WCIAS – Manufaktura sezonowa

WCIAS zaskoczył. I nas, słuchaczy, ale chyba przede wszystkim siebie. Droga jaka przeszedł zespół, jest imponująca – od dużych festiwali do wiejskiej chaty. Od elektroniki, do archetypicznego, ludowego, obdartego z aranżacyjnego blichtru pląsania. Nawet jeśli nie byliśmy zwolennikami takiej twórczości, warto się z nią zapoznać, bo stanowi przykład jak różnorodne może być podejście do dźwięku. A przy okazji otworzy paru osobom oczy na nieco inne klimaty, z dala od wielkomiejskiej dżungli. Na temat „Hejnałów” rozmawiamy z Karolem Majerowskim.

Zaczniemy może od lekkiego powrotu do przeszłości, czyli płyty „Trójpole”. Zawsze staram się obserwować, jak dana płyta „rezonuje” w tzw. przestrzeni publicznej. O Was było raczej cicho – zatem zdradź, co udało się z tym materiałem zdziałać? Czy poza powstaniem tej płyty i wyrzuceniem swoich emocji udało się dotrzeć do publiczności?

Rzeczywiście, „Trójpole” przeszło raczej bez większego echa. Egzemplarzy sprzedało się niewiele, zagraliśmy kilka koncertów. To było nasze pierwsze wydawnictwo, które zostało wydane bez wytwórni i być może to było przyczyną dotarcia do stosunkowo małej liczby odbiorców. Jednak ci słuchacze, którym dane było płytę odsłuchać, bardzo ją doceniali. Myślę jednak, że mimo wszystko powiększyliśmy grono słuchaczy.

Przyznam, że zastanawiałem się nad tym, czy WCIAS funkcjonuje w klasycznej przestrzeni biznesowej – płyta – promocja – koncerty? Czy traktujecie się jako zespół, czy raczej coś w rodzaju naukowego projektu; pytam, bo nie czuję w twojej wypowiedzi czegoś w rodzaju rozczarowania słabym odzewem na ten materiał…

Twórczość WCIAS nigdy nie była w żadnym stopniu zdeterminowana kwestiami zarobkowymi. Nasza twórczość nie uznaje kompromisów, ale w zamian za to nie mamy też wielkich oczekiwań. Nasze umysły w procesie twórczym pozbawione są myśli o szeroko pojętym sukcesie komercyjnym. Bardzo dobrze znamy polski rynek muzyczny i rządzące nim zasady. Znamy zespoły, trendy, sposoby promocji i zależności. Potrafimy przeprowadzić ścieżkę promocyjną od początku do końca i dokładnie wiemy gdzie jest moment, w którym większe wysiłki promocyjne nie mają sensu. Funkcjonujemy jak mała manufaktura sezonowa, która sprzedaje to co wytwarza, kiedy przychodzi na to czas. Coś jakbyśmy uprawiali zboże lub hodowali pszczoły.

Manufaktura sezonowa

Manufaktura sezonowa

Zapytam podchwytliwie – gdzie jest TEN moment, w którym wysiłki nie mają sensu? Jest to ciekawe, bo przecież macie mnóstwo atutów w ręku i moglibyście próbować zawalczyć o większą rozpoznawalność…

Pamiętajmy, mówimy cały czas o sytuacji DIY. Kiedy wydajesz płytę, pierwsze co robisz, to trąbisz o tym wszystkim naokoło. Po pierwsze rozmawiasz z ludźmi bo chcesz z nimi tym podzielić. Później twoja muzyka pojawia się w eterze – dzisiaj w Internecie. Rozsyłasz maile, rozdajesz płyty, jeśli jest odpowiedź, wysyłasz egzemplarze. W momencie, kiedy po tygodniu nie dostajesz odpowiedzi od redaktorów, możesz zrobić to jeszcze raz. A potem kolejny i kolejny raz. Ale czy ma to sens? Większość serwisów nie jest zainteresowana promowaniem niszowych zespołów, dopóki logo ich serwisu nie znajdzie się na etykiecie płyty. Ba niektórzy oczekują nawet zapłaty za newsy. Nikogo nie zmusimy do słuchania naszej twórczości. W tym świecie rządzą kontakty i my też je wykorzystujemy. Ale to wciąż za mało, a nie stać nas na managment i ogromne nakłady na promocję. Czasu też nie mamy zbyt dużo, bo robimy milion innych rzeczy.

To jest w sumie ciekawe, bo miałem wrażenie, że „Trójpole”, ze swoim zaskakującym połączeniem elektroniki i folku ma szansę wbić się w krajowy niezal, spragniony nowych rzeczy. W tym kontekście wydaje mi się, że „Hejnały” to taka trochę odpowiedź na ciszę wokół zespołu – zamiast próbować zjednać słuchaczy, stworzyliście materiał jeszcze bardziej indywidualny i w gruncie rzeczy mocno odstający od oczekiwań…

No wiesz, my też tak pomyśleliśmy jak kończyliśmy pracę nad rejestrowaniem „Trójpola”, co nie zaprzecza w żadnym stopniu temu co powiedziałem wcześniej, bo proces twórczy, a możliwie obiektywna ocena własnej twórczości to rzecz jasna dwa zupełnie inne zagadnienia. Wydaje mi się, że krajowy niezal to przestrzeń tak mała, że ludzie spragnieni nowych brzmień nacechowanych jeszcze lokalnym pierwiastkiem to jakaś absurdalnie mała garstka fanatyków. Oni nie stanowią targetu. A płyta nie jest odpowiedzią na żadne oczekiwania. Ta płyta to odbicie naszej wolności artystycznej, i powiem to choćby było to najbardziej patetyczne stwierdzenie na ziemi.

Wolność, na pewno, choć i tak jestem zaskoczony woltą, jaka wykonaliście na „Hejnałach”. Zastanawia mnie ta niemal całkowita rezygnacja z elektroniki na rzecz analogowego brzmienia i naturalnych instrumentów. Kiedy taki pomysł przyszedł wam do głowy?

Pierwsze co powiedzieliśmy sobie o kolejnej płycie to, że będzie to autorski folk inspirowany polską muzyką tradycyjną. Czyli właściwie kontynuacja tego co stanowiło ostatni rozdział na „Trójpolu”. Utwory w formach szkicowych zawierały elementy elektroniczne bo w ten sposób tworzyliśmy zwykle większość utworów do tej pory. My chcieliśmy jednak uzyskać brzmienie jak najbardziej zbliżone do wiejskich kapel bo strasznie nas one fascynują. Brzmienie ułożyło się dosyć naturalnie bo sami ostatnio jesteśmy członkami innych kapel, które do grania nie potrzebują ani jednego miliampera prądu.

Właśnie. Jesteście w pewnym sensie alegorią na tęsknoty zamkniętych w betonowej dżungli rodaków, którzy po cichu marzą o tym, żeby wyjechać na wieś. Czy wasza muzyka jest taka formą dźwiękowej ucieczki z betonowej dżungli?

Czujemy się bardzo dobrze w dużych miastach, żyjemy w nich na co dzień i korzystamy z ich wszystkich udogodnień, głównie w zakresie dostępu do kultury. Ale tak, zdecydowanie ta płyta jest z jednej strony pewnym wehikułem, który gdzieś nas zabiera. Gdzieś to znaczy w konkretne miejsce w zachodniej Wielkopolsce, do rodzinnej wsi Kębłowo.

Wieś to słowo klucz. Chcecie je mitologizować, czy raczej sprowadzić na ziemię, pokazać, że to miejsce obok nas, które ma swoją historię i warto je odwiedzić. Jesteście ambasadorami polskiej wsi?

Nie mamy w sobie poczucia misji. Muzyka WCIAS nie jest narzędziem, nie jest niczym więcej jak wyrazem naszych emocji. Idąc dalej, bynajmniej nie chcemy mitologizować wsi bo ona zwyczajnie na to nie zasługuje. Jedyne czego może oczekiwałbym od ludzi to zrozumienia tożsamości polskiej wsi czy ogólnie rozumianej prowincji ponieważ 90% z nas właśnie stamtąd pochodzi. Może nie jesteśmy ambasadorami polskiej wsi, ani też nie mamy politycznych aspiracji, ale osobiście muszę przyznać, że w jakimś sensie przeraża mnie fakt, że ogromna większość moich rówieśników, a nawet ich rodziców nie ma bladego pojęcia czym jest polska kultura, w większości oparta przecież na chłopskim rodowodzie.WE CALL IT A SOUND

Idąc jeszcze głębiej – jaka jest ścieżka tworzenia tych kompozycji? Zaskakuje ich oszczędność, w pewnym sensie archetypiczność. Zamiast nadmiaru dźwięków – konkret. Dojście do sedna. Jak przebiegał proces selekcji dźwięków na płytę?

Nasza twórczość jest ostatnio bardzo konceptualna. Większość kompozycji powstaje w głowie, ewoluuje podczas rozmów, wymiany myśli. Dopiero potem staramy się stworzyć to co gdzieś tam majaczy w wyobraźni. Mało muzykowaliśmy z tym materiałem, mało w tym było improwizacji, przypadku. A to przecież wspólne granie jest esencją wiejskiej muzyki. Oszczędność bierze się też z tego, że tak oszczędnie grało się w tradycji wiejskiej. Nie było rozbudowanych form. W większości wiejskich tańców polskich mamy do czynienia z jedną melodią graną w ciągu jednego tańca na kilkadziesiąt różnych sposobów. To nas bardzo pociąga. Muzyka Polski nizinnej: radomskie mazurki, obery, lubelskie podróżniaki, muzyka kielecczyzny no i muzyka naszych stron: wielkopolskie wiwaty. A selekcja dźwięków? Te instrumenty, których na co dzień używamy najczęściej i które również osadzone są w polskiej tradycji. Puzon, trąbka, barabany, bębny obręczowe, basy…

Ta muzyka brzmi niczym opracowania tradycyjnych melodii – czy tu czymś się inspirowaliście, w dosłownym sensie, czy jedynie dokładnie przyswoiliście harmonie i sposób grania, tak jak np. charakterystyczne metrum na 3/4.

W sensie tego co stanowi treść muzyczną: wszystkie kompozycje są naszymi autorskimi dziełami. Ale tworząc je chcieliśmy żeby też coś przypominały, żeby nie brały się znikąd, żeby zawierały konkretne odniesienia. No i tu punktem wyjścia były polskie pieśni tradycyjne i polskie tańce. Mamy ogromny szacunek do twórczości wiejskich muzykantów i na obecnym etapie nie czujemy się w kondycji, żeby móc w jakiś inny sposób aranżować wiejskie melodie. Są składy, którym wychodzi to świetnie np. Adam Strug i Kwadrofonik czy ostatnia płyta Lautari.

Mieszkacie w dwóch różnych miastach, na co dzień zajmujecie się pracami raczej odległymi od muzyki ludowej. Czy do powstanie waszej muzyki jest potrzebna bezpośrednia interakcja, spotkanie i inspiracja otoczeniem? W jakim stopniu pomaga w tym wasz udział w orkiestrach?

To jest jak z nauką tańca np. mazurka czy polki. Nie da się tego nauczyć wyłącznie poprzez obserwację. Właściwie nie da się tego zrozumieć jak się po prostu kiedyś nie zatańczy. Potrzebny jest kontakt, interakcja, emocje. Poza tym, ważny jest dla nas też aspekt przyrodniczy, ogromnie inspirujący, wiejski krajobraz. Dużo jeździmy na wieś, na festiwale, bierzemy udział w potańcówkach, spotkaniach śpiewaczych. Aspekt społeczny, kontekst spotkania się gdzieś nad ziemią w tańcu, śpiewie – jest kluczowy. Granie tej muzyki jest jak dotykanie ziemi dłonią. W orkiestrze dętej, której jesteśmy częścią, jest dokładnie tak samo.

Do kogo w zasadzie adresujecie swoją muzykę – mieszkańców wsi, tradycjonalistów, czy może tych osławionych hipsterów z wielkomiejskich korporacji, snobujących się na miłośników folku i wiejskiego życia? Może to trochę złośliwe, ale staram się znaleźć adresatów waszej twórczości…

Myślę, że adresatami naszej twórczości są otwarte głowy. Zastanawialiśmy się jak nasi koledzy i koleżanki ze środowiska muzyki tradycyjnej zareagują na tę płytę. Okazało się, że bardzo się im ona podoba. Podoba się też ludziom, którzy nie mieli nigdy do czynienia z polską muzyką tradycyjną w formie innej niż ta, którą prezentują zespoły pieśni i tańca. Myślę, że nie ma takiej osoby której bym tej płyty nie sprzedał (śmiech).

Przez lata folk, wiejskie granie kojarzyło się w Polsce z tzw. „cepelią”. Wy przywracacie tej muzyce należną cześć, podchodząc do niej „poważnie”, bez tego ironicznego, rubasznego podtekstu, który mnie zawsze irytował. Ale idzie mi o sytuację odwrotną – czy na wsi, w takim, rdzennym środowisku, mateczniku, wasza muzyka jest przyjmowana ze zrozumieniem, czy traktują was podejrzliwie? Myślisz, że możecie być takim łącznikiem między wsią mi miastem?

Niestety, nie miałem okazji skonfrontować opinii z ludźmi z mojej wsi, którzy tej płyty słuchali. Nie mam bladego pojęcia jak zostałaby ona odczytana. Mam jednak świadomość, że jest to twórczość żonglująca odniesieniami i przede wszystkim rzecz niełatwa w interpretacji. Gdyby była ona inspirowana tylko i wyłącznie muzyką naszych stron – oczywiście, pewnie nie byłoby problemu. Ale ta płyta zawiera też nawiązania i cytaty z innych muzycznych dziedzin. Przez to przeciętny słuchacz pewnie nie wszystko tutaj odnajdzie. Myślę, że jeśli chodzi o bycie łącznikiem, to często używam określenia portal na płytę „Hejnały”. Bo stanowi przejście ze świata muzyki alternatywnej do korzeni. Czy w drugą stronę też to zadziała? Wierzę, że tak.wcias

Niejako w opozycji do oszczędnej formy waszej muzyki, wydanie płyty – w kontekście coraz uboższych edycji CD – jest bardzo bogate. Piękne grafiki, czerpany papier, obwoluta z płótna. Bardzo piękna robota. Czy to coś w rodzaju „być albo nie być”? Trochę odbieram to wydanie jako taki, hmmm, krzyk – „skoro i tak mało ludzi nas słucha, to tym bardziej zaszalejemy”. Piękna rzecz, ale czy zostanie doceniona? Na pytanie: czy warto było, odpowiesz, że…

Warto było. Koszt jednostkowy był duży, ale warto było. Sprzedaliśmy cały nakład i koszt produkcji się zwrócił. Daliśmy Marcie Tomiak ogromne pole manewru. Wcześniej robiła artwork dla wszystkich naszych płyt. Ta płyta to też jej praca dyplomowa na poznańskim Uniwersytecie Artystycznym. Ale to być albo nie być ma sens: po wydaniu tej płyty zanotowaliśmy 0 zł na zespołowym koncie  Ale ten stan minął, już mamy trochę pieniędzy na kolejną

No właśnie – opowiedz trochę o promocji koncertach i zarabianiu. To nudne i kontrowersyjne tematy, ale przecież po to gracie i nagrywacie, żeby się pokazać i choćby zamortyzować koszta…

Dzisiaj można wypromować się względnie tanio. Poprzez Youtube, Facebook, mailowanie, soundcloud, bandcamp, serwisy streamingowe. Co więcej, te serwisy pozwalają też łatwo ocenić twoją sytuację na rynku. To ile masz odsłuchań na YT czy likeów na FB jest miarą twojej popularności. Traktujemy to poważnie, nie chcemy być zespołem, który jeździ w trasę w ciemno i gra w pustych salach dla zasady. Wiemy, że płyta spotkała się z wystarczającym zainteresowaniem, żeby pojechać do kilku miast i zagrać po jednym koncercie. Oczywiście, chcielibyśmy pojechać w trasę z tym materiałem i w większym składzie, ale to finansowo niemożliwe.

I na koniec – skoro sam wywołałeś temat – nowe nagrania; między „Trójpolem” i „Hejnałami” jest przepaść, czy kolejne nagrania równie mocno nas zaskoczą? Możesz zdradzić w jaką stronę tym razem uderzycie?

Mam już koncepcję. Od ponad roku noszę pomysły w głowie i na razie nadaję im tytuły, żeby nie zapomnieć o co mi w nich chodziło. Czuję, że powoli będzie się zacierać granica pomiędzy tym co robimy grając do tańca a tym co jest naszą autorską wizją. Co mogę zdradzić? To będzie jeszcze bliższe południowo-zachodniej Wielkopolsce niż „Hejnały”. Jeśli dla kogoś brzmi to zagadkowo – zapraszam do kopania głębiej.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Magda Majerowska