłynęło na kształt i filozofię obecnego wcielenia Whalesong. 

Nawiązując do tego, co się wokół nas dzieje w temacie wirusowym, do tych wszystkich informacji i dezinformacji – jak odbierasz ten społeczny mechanizm, bo w jakimś sensie pasuje mi to do tego jak industrialiści przedstawiali zmanipulowany świat i psychozy nim rządzące…

Zauważyć trzeba, iż mamy masę dezinformacji i ogólnie chaos – każdy wie lepiej. Specjaliści (ci prawdziwi w temacie) stwierdzają, że zdrowi nie muszą nosić masek (od 16.04 będzie już takowy obowiązek – przyp. red.) – ale ludzie wiedzą lepiej, żadnej już nie kupisz, hurtownie są puste, masa się na nie rzuciła. Co rusz masz u lekarza kogoś kto siedzi w domu w Polsce – ale uważa, że na pewno się tym zaraził. Inni już sieją, że broń biologiczna, ogólnie niczym ludzie się na przestrzeni lat nie zmienili. Trzeba się kierować rozumem i po prostu starać być na bieżąco z tematem, zamiast żyć w panicznym lęku przed w sumie wszystkim. Do mojego miasta wróciła obecnie młodzież z Erazmusa – byli we Włoszech przez rok i mają teraz kwarantannę dwa tygodnie, gdyż byli na terenie gdzie mogli się zarazić – ilość komentarzy atakujących rodziny i w ogóle wszystkich była zatrważająca – 3/4 ludzi wypowiadało się na zasadzie jakby ta młodzież pojechała tam w dniu ogłoszenia wirusa, nikt nie rozumie, że oni tam byli blisko rok i jak teraz się podziały wspomniane rzeczy – wrócili. Wypowiedzi ludzi w tym przypadku po prostu mnie przerosły.

To fascynujące oglądać, jak działają te mechanizmy; moim zdaniem największym rakiem są tu media informacyjne. To jak przedstawiają sprawy (każdy, zły news na wagę złota) jest po prostu kurestwem.

Zdecydowanie. Jeśli chodzi o mass media, nic się nie zmienia, chociaż nie, zmienia – ale na gorsze. Kilka lat temu człowiek sięWhalesong live 4 śmiał z telewizji w Korei, w tej chwili mamy to samo w Polsce na głównym kanale telewizyjnym. Aż szkoda słów na to wszystko.

Dlatego idziemy do muzyki. Ale – zanim o Whalesong, muszę cię pociągnąć w innym temacie. Obserwuję na FB twoje wojaże z zespołami i przyznaję, że budzą szacunek. Spełniasz marzenia, czy to TYLKO praca?

Zdecydowanie spełnianie marzeń i praca, co mnie bardzo cieszy – mogę robić coś co lubię. Nie jest to lekki sposób życia, ale zdecydowanie sprawia mi dużo radości. Mogę obejrzeć trochę świata, do tego współpracuję z ludźmi, których bardzo szanuję i na których muzyce nieraz dosłownie się wychowałem.

Jak to wygląda technicznie – ile miesięcy w 2019 roku spędziłeś poza domem?

Ciężko stwierdzić, niektóre miesiące to pojedyncze sztuki/festiwale, niektóre to znowu pełne trasy, ale gdyby to zsumować to wyszłoby pewnie około 5 miesięcy.

Czyli życie marynarza. Możesz zdradzić nam, domatorom, co jest najfajniejsze w tej robocie a co mniej fajne?

Możliwość zobaczenia ciekawych miejsc, poznania nowych ludzi, obejrzenia fajnych koncertów, bardzo dobre towarzystwo. Co mniej fajne – zmęczenie, niewyspanie, nieprzewidziane problemy, stres. Osobiście jednak uwielbiam takie życie i się w nim odnajduję.

Mając mozliwość wejścia głęboko w to towarzystwo, jak podchodzisz do całego tego cyrku – ile jest w tym napinki, pozorów, a ile po prostu zwyczajnego grania itp? Czy wejście za „kotarę” zmieniło twoje postrzeganie tego środowiska?

Szczerze mówiąc, nie zmieniło kompletnie mojego postrzegania. Wszystko zawsze zależy od ludzi.

Dobra, to podrążę – z którym zespołem udało się nawiązać najbardziej przyjacielskie stosunki, wybiegające poza schemat zleceniodawca +zleceniobiorca? Inaczej – z którym pracowało się najlepiej?

Nie jestem w stanie wybrać jednego, ale top3 to zdecydowanie Decapitated, Mgła i Mayhem.

Przechodzimy zatem do meritum, czyli nowej płyty Whalesong. Przyznam, że pojawiła się – przynajmniej dla mnie – z zaskoczenia, bez jakiegoś trzęsienia ziemi. To co budzi u mnie największy szacunek to konsekwencja z jaką prowadzisz ten zespół. Czy jest coś takiego jak „cel” czy też miejsce, do którego z uporem zmierzasz?

Ten zespół to możliwość pełnego wyrażenia tego co we mnie siedzi. Nie patrzę tu zupełnie na jakiekolwiek gatunki, poniekąd robię co chcę. Mam od wielu lat określoną wizję brzmienia, którą tu powoli rozwijam bez oglądania się na innych. Takowym celem, zwłaszcza na żywo, może być próba osiągnięcia swoistego zatracenia w muzyce, w którym dany motyw cię kompletnie porywa i przytłacza. Jest to coś czego często szukam w muzyce.

Nowa płyta to rozwinięcie „Disorder”, ale nie spodziewałem się takiego rozmachu, aranżacyjnego, koncepcyjnego i brzmieniowego. Nazwałbym to finałem poszukiwań, ale pewnie tak nie jest?

Zdecydowanie finał to nie jest, tym bardziej, że jestem już w trakcie rejestrowania kolejnego albumu – co ciekawe kompozycje, które znajdą się na trzecim albumie, gramy na żywo od 2017 – czyli od czasu wydania „Disorder”. „Radiance of a Thousand Suns” to poniekąd album zawierający i nowe i stare kompozycje, swoiste podsumowanie tego czym jest ten zespół. Taki „Rebirth” graliśmy na żywo jeszcze przed wydaniem „Filth” w 2011, a „Consumer” w 2014 roku (jeszcze z automatem perkusyjnym). Niektóre kompozycje czekały wiele lat by w końcu należycie się uformować. Rozwijając wątek kreowania tego albumu – „Opening the Mouth to Hell” powstał na bazie pewnych improwizacji na koncertach, a inne utwory to po prostu zarejestrowane na „setę” w jakimś stopniu improwizacje – są motywy, ale je ciągniemy i zmieniamy na znak, więc ich długość zawsze może być inna. Oryginalnie płyta miała zamknąć się na jednym CD, jednakże w głowie pojawił mi się cały aranż tytułowego kolosa i domknął idealnie koncepcję płyty – został więc dograny w osobnej sesji, jednak przy wykorzystaniu dokładnie tych samych instrumentów, wzmacniaczy, bębnów etc.

Do tytułowego songu wrócę później. Na razie skupię się na rozmachu aranżacyjnym. Tak bogato Whalesong nigdy nie brzmiał. Czy te aranże to tzw. dzieło chwili czy pieczołowicie opracowana koncepcja?

Jeśli chodzi o same instrumenty – na części po prostu sam gram i je zaaranżowałem po swojemu, zaś inne – jak np. akordeon, wibrafon, cymbały czy saksofon – uwielbiam ich brzmienie i wiedziałem, że akurat te osoby idealnie będą pasowały ze swoimi charakterystycznymi stylami gry do tych utworów. Podczas nagrań mocno improwizowaliśmy, wiele z nich zostało kompletnie nietkniętych, jednak w niektórych miejscach coś powtarzałem, przestawiałem – by było tak jak ma być. Ogólnie aranżacje powoli się rozbudowywały, niektóre partie, jak np. cymbały w „Bliss” czy saksofon i akordeon w „Consumer” kompletnie zmieniły wydźwięk tych kompozycji, to znowu rozwijało moje własne pomysły na te utwory.

Zatracenie w muzyce

Zatracenie w muzyce

Jak udało się zaprosić do współpracy Thora Harrisa (min. ex-Swans)?

Skontaktowałem się z nim i zapytałem czy byłby zainteresowany nagraniem płyty z nami; po sprawdzeniu naszej muzyki stwierdził, że bardzo chętnie to zrobi. Po kilku miesiącach – na przełomie 2017 i 2018, zarejestrował cymbały do kilku kompozycji. Bardzo mnie cieszy ta współpraca, jestem ogromnym fanem jego muzyki, zarazem jest to jedna z najsympatyczniejszych osób jakie spotkałem w życiu.

I tu dochodzimy do wątku, który jest dla mnie bardzo istotny – otóż, o ile na poprzedniej płycie skojarzenia ze SWANS były, ale nie za duże, o tyle na nowej płycie Swans odcisnąl swoje niezmywalne piętno. Słyszę tu i wczesne rzeczy z „Filth” na czele, ale też późniejsze oblicze Amerykanów. I nie zrozum mnie źle – Whalesong brzmi indywidualnie, chodzi raczej o to, że czuję powinowactwo jeśli chodzi o emocje i sposób ich wyrażania. Whalesong 2Teraz, kiedy słucham tej płyty, mam wrażenie, że przestałeś się wzbraniać przed takimi wpływami…

Pozwoliłem w sumie muzyce płynąć, bez zastanawiania się czy coś może być do czegoś podobne czy nie. Jest to w pełni szczery przekaz i swoisty strumień świadomości. Zresztą, w jakiś sposób ten materiał pokazuje już to jak brzmieliśmy w rzeczywistości podczas premiery „Disorder”; gdy tamta płyta się ukazała, stylistycznie na żywo graliśmy  tak jak to słychać na „Radiance of a Thousand Suns”. Wspomniane przez Ciebie SWANS miało na mnie ogromny wpływ, kilka innych zespołów też i te naleciałości na pewno słychać. Zresztą, ich występ w Warszawie po reaktywacji w 2010 to najlepszy koncert na jakim byłem i swoiste „life changing experience„. Kompletnie wywrócił do góry nogami moje rozumienie muzyki. Z Whalesong gramy zupełnie inaczej, jednak mamy na pewno wiele punktów wspólnych.

No to – na zasadzie odskoczni, choć w temacie: jak zapatrujesz sie na woltę jaką Gira wykonał i efekt w postaci ostatniej płyty SWANS?

Bardzo dobra płyta, jednak cztery wcześniejsze podobają mi się bardziej. Mimo to „Leaving Meaning” jest bardzo dobre, bardziej spokojne i stonowane. Co jakiś czas wracam do tego albumu. Rewelacyjnym zabiegiem było zaproszenie do nagrania kilku kompozycji uwielbianych przeze mnie The Necks. Cała płyta to ogółem bardzo mocne 9/10. Zarazem, w pełni szanuję i rozumiem decyzję rozwiązania dotychczasowego składu grupy – mimo wszystko, gdyby MG tego nie zrobił – prawdopodobnie zaczęliby zjadać własny ogon. Z każdą płytą różnice między nimi stawały się coraz mniejsze. Wyjście z własnej strefy komfortu to bardzo dobry ruch, mimo ryzyka jaki ze sobą niósł. Przy okazji zażartuję, nawiązując do Twojego porównania nas ze SWANS – jeśli komuś brakuje ciężaru ich nowej płycie – od tego ma teraz nas ha, ha.

Dokładnie. Jest ciężar, jest improwizacja  drony, momentami patos a momentami pieczara. W każdym razie słucha się płyty z wypiekami na twarzy. Jedyne, co mnie niepokoi to pytanie, czy przy takim rozmachu i gościach, uda się tę muzykę „sprzedać” na żywo? Bo nie sądzę by udało się owych gości zaprosić na koncerty…

Nasz skład jest w tej formie mocno otwarty, na żywo za często nie gramy, jednak większość instrumentów, jak np. gong, cymbały czy dzwony rurowe przeważnie wozimy ze sobą – wszystko zależy od setlisty. Nasze kompozycje na żywo i tak ulegają modyfikacjom, mają kompletnie inne aranże, przez to ewoluują dalej, żyją poniekąd własnym życiem. W ostatnich dwóch latach z tego albumu graliśmy na żywo „Flesh” oraz tytułowy „Radiance of a Thousand Suns”. Sporą część seta zajmują nam także utwory z naszej następnej płyty.

No właśnie – utwór tytułowy. Opowiedz skąd taki pomysł (skojarzenia z wiadomym zespołem nie do wymazania…) na monstrualną, cholernie monumentalną kompozycję? Jak powstawała?

Zabukowaliśmy akurat jakiś koncert w 2018 i miałem pomysł by zagrać maksymalnie minimalistyczną kompozycję, po czym w sumie w ciągu kilku dni cała aranżacja pojawiła się w mojej głowie – później musiałem ją tylko nagrać i dopracować poszczególne segmenty. Ten jeden utwór autentycznie w całości powstał przed nagraniem w głowie. Bazą dla niego były zloopowane cymbały Thora, które w jakiś sposób nadawały już pewien klimat całości. Utwór rozpoczyna się drone’ami, powoli wprowadza słuchacza w klimat, a następnie dostajemy kompletną, pierwotną ścianę, nie znam w sumie żadnej płyty, na której takie swoiste wbijanie obuchem motywu w głowę tyle trwało – na żywo niejeden zespół wydłuża jakiś motyw, ale nie kojarzy mi się coś takiego na żadnej płycie. Uważam, że zagranie tego motywu przez 3-4 minuty nie oddziaływałoby należycie; długości danych motywów ogólnie są takie, jak czułem, iż powinny być. Potem mamy uspokojenie, które w jakiś sposób obecnie mi się kojarzy klimatem z Led Zeppelin i Current 93, a na koniec finałowa ściana dźwięku i cymbały, które zaczynają zazębiać się z początkiem płyty i utworem „Black Hole”, co może budować swoistą pętlę. Ogólnie koncepcyjnie obydwie płyty są poniekąd przemyślane jako swoje przeciwności, stąd CD1 kolorystyką nawiązuje do właśnie pierwszego utworu, a CD2 to eksplozja i tytułowy blask słońc. Mam nadzieję, że muzycznie dobrze udało nam się oddać ten tytuł.

Trzeba przyznać, że słucha się tego utworu doskonale. A propos dronów „A Wound in the Sky” to przykład, jak można za ich pomocą stworzyć świetną, transową kompozycję – czy to także utwór powstały na bazie improwizacji?

Tak, ten utwór początkowo bazował na drone’ach i w pełni improwizowanych bębnach, potem doszły bas, gitary, wibrafon, akordeon, saksofon, dzwony itd. Ogółem, ten numer to rozbudowanie i nawarstwianie kompozycji kolejnymi improwizowanymi instrumentami. Osobiście uwielbiam końcówkę, jej nerwowość i narastanie, finałowa eksplozja to jeden z moich ulubionych momentów na tej płycie. „A Wound in the Sky” to jeden z tych utworów, które od początku żyły własnym życiem i brnęły w niewiadomym kierunku. Do samego końca nie wiedziałem, jaki będzie jego efekt finalny.

Cała płyta wygląda jak dzieło skończone i bardzo głębokie – czy jest coś takiego jak idea, jakaś myśl przewodnia płyty?

Jest, jej odnalezienie zostawiam słuchaczowi.

Jednocześnie jest to płyta wymagająca, trudna i że tak to ujmę – czasochłonna, co w dzisiejszych czasach jest ciężkim tematem dla zagonionych ludzi. Czy planujesz jakiś sposób dotarcia do słuchaczy, ruchy promocyjne? Czy w ogóle jest jakiś target? Szukacie odbiorców na scenie metalowej czy mierzycie w inne miejsca?

Jest to zdecydowanie płyta wymagająca czasu, bardzo niedzisiejsza – gdzie każdy najchętniej odpali w serwisie streamingowym jeden, góra dwa utwory w drodze do pracy. W sumie, ten album kompletnie neguje takie podejście – wymaga tego by siąść i się w niego wgryźć. Wierzę, że są jeszcze ludzie, którzy również tak robią. Jeśli chodzi o grupę docelową, myślę, że fani takich grup jak Neurosis, Einstürzende Neubauten, SWANS czy minimalizmu spod znaku Terry’ego Riley i La Monte Younga mogą tu znaleźć wiele dla siebie. Zdecydowanie nie zamykamy się tylko w scenie metalowej – wywodzimy się z niej, ale mamy też sporo innych naleciałości. Stąd na przykład w zeszłym roku zarejestrowaliśmy cover Joy Division „Isolation”, który można usłyszeć na naszym bandcampie. Myślę, że to nasz plus – jesteśmy kompletnie inni, jednakże zarazem to nasze przekleństwo – nie da się nas wrzucić do jakiejś prostej szufladki. „Disorder” jeszcze jako tako mógł dowolnemu słuchaczowi muzyki metalowej wpaść w ucho – tu już tak łatwo nie ma. Zobaczymy, co uda się zdziałać, oczekiwań żadnych nie mam, robię to, gdyż mam taką potrzebę i wierzę w tę muzykę. Zarazem skupiam się na aranżowaniu już kolejnego albumu, który już w obecnej formie jest bardzo ciekawy.

Whalesong live 3

Wydaliście płytę w stricte metalowej wytwórni w klasycznej wersji cd, co także jest zabiegiem dość staroświeckim. Wierzysz, że ten biznes ma jeszcze coś do zaoferowania artystom?

Z Old Temple bardzo dobrze nam się współpracuje od lat, rok temu wydaliśmy album z remixami utworów z „Disorder” (co zresztą było pomysłem właśnie Old Temple), które przygotowali m.in. Sanford Parker, Herr Lounge Corps czy Submerged – od lat nie kojarzy mi się żadna pełna płyta, przeważnie powstaje ep-ka z kilkoma remixami i tyle. Tu przygotowaliśmy dwupłytowy album – gdzie każdy CD był alternatywną wersją oryginalnego albumu – finalnie więc mieliśmy trzy różne formy jednej płyty. Osobiście nie podchodzę do tego jak do biznesu – staram się przekazać maksymalnie szczerą muzykę.

Czy Whalesong pozostanie takim trochę efemerydalnym bytem studyjno – mentalnym?

Nie mam pojęcia, sam nie zajmuję się organizacją koncertów, a na chwilę obecną nie mamy agencji koncertowej – więc ciężko cokolwiek stwierdzić. Na pewno nie planuję grać w przypadkowych miejscach tylko po to by zagrać – bez odsłuchów etc. – improwizujemy, musimy się słyszeć, w przeciwnym wypadku wszyscy na tym tracą, i my i publiczność, która otrzymuje zły koncert. Wolę po prostu nie zagrać koncertu, niż na siłę coś bookować. Jeśli gramy na żywo – chcemy by publika otrzymała pełne doświadczenie jakim ma być ten koncert, nic na pół gwizdka…

Rozmawiał Arek Lerch 

Zdjęcia: Marcin Pawłowski (zdj. koncertowe)/Michał Biel (foto zespołu)