WE ARE IDOLS – wizyta w antykwariacie

Trzecia płyta wrocławskich hardcore’owców to pierwsze w tym roku dzieło, które nobilituje – po raz kolejny – niezależne granie i przekonuje mnie, że nadal mogę z tej strony oczekiwać miłych zaskoczeń. No Apologies to właśnie przykład krążka, który z wiadomych, ale też i bardziej irracjonalnych przyczyn stał się moją ulubioną lekturą ostatnich dni. To coś znanego, ale podanego w nowy sposób. Oczywiste wątki grane z pasją i desperacją, smutne rozważania, wyłuszczone wrzaskiem. Spojrzenie wstecz, ale z zachowaniem odpowiedniego dystansu. O inspiracjach, Rollinsie i hardkorze rozmawiałem z bębniarzem We Are Idols – Łukaszem Michułką.

Ostatnio zacząłem zastanawiać, czy w XXI wieku, w dobie Internetu i komercjalizacji wszystkiego hardcore jako walka, rebeliancka postawa ma jeszcze sens? Czy może pozostaje tylko zabawą, gdzie nikt tak na prawdę nie ma jakiejkolwiek nadziei, że można w ten sposób zmienić świat. Jak myślisz??

Widzę, że zaczynamy z grubej rury. Prawdę mówiąc, chyba nigdy się nad tym nie zastanawiałem i w ogóle wątpię, czy takie ogólne stawianie sprawy, jak „hardcore jako walka i zmienianie całego świata” ma sens. Myślę, że ile panków, tyle odpowiedzi. Ja, może poza etapem neoficko-wczesno-nastoletnim, chyba nigdy nie patrzyłem na hardcore jako coś, co zmieni cały świat. Na pewno wpłynęło to w istotny sposób na mnie, ale nie mam „nadziei, że można w ten sposób zmienić świat”. Dzięki wielu ideom, które podsunął mi hardcore/punk, jak choćby DIY czy wegetarianizm, na pewno zmieniłem swoje życie i najbliższe otoczenie na lepsze i dla mnie to wystarczająco dużo. A przy okazji pozostaje to wszystko dobrą zabawą i nie widzę w tym niczego złego. We Are Idols to pięciu typów, którzy 8 lat temu spotkali się jednym zespole i którzy zawsze grali to, co mają ochotę grać, bez zbytniego zastanawiania się nad tym, w którą stronę to wszystko ma iść. Może dlatego każda płyta daje inną odpowiedź .

Jednakoż coś wydarzyło się po pierwszej płycie. O ile debiut sprawiał wrażenie krążka jeśli nie wesołego to na pewno bardziej beztroskiego, o tyle od „Powerless” zaczyna się dół ,depresja i refleksja. Gdzieś przeczytałem, że następna płyta będzie pokazywać Wasze wkurwienie? Taki plan?

Po pierwszej płycie poszliśmy do pracy (śmiech). Z tym wkurwieniem na następnej płycie, to chyba faktycznie coś wspomnieliśmy na naszej stronie internetowej przy okazji zapowiedzi nowego materiału, ale, prawdę mówiąc, nie przywiązywałbym póki co do tego większej wagi, bo – jak wspomniałem wcześniej – wiele rzeczy w zespole dzieje się samo i ostatecznie może wyjść różnie. Póki co, w luźnej rozmowie padł pomysł, żeby spróbować pograć trochę surowiej, prościej, krócej, bo na „No Apologies” nieco odjechaliśmy. Dość powiedzieć, że to miała być ep-ka, a wyszła nam najdłuższa rzecz, jaką nagraliśmy, chociaż jest tam tylko siedem numerów.

wizyta w antykwariacie

wizyta w antykwariacie

No właśnie… Nowa płyta zaskakuje i to bardzo pozytywnie. W zasadzie z d – beatem, z którym byliście kojarzeni macie już niewiele wspólnego. Skąd wziął się pomysł by nieco rozbudować i zmienić formułę? Po wesołych d – beat’owcach nie ma śladu…

Do wesołego d-beatu raczej nie wrócimy (śmiech). Przez lata zmieniały się nasze inspiracje, przede wszystkim inspiracje Piotrka, bo to on pisze w zasadzie całą muzykę, od początku funkcjonowania zespołu. Pierwsza płyta była dość beztroska i rozrywkowa, przypadkiem wstrzeliliśmy się chyba w modę na rokendrolowe granie i ta łatka do nas przylgnęła. Już „Powerless” było inne, co sporo osób zauważyło, ale mieściło się to w jakimś ogólnym kanonie, można było to w dość prosty sposób zaszufladkować (jako ten nieszczęsny d-beat chociażby). „No Apologies” jest chyba najbardziej zaskakująca i kilka osób może się zdziwić przy pierwszym odsłuchu. Płyta powstawała w trochę inny sposób, przede wszystkim dlatego, że Piotrek przez rok mieszkał i pracował w Warszawie a na próbach spotykaliśmy się bardzo rzadko. Może to, że miał więcej czasu na kombinowanie i aranżacje ma jakiś wpływ na kształt muzyki, bo faktycznie, więcej w tym wszystkim dłubaniny i różnych niuansów. Po raz pierwszy też nagrywaliśmy z producentem i to też na pewno miało duży wpływ na ostateczny kształt albumu. Produkcją zajął się Czaja, z którym współpracujemy od zawsze i teraz pozwoliliśmy mu na dużo więcej. To on odpowiada za brzmienie, miał też wpływ na niektóre aranże, dograł kilka partii gitar, w paru miejscach pojawiają się klawisze. Mieliśmy do niego pełne zaufanie i jesteśmy zadowoleni z efektu więcej niż w 100%. Nie byłem obecny przy nagrywaniu gitar i kilka piosenek mocno mnie zaskoczyło, kiedy usłyszałem je nagrane.

Właśnie, dotykamy tym samym problemu, który w Polsce jest bagatelizowany, ale tzw profesjonaliści bardzo wyraźnie oddzielają od siebie funkcje „realizatora” dźwięku i „producenta”. Z tego, co mówisz, Czaja był w pewnym sensie właśnie takim producentem, który nie tylko kręcił gałami. Coś więcej na temat tej zależności i współpracy?

Nie wiem, jak to wygląda w innych miejscach, ale na scenie hc/punk faktycznie nie jest to popularna sprawa. Po części wynika to pewnie z tego, że punkowe kapele chcą od początku do końca mieć wpływ na swoją muzykę, taka jest specyfika, wynikająca pewnie bezpośrednio z idei DIY. Dodatkowo, do niedawna dla wielu kapel wizyta w studiu oznaczała niekończącą się walkę z realizatorem, który myśli, że hardcore to w najlepszym wypadku Machine Head i za wszelką cenę próbuje ukręcić takie brzmienie, a na końcu i tak wychodzi Flapjack. W takiej sytuacji danie takiej osobie choćby minimalnego wpływu na aranż numerów było dość głupim pomysłem. Jeszcze kilka lat temu sam na coś takiego nigdy bym się nie zgodził. Na szczęście, od jakiegoś czasu można znaleźć coraz więcej realizatorów, którzy wywodzą się ze sceny hc/punk, wiedzą, jak taka muzyka powinna być nagrana, a jednocześnie mają dostęp do profesjonalnego sprzętu i po prostu znają się na swojej pracy. Z Czają współpracujemy od początku istnienia We Are Idols i przy trzeciej dużej płycie postanowiliśmy spróbować. Zostawiliśmy mu dużo swobody, zarówno jeżeli chodzi o brzmienie, jak i aranżacje. Więc nie był „w pewnym sensie producentem”, a po prostu produkował tę płytę z nami. Wydaje mi się, że z czasem coraz więcej zespołów będzie się decydowało na takie rozwiązanie. Wymaga ono zaufania i jest trochę ryzykowne, ale efekty mogą być znakomite.

chcemy jak najszybciej wrócić do aktywnego koncertowania

chcemy jak najszybciej wrócić do aktywnego koncertowania

Ok, zajmijmy się zatem elementem, który mnie osobiście najbardziej zaskoczył/zajarał. Odniesienia do Rollins Band w kawałkach „Water Turns Into Mud”, częściowo w „Boeing’s Shot Down” i głównie w „From Baltic To Adriatic”. Przyznam szczerze, że wyszło to zajebiście, ale moje zaskoczenie wynika z faktu, że mało kto w tym kraju kiedykolwiek do późnej twórczości Heńka próbował nawiązać. Teraz Was można określić mianem „desperation blues band” Skłaniając się w stronę Rollinsa, bardziej inspirowały Was kwestie mentalne, czy same dźwięki?

Ta odpowiedź pewnie cię mocno rozczaruje. Może lekko minę się z prawdą, ale jestem prawie pewien, że oprócz Igora, nikt z nas nie przesłuchał całej płyty Rollins Band w ciągu kilku ostatnich lat. Nie sądzę więc, że to celowe nawiązanie. Prędzej podświadome, a najpewniej po prostu przypadkowe. Kiedy pisaliśmy kawałki na pierwszą płytę, nie zasłuchiwaliśmy się w Motorhead, przy drugiej Entombed też raczej nie grało za często u nikogo z nas, a wiele osób było pewnych, że to była jakaś ogromna inspiracja. Nazwa Rollins Band pojawiła się w notce prasowej, bo Igor – zresztą bardzo trafnie – zauważył pewne podobieństwo do ich muzyki na „No Apologies”. Ale tak po prostu wyszło, nic więcej.

No to szkoda… Podrążmy jednak temat inspiracji, co jest w sumie istotne w kontekście „No Apologies”. Jacy wykonawcy/wydarzenia itp wpłynęły na kształt płyty? W sumie musiało to być coś mocnego, skoro z ep-ki zrobił się longplay.

Nie wiem, czy można w ogóle mówić o jakichś konkretnych wydarzeniach czy wykonawcach. Cała płyta powstawała bardzo długo, w tym czasie wiele się zmieniało. Ciężko powiedzieć, pod czego albo czyim wrażeniem byliśmy w momencie powstawania konkretnych numerów. Dwa kawałki, które znajdują się na nowej płycie napisaliśmy w zasadzie zaraz po skończeniu nagrywania „Powerless”, czyli gdzieś pod koniec 2011 roku. Napisanie 7 kawałków zajęło nam prawie dwa lata, pracowaliśmy dużo wolniej niż zwykle. Jeżeli dobrze pamiętam, było po drodze kilka numerów, które nie przetrwały próby czasu, bo nie pasowały do pozostałych, ale nie wiem, czy był jakiś klucz, według którego działaliśmy. Raczej nie, bo w sumie nigdy takowego nie mieliśmy.

Uciekasz od szufladkowania! Wyczuwam w tym coś w rodzaju niechęci do wrzucenia w jakąś konkretną niszę. Ale z drugiej strony mam też taką teorię, że na płycie jest jakiś delikatny, szary odcień, który rzuca na nią współpraca z Guantanamo Party Program (split). Trafiłem?

Ja nie jestem wrogiem szufladek. Nie mam nic przeciwko temu, żeby ludzie umieszczali nas w takich, do jakiej im pasujemy. Sam lubię, jak zespoły umiejętnie eksploatują jakąś konwencję, świadomie nawiązują do innych. Z We Are Idols też staraliśmy się to robić, z lepszym lub gorszym skutkiem. Ale „No Apologies” to z mojego punktu widzenia płyta, która, najbardziej z naszych dotychczasowych nagrań, wymyka się szufladkom. Faktycznie jest trochę spokojniejsza (smutniejsza?) niż poprzedni album no i na pewno nie jest tak rozrywkowa, jak debiut. Ze wspomnianym Guantanamo Party Program przez wiele lat dzieliliśmy salę prób, w podobnym czasie nagraliśmy płyty i mieliśmy jakieś niewykorzystane kawałki, więc pomysł na split pojawił się naturalnie. A czy muzyka GPP wpłynęła jakoś na naszą? Nie wiem, ale faktem jest, że przestaliśmy się bać długich numerów.Live2

Wyczuwam w tym też coś w rodzaju – nie obraź się – chęci wyjścia z hardcore’owego getta. Wyraźnie słychać, że macie coś więcej do powiedzenia…

Tylko gdzie mielibyśmy pójść, jak już byśmy z tego getta wyszli? Z mojego punktu widzenia, scena hc/punk to najlepsze miejsce dla zespołu takiego jak my. Od zawsze identyfikowaliśmy się ze sceną i generalnie daleko nam do narzekania. Wiadomo, że nie wszystko jest idealne, ale nie sądzę, żeby gdzie indziej było lepiej. Myślę, że w ogólnym rozrachunku jest raczej gorzej, bo przez kilka lat mojej obecności na scenie widziałem kilka zespołów, które próbowały się gdzieś wyrwać i najczęściej po różnych przygodach wracały do tego strasznego getta. We Are Idols też zagrało kilka „nie-scenowych” koncertów i z mojej perspektywy raczej nie było świetnie. Oczywiście, nie mam nic przeciwko temu, żeby nasza muzyka dotarła do osób, które nie śledzą tego, co dzieje się na scenie hc/punk, m.in. stąd nawiązanie współpracy z Instant Classic, które ma nieco szerszy zasięg, niż punkowe wydawnictwa, ale raczej nigdzie dalej się nie wybieramy.

Dobra, jeśli zatem przyjąć, że muzyka jednak poza standardowy hc wychodzi, jak zachowuje się Wasz przekaz na tej płycie? Do kogo chcecie trafić ze słowami. Albo jeszcze inaczej – chcecie trafić do kogoś czy raczej traktujecie słowa jako samo-oczyszczenie??

Samo-oczyszczenia to już chyba dość po „Powerless”. Teksty na „No Apologies” chyba dość mocno odbiegają od stereotypowego wyobrażenia o tekstach punkowego zespołu. Za wszystkie odpowiada Igor i tak się złożyło, że podczas pisania nowych kawałków pojawił się pomysł, żeby wszystkie traktowały o świecie Zimnej Wojny, co wynika bezpośrednio z jego zainteresowań. Powstał więc koncept-album, opowieść o trochę dziwnych, trochę strasznych czasach. Mam wrażenie, że ostatnio mniejszą wagę przykłada się do tekstów, traktuje się je jako dodatek, a niektórzy wokaliści pisanie tekstów uważają za przykry obowiązek. Dlatego bardzo się ucieszę, jeżeli ktoś spędzi trochę czasu z wkładką do „No Apologies” w ręce, bo te teksty są tego warte.

No właśnie – zastanawiam się czy taka tematyka nie będzie dla współczesnego odbiorcy mało istotną abstrakcją? Chodzi mi o to, że współczesne życie oferuje tyle podniet i „narkotyków”, że taka tematyka może być czymś w rodzaju wizyty w antykwariacie…

W sumie ten antykwariat to dobre porównanie. Szczególnie, jak ktoś będzie miał okazję obejrzeć wkładkę (śmiech). Czy każda wizyta w takim miejscu to nuda? Czasem możesz tam znaleźć coś, czego byś się nie spodziewał, a może się okazać interesujące. Te teksty są trochę nieoczywiste, dają pole do refleksji, dla mnie są po prostu ciekawe. Czy będą takie dla wszystkich? Nie sądzę, ale uważam, że to mocna strona tej płyty.

Zważywszy na różnice między tymi materiałami, zastanawiam się – nad jaką muzyką pracuje się łatwiej – tą weselszą czy tą smutną i mniej oczywistą, jak na nowej płycie?

Mi na próbach pracuje się podobnie, bo proces pisania nowych rzeczy zawsze przebiega tak samo. Piotrek przynosi riffy i rzeźbimy do skutku. Każda nowa płyta wymagała od nas nauczenia się czegoś nowego i w tym sensie „No Apologies” nie przyniosło żadnej zmiany. Natomiast samo nagrywanie było już trochę bardziej wymagające niż np. praca przy pierwszej płycie, ale w sprawnym przebrnięciu przez ten proces pomogło nam doświadczenie, które zdobyliśmy wcześniej. No i ogromną część pracy związaną z nagrywaniem i ogarnięciem wszystkiego, co sobie wymyśliliśmy, w jedną całość, wzięli na siebie Czaja i Jarek.Live3

Dzięki temu można najzwyczajniej w świecie zrobić coś odbiegającego od standardów, jednak obiektywne spojrzenie jest ważne. Zastanawiam się, co zamierzacie z taką perełką zrobić? Jest oryginalna, wyłamująca się ze schematów scenowych płyta, jest duża świadomość Was jako zespołu; aż prosi się, żeby promocja także była w jakimś sensie niestandardowa… Coś na ten temat?

Myślę, że my jako zespół nie możemy zrobić dużo więcej, niż robiliśmy do tej pory. Chciałbym jak najszybciej wrócić do aktywnego koncertowania, bo to w dzisiejszych czasach chyba jedyny naprawdę skuteczny sposób promowania swojej muzyki. Ale wiem, że w naszej obecnej sytuacji zawodowo-rodzinnej nie będzie to tak proste, jak kiedyś. Nie ukrywam, że bardzo cieszę się, że CD ukaże się w Instant Classic. To wytwórnia zdecydowanie mniej hermetyczna niż miejsca, w których wydawaliśmy się dotychczas, bardzo podoba mi się ich sposób działania i liczę na to, że dzięki temu zespół pozna kilka osób, które nie śledzą tego, co dzieje się w hardcorze. Oczywiście, bardzo zależy nam na tym, żeby materiał, jak wszystkie nasze poprzednie płyty, ukazał się na winylu. Na razie jednak nic konkretnego nie zostało ustalone.

I na koniec tradycyjnie – zapodaj jakieś małe zestawienie – np. dziesięciu –  płyt, które w 2013 roku przeorały Ci konkretnie psychę…

Zaskakująco duży kłopot sprawia mi to pytanie, biorąc pod uwagę, że w 2013 roku wyszła masa płyt, które bardzo mi się podobały. Im dłużej zastanawiam się nad odpowiedzią, tym mniej „miażdżących” tytułów przychodzi mi do głowy. Może to dlatego, że tych płyt było tak dużo, że ciężko było mi spędzić z nimi wystarczająco dużo czasu? Dziesięciu płyt na pewno nie wymienię, bo zajęłoby mi to wieczność, a za godzinę i tak chciałbym to zmienić. Jedyna rzecz, która przychodzi mi teraz do głowy i której jestem pewny w 100% to powrót Modern Life Is War i ich „Fever Hunting”. Pomijając już fakt, że to po prostu znakomita płyta, podoba mi się sposób, w jaki to wszystko się wydarzyło. Zero odcinania kuponów, „jedynych” reunion-shows, których nagle robi się dwadzieścia i całego tego syfu, który serwują nam ostatnio zespoły starszych panów. Modern Life Is War po paroletniej przerwie weszło do studia i jak gdyby nigdy nic, nagrało znakomitą płytę. Dlatego wymienię tutaj ich. Może dorzuciłbym jeszcze Bad Religion i „True North”. Podoba mi się, co ten zespół teraz oferuje. Nie jest to rzecz, która mnie „zmiażdżyła”, ale daję plusika za utrzymywanie wysokiej formy na tak długim dystansie.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Damian Christidis/Bart Skowron