WHALESONG – Zatracenie w dźwięku

Muzyka industrialna dawno wyskoczyła z kołyski, dzisiaj sytuując się raczej w okolicach domu starców. Co nie zmienia faktu, że kolejne pokolenia łapią się na jej czar, zaś muzykanci próbują znaleźć dla niej drogę ucieczki ze sztampowego dołka. Tak czyni i Whalesong, który na „Disorder”, następcy niezłego krążka „Filth” (o mini „Roi des Rats” nie wspominając…), proponuje niezłą mieszankę, sprytnie unikając mielizn, za to prowadząc swoje muzykowanie w całkiem modne strony, bo jest tu i trochę improwizacji, sporo fajnych szumów, urozmaicających potężne gitarowe hałasy, także nie zawsze oczywistych korzeni. O tej ewolucji, muzyce i miejscu Whalesong na polskiej mapie niezalu rozmawiałem z szefem – Michałem „Neithanem” Kiełbasą.

Jakie to uczucie, trzymać pełnowymiarowy krążek, wydany – wreszcie! – po dłuuugim czasie w normalnej wytwórni? Czy po tych kilku tygodniach po premierze chciałbyś dużo rzeczy zmienić, czy nadal twoje dziecko jest najlepsze na świecie?

Bardzo pozytywne! Tym bardziej, że pracowałem nad tymi utworami bardzo długo – taki „Parasites” graliśmy już na koncertach w 2011 roku. Ogółem nagrania bardzo się poprzeciągały czasowo i nie były łatwe, ale jestem zadowolony z efektu finalnego i cieszę się, że w końcu udało się ten etap zamknąć. Zarazem odzew jest pozytywny, co mnie tym bardziej cieszy.

No właśnie – ta długość produkcyjna… Przyznam, że zawsze mam wątpliwości w takich przypadkach, bo osobiście uważam, że płyta to zapisBand chwili, pewnego etapu w życiu zespołu i przeciąganie nagrań na lata wcale muzyce/zespołowi nie służy. Co spowodowało u Was takie rozwleczenie tego procesu?

Również lubię takie krótkie, szybkie zapisy chwili. W przypadku „Disorder” utwory powoli dojrzewały i się formowały na przestrzeni lat. To dla mnie bardzo osobisty materiał. Pierwsze ścieżki gitar nagrałem w ostatnim tygodniu grudnia 2013r. i w przeciągu roku mieliśmy teoretycznie zamknięty materiał, jednak wówczas wciąż graliśmy z automatem perkusyjnym i to nie było to. Brzmienie było zbyt anemiczne, brakowało w tym tej pierwotnej siły, ogółem brzmiało to jak demo. Pod koniec 2014 skład zasilił Grekh i w 2015 dograliśmy żywe bębny. To także wiązało się następnie z nowymi aranżami basu, dograniem dodatkowych ścieżek gitar etc. by wszystko lepiej żarło. Dzięki temu materiał nabrał w tym momencie życia i mocy. Na koniec miałem masę pracy z połączeniem tego wszystkiego w całość, ale myślę, że się udało.

Co to znaczy „materiał osobisty”? W zasadzie każde, nowe dzieło dla zespołu takie właśnie jest, zatem wnioskuję, że w przypadku „Disorder” jest jakieś głębsze znaczenie takich słów…

Ten materiał jest odzwierciedleniem mnie z okresu tych kilku zeszłych lat; wlałem w niego całego siebie – dlatego odbieram go bardzo osobiście. Jest na nim w sumie niewiele przypadku. W tej chwili tworzymy zespołowo, stawiamy na improwizację, trochę inne emocje też biją z naszej obecnej, niewydanej jeszcze muzyki. Idzie to wszystko w bardzo ciekawym kierunku.

Lubisz brzydotę? Pytam o to, bo mam wrażenie, że w przypadku Whalesong ta brzydota jest dla was czymś w rodzaju artystycznego credo. Brzmienie płyty. Okładka „Roi des Rats”. Okładka „Disorder”. Tu nie ma nic pięknego. Raczej, hmmm, przygnębienie…

I tak i nie, jak każdy, wszystko zależy – nic nie może być perfekcyjne. Interesujące zawsze było np. w filmach Jodorowskiego jak zestawiał brzydotę z pięknem. Kontrast musi być. W sumie coś w tym jest, masz rację. To dość naturalnie jakoś tak wychodzi, nawet o tym nie myślałem. Nie wyobrażam sobie w sumie też tych dźwięków z ładnym, czystym i w pełni klarownym brzmieniem, to byłby duży dysonans. Aczkolwiek nie jest też tak, że koniecznie szukamy na siłę rzeczy, które byłyby brzydkie. Okładka „Roi des Rats” na przykład jest stricte powiązana z motywem przewodnim tego wydawnictwa, artwork „Disorder” był poniekąd inspirowany kinem. Wspomniane przez Ciebie przygnębienie w sumie bardzo pasuje, ogółem nie ma tu za wiele radości w tym wszystkim, brak nadziei dominuje i w muzyce i w artworku.

A co w takim razie obrazuje okładka „Disorder”, kilka słów o niej?

GrafaPrzy wersji CD poszliśmy w sumie w minimalizm, to ujęcie z opuszczonej fabryki. Wewnętrzny artwork z bookletu (i zarazem front zaplanowanej na początek 2018 kasety, którą wyda hiszpański Abusive Noise Tapes) nawiązuje do rewelacyjnego, francuskiego filmu z 1962 – „La Jetée” – który miał na mnie spory wpływ. Na koniec mamy jeszcze dwie okładki kaset wydanych przez Three Moons Records – tu zaś pojawia się inspiracja Akcjonizmem Wiedeńskim, a dokładnie „Akcją nr. 3” Rudolfa Schwarzkoglera. Zdjęcia z postaciami przygotowywaliśmy razem z Michałem Bielem, rewelacyjnym fotografem z Gliwic. Jestem ekstremalnie zadowolony z efektu finalnego.

Ciekawe jest wasze dołączenie do wytwórni kojarzącej się niemal w 100% z black metalem, pogaństwem itp. Czy to wyraz, hmmm, desperacji, fascynacja Eryka waszym zespołem czy może po prostu chęć wyróżnienia się z tłumu, bo faktycznie – wyróżniacie się…

Eryk śledził nasze losy w sumie już od wydania „Filth”, bardzo mu się tamten materiał spodobał i pozytywnie go zaskoczył, jako że jest ogromnym fanem Godflesh, Scorn czy Swans. Szukając wydawcy „Disorder” wysłałem mu materiał i tak bardzo mu się spodobał, że postanowił zaryzykować – Old Temple wydaje w końcu zupełnie inną muzykę niż nasza.

Właśnie, dochodzimy do meritum, czyli relacja NOISE – INDUSTRIAL. Bo te dwa kierunki zdają się na waszej płycie dość intensywnie przepychać. W którą stronę zespołowa szala się przeważa?

Myślę, że zdecydowanie industrial, noise to tylko dodatkowe tekstury, które dużo nieraz dodają, jednak bazą jest i tak kompozycja mająca określone formy. Wybuchy hałasu nadają się świetnie na jakieś punkty kulminacyjne, jednakże randomowy hałas nie jest naszym celem. Zatem według mnie szala zdecydowanie przeważa na industrial.

W wielu miejscach muzyka z „Disorder” sprawia wrażenie dość otwartej formuły, wykraczającej poza sztywne ramy aranżacji, słychać to szczególnie np w „Dearth”. Jest to ciekawe, bo industrial kojarzy się raczej z dość sztywnymi strukturami – czy ta otwartość jest czymś w rodzaju klapy bezpieczeństwa, zapewnienia sobie możliwości „ucieczki”?

Przez cały pierwszy okres grania – gdy używaliśmy automatu wszystko było wyliczone co do sekundy, nie było miejsca na improwizację za wyjątkiem końca koncertu co zaczęło mnie w pewien sposób dusić i męczyć. W tej chwili grane utwory mają w pełni otwarte formy, ani razu nie odgrywamy ich tak samo, pewien schemat jest, ale nieraz zmieniamy riffy na znak, inne motywy brutalnie przedłużamy. Uwielbiam w muzyce właśnie możliwość ucieczki i swoistego transu, zatrzymania się na jakimś motywie i płynięciu po prostu razem z muzyką. Zatracenie wewnątrz tego dźwięku, tego w sumie szukam: momentu, w którym dźwięk żyje własnym życiem i generuje się pewne ciśnienie, ciężko mi to w sumie opisać. Nasz drugi album, który właśnie nagrywamy, jest bardzo minimalistyczny i oparty bardzo często na zapętleniach. Co ciekawe, na żywo gramy jeszcze nowsze rzeczy, które mają już w pełni otwarte ramy i trafią na nasz trzeci album.

Zatracenie w dźwięku

Zatracenie w dźwięku

Czy to przyspieszenie w działalności idzie w parze z zainteresowaniem? Jak wygląda rynek muzyczny z Twojego punktu widzenia? Mówimy oczywiście o czymś więcej niż pięć koncertów w roku za przysłowiowe piwo i „wachę”…

Przyspieszenie działalności jest dość naturalne, ot skończyliśmy w końcu album, najnowsze kompozycje są w tej chwili rejestrowane, a na żywo gramy najbardziej aktualne rzeczy plus także rzeczy z „Disorder”. Płynie to naturalnie i nie ma nic wspólnego z zainteresowaniem, ot, robimy swoje. Rynek muzyczny wygląda bardzo zróżnicowanie; pracuję czasem na dużych koncertach i festiwalach gdzie pojawia się ogromna ilość ludzi, a chwilę później jestem też na jakichś małych sztukach gdzie ilość publiczności można policzyć na palcach dwóch rąk. Rozbieżność jest ogromna, ilość muzyki obecnie wydawanej też i ciężko przebić się przez tonę innych rzeczy. Bądźmy szczerzy, każdy może cokolwiek nagrać i wrzucić w tej chwili do sieci. Podstawą jest dotarcie do potencjalnych odbiorców i zwrócenie ich uwagi, a w przypadku koncertów najważniejsza promocja, dużo osób nieraz byłoby zainteresowanych koncertem, a nie wie, że się odbywa zaledwie 10-20 kilometrów od nich.

Właśnie – dotykasz palącej sprawy. Przebicie się przez szklany sufit czasami graniczy z cudem. Za duży tłok, za duża konkurencja. Macie jakieś plany na ponadstandardowe działania? Wiesz, słowo „promocja” może znaczyć wszystko, ale także nic.

Zastanawiam się, szczerze mówiąc, nad skorzystaniem z jakiejś agencji promocyjnej, która ogarnia za Ciebie rzeczy związane z rozsyłaniem newsów, promówek do recenzji etc. Mimo wszystko, jest to bardzo czasochłonne zajęcie. W tym roku siedziałem nad promowaniem sporo czasu, Eryk z Old Temple również i widzę pewien progres, reakcje. W przypadku koncertów także miałem trochę siedzenia – ludzie przychodzili, frekwencja była dobra, więc jest fajnie, ale trzeba to zdecydowanie popchnąć dalej. Samo się nic nie zrobi.

To działanie desperatów, bo trzeba nim być, żeby cały czas do tego dokładać a potem dostać zwroty za benzynę, ale zostawmy narzekanie na boku i wróćmy do muzyki. Znane ci jest pewnie hasło – tytuł płyty – ekstremalne czasy wymagają ekstremalnych odpowiedzi. Czy zważywszy na to co się dzieje, muzyka Whalesong jest taką właśnie odpowiedzią?

Jasne, że znane! Myślę, że możemy tak powiedzieć, otoczenie i wszystko co się dzieje dookoła ma na nas mniejszy lub większy wpływ i na pewno na dźwięki, które kreujemy.

Whalesong jest o tyle problematycznym tworem, że jest za ciężki dla sceny alternatywne i za mało metalowy dla metalheads – jaki jest w zasadzie wasz target, na jakich imprezach muza jest najlepiej przyjmowana?

W sumie jesteśmy takim bękartem sceny ha, ha. Dużo osób porównywało nas na przestrzeni ostatnich lat do takich bandów jak Swans, Godflesh, Scorn, Sunn O))) czy Neurosis. Fani rzeczy z pod znaku Celtic Frost też na pewno coś znajdą tu dla siebie i ogółem maniacy eksperymentów i muzy bardziej transowej. Uważam jednak, że nawet osoby nie siedzące zupełnie w takiej muzyce mogą polubić to co robimy. Uważam, że mimo wszystko prezentujemy coś własnego, innego, nie jest to granie stricte „pod coś”, posiadamy jakiś swój styl, który ciągle ewoluuje, rozrasta się i przede wszystkim jest nasz własny. Wpływów nigdy nie unikniemy i są słyszalne, ale nie jesteśmy raczej kopią żadnego bandu co mnie cieszy. Pytałeś jeszcze na jakich imprezach nasza muza jest najlepiej przyjmowana – zdecydowanie na związanych z wolniejszym graniem – sludge/post metal itp. Myślę, że z obecnym setem nawet na imprezach bardziej alternatywnych byśmy zacnie się wpasowali, jako że nowe kompozycje idą w interesujące rejony i są bardzo uniwersalne.Live

Nowy materiał – poza nawiązaniami do wspomnianych SWANS (np. wokale w „Degradation”) zaskakuje tym, że jesteście na bieżąco z tym co dzieje się na scenie – bo dużo tu wpływów związanych z modnymi ostatnio, szorstkimi drone’ami, które pojawiają się w „Juggernaut”, w utworze tytułowym czy wspomnianym „Dearth” – jak dochodziliście do tego typu brzmień? Skąd pomysł na wprowadzenie takiej przestrzenne bazy, która świetnie urozmaica typowo gitarową fakturę, a czasami wręcz ją zastępuje.

Drone’y wykorzystujemy w sumie od samego początku istnienia zespołu, naszą najbardziej drone’ową kompozycją jest tytułowy utwór z „Roi des Rats”. Osobiście uwielbiam La Monte Younga, minimalizm czy Ginnungagap – projekt Stephena O’Malleya. Jeśli chodzi o drone doom, bardzo lubię SUNN O))), Grave Temple, Earth czy Boris; wszystkie te wspomniane bandy miały na mnie zdecydowanie spory wpływ na przestrzeni lat. Takie dźwięki w naszej muzyce pojawiły się naturalnie, na naszych pierwszych koncertach jeszcze przed wydaniem „Filth” zdarzały się momenty, gdy drone’owaliśmy przez kilka minut, naturalną koleją rzeczy było zarejestrowanie czegoś takiego na pełny album. Z czasem dograliśmy do „Dearth” akordeon, który bardzo poszerzył nasze spektrum brzmieniowe, do tego rewelacyjne nerwowe bębny w tle sprawiły, że ta kompozycja jest jedną z moich ulubionych na „Disorder”.

No tak, to już wkraczanie w rejony zarezerwowane dla improwizatorów. Nie boicie się, że ktoś zarzuci wam próbę załapania się na improwizacyjną koniunkturę?

Nie wiedziałem nawet, że takowa jest ha, ha. Szczerze mówiąc, nie interesuje mnie czy ktoś coś takiego nam zarzuci, robimy co robimy i na co mamy ochotę. Poza tym od wielu lat idziemy własnym torem nie patrząc na innych. Jeśli chodzi o pełne improwizacje – wolimy jednak mieć określone struktury, wspomniane otwarte ramy i możliwości modyfikacji tych kompozycji. Pełne improwizacje nas nie interesują – raz może wyjść coś genialnego, ale wiele razy może się to nie udać. W studio zdarza nam się improwizować, prowadzi to w ciekawe rejony, ale tak jak mówię, nasze utwory mimo wszystko mają pewne ramy, których się mniej lub bardziej trzymamy.

Swoją drogą, akordeon to mocny temat. Saksofon i klawisze stały się wszechobecne i np wykorzystanie akordeonu w większym wymiarze niż tylko smaczek byłoby strzałem w dziesiątkę. Nie uważasz?

Coś w tym jest, mogłoby to być ciekawe i interesujące. Akordeon nie jest chyba aż tak często używany w takiej muzie, a kiedy już się zdarzy to są to zwykłe zagrywki, przeważnie w tle. W naszym przypadku poszliśmy trochę w przestrzenie i mocne improwizacje. Partie akordeonu rejestrowaliśmy kilka godzin, miałem tonę motywów, najciekawsze i najfajniejsze słyszymy na „Disorder”. Zarazem strzałem w dziesiątkę myślę było użycie akordeonu jako instrumentu prowadzącego w „Dearth”.

Zdecydowanie. Świadczy to o tym że jednak macie zakusy żeby uciec z szufladki industrialnej…

Nic na siłę. Muzyka sama płynie. Szczerze mówiąc, nie uważam byśmy grali na pewno czysto industrialnie, jest to w jakiś sposób zmielone i spaczone przez milionLive 2 innych inspiracji. Już po wydaniu „Filth” spotkałem się z opiniami, że to albo nie jest metal, albo nie jest industrial itd. Te szufladki pomagają w jakiś sposób ludziom przede wszystkim skumać z czym będą mieli do czynienia. W naszym przypadku jest na pewno ekstremalnie dużo wpływów min. industrialu i no wave. Osobiście nie wiem co gramy, zwłaszcza jeśli chodzi o nowe utwory – nie mam zielonego pojęcia co to za gatunek jest już w tej chwili, poza tym, że na pewno nasz własny.

Zatem jakbyś zareklamował „Diaorder” osobie która na co dzień słucha np. Maryli Rodowicz?

Coś co się na pewno nie spodoba – coś hałaśliwego, depresyjnego, ale także szczerego.

I ostatnie słowo na koniec….

Zapraszam do odsłuchania „Disorder” i na koncerty w 2018, jako że dopiero na nich słychać czym w pełni jest ten zespół. Zarazem warto śledzić naszego facebooka, jako że na początek przyszłego roku planujemy wydanie „Disorder Deconstructed” – albumu z remixami i dekonstrukcjami kompozycji z naszego debiutu. Wśród osób, które wzięły je na warsztat są m.in. Sanford Parker (Corrections House, ex-Minsk), Submerged (The Blood of Heroes, Have Demons), MOAN i wielu wielu innych. Będzie to ciekawe wydawnictwo, dwa utwory są już dostępne na bandcampie i youtube. Poza tym powoli widać koniec nagrań naszego drugiego pełnego albumu, zatem – będzie się działo…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Michał Biel