VÜJEKVÄSYL – Zostawiamy po sobie ślad

Czasami dobrze jest być z boku. Znaleźć wygodne miejsce, robić swoje i mieć z tego satysfakcję. Tak działa Vüjekväsyl, którego założycielem jest znany z legendarnej Cytadeli Tomek Wasyłyszyn. Dotychczasowe dokonania zespołu, korzeniami tkwiące w nowej fali i latach 80. to poszukiwanie najlepszych środków wyrazu i wydaje się, że na „Vü=mc²” zespół jest najbliżej celu. Alternatywa w wydaniu Vüjekväsyl jest niezwykle klimatyczna, operująca sugestywnymi obrazami. To kilka niezłych opowieści zamkniętych w kokonie miarowych, hipnotyzujących i dojrzałych dźwięków. W świat zespołu wprowadza nas gitarzysta Irek Knyziak… 

Nie będę ukrywał, że zespół VV musi funkcjonować w kontekście tzw. przeszłości. Czyli mamy lata 80. nową falę itp. Dzisiaj jest duże „branie” na takie dźwięki; skąd, twoim zdaniem, ten cały hype na lat 80.?

Vüjekväsyl żyje własnym życiem tu i teraz, to ludzie pytają nas o przeszłość. Ta jest ważna, ale w przyszłości mam więcej do zrobienia. Z przeszłości natomiast czerpiemy doświadczenia, wspomnienia sukcesów i okazji do nauki. Akcja z latami 80. to skutek tego, że wtedy w muzyce (na tym kontekście się skupię) było dużo szczerości. Teksty poruszały ważne sprawy. Dźwięki były zagrane na prawdziwych instrumentach  (w większości). Muzyka była istotnym elementem kultury, przeżywaliśmy ją, była dziełem a nie produktem. Ludzie, którzy tego doświadczyli tęsknią teraz za prawdą w muzyce. Tak czuję. W latach 80. słuchany gatunek muzyki określał człowieka. Było się tym czego się słuchało. Punkiem, metalem, fanem jazzu. Ludzie mają dużą potrzebę poczucia tożsamości; w nijakiej współczesności szukamy czegoś,  co pomoże nam się określić. A że muzyka jest przy tym wciąż przyjemna, daje radość i uruchamia dobre wspomnienia… Wracamy do muzyki. W przypadku VV nie wracamy bo cały czas jest w nas. Żyje,  kipi, pcha się na zewnątrz.

A poza wspomnieniami – czym jest dla ciebie VV? Jeśli nie jest tzw wehikułem czasu i nie sala terapeutyczną, to czym? Pamiętnikiem?

Wspomnieniem jest, gdy myślę o tym jak zaczynaliśmy, w jakim składzie nagrywaliśmy pierwszą czy drugą płytę, kto nam towarzyszył. Tu serdeczne pozdrowienia dla Dyni! A teraz? Jest niesamowitą frajdą i okazją do spotkania. Gdy nie pracujemy nad płytą to mamy okazję zarówno do luźnego grania, jak i rozmów o życiu. Czasem jest śmiesznie,  czasem jest strasznie. Ale możemy się powymieniać doświadczeniami. A ten terapeutyczny wątek… Dobrze trafiłeś z pytaniem. Przed ostatnim zgranym przez nas koncertem miałem poważną rozmowę służbową. Rezonowało to we mnie. Miałem obawę o jakość koncertu, ale w trakcie grania wszystko co poza klubem i muzyką przestało być ważne w tamtym momencie. Wychodziłem z klubu jaki zrelaksowany człowiek. Tak, danie sobie przestrzeni na pasję i oddawanie się jej jest niezmiernie istotne w moim życiu. Przynosi mi uspokojenie. Cieszę się, że to mam. Dzięki temu mogę też zostawić ślad po sobie. Ale nie tylko – rok temu miałem okazję, dzięki zaangażowaniu VV TEAM  zrobić coś szczególnego. Mój Tata odkrył w sobie i dał ujście poezji. Wydaje tomiki i cieszy się uznaniem. Wraz z chłopakami oprawiliśmy kilka wierszy w naszą muzykę. To był mój prezent dla Taty. Dla mnie to była akcja jak z filmu. Do pamiętnika. I każda nagrana płyta jest czymś takim. Zostawiamy po sobie ślad. Poza nagrobkami pozostanie po nas coś więcej.V1

Właśnie – dotykasz chyba najważniejszego problemu polskich muzykantów z tzw. środkowej puli (dla wyjaśnienia – tacy co grają profesjonalnie, ale jeszcze nie przeskoczyli na level, gdzie dobrze płacą…) – czyli pasja vs rzeczywistość. Jak duże wyrzeczenia są potrzebne, żeby to wszystko dobrze funkcjonowało? Często stajesz przed dylematem „sala prób albo rodzina”? „Koncert albo praca”?

Już dawno powiedziałem sobie „żyć z muzyki raczej nie będę„. Szczególnie grając to co chcę grać, a nie to co chciałyby media. Ja nazywam to miłością do rock’n’roll’a. Nie muszę być wirtuozem, nie muszę komponować hitów, nie potrzebuję być w MTV (to był dla mojego pokolenia synonim sukcesu). Wystarczy mi, że mogę to robić i mam z kim grać, wtedy każdy sukces cieszy bardziej. Mocniej to doceniam. Rodzina? Jest dla mnie priorytetem. Jako ojciec trzech nastoletnich synów mam ultra odpowiedzialność na barkach. Na szczęście, jesteśmy dogadani. Wiedzą ile to dla mnie znaczy i „pozwalają ” mi grać. Jeden z moich synów zaczął podbierać mi już gitary. I rządzi SLAYER! A praca vs koncert? Tu bywa trudniej.

Dociskając pedał – gdyby pojawiła się super okazja promocyjna, nie wiem, trasa po Europie z jakimś ukochanym zespołem, np. z Killing Joke a na przeszkodzie stanęłyby obowiązki rodzinne/pracowe, co wybierasz?

Namówiłeś mnie! A tak na serio to bardzo mocno rozważyłbym taką przygodę. Bo to ważne, żeby dawać sobie szanse w życiu. Zasiałeś ziarno niepokoju.

Pytanie pojawiło się nie bez przyczyny, bo w Polsce kariera r’n’r  przybiera raczej tzw charakter „weekendowy”. Trasy 3×3 (piątek, sobota, niedziela…), ciągłe szukanie kompromisów. Zresztą, słowo „kompromis” to kornik toczący polską scenę muzyczną, nie uważasz?

A jak to wygląda na świecie? Jaki jest odsetek ludzi żyjących z grania w innych krajach? Tym, którym się udało gratuluję. Pewnie trochę po polsku zazdroszczę, ale odwracam myślenie na własny użytek. Wolę się cieszyć tym co robię niż pałować tym, co mi nie wyszło albo tym, na co nie mam szans. Jeśli ludzie mogą grać koncerty, ludzie kupują ich płyty to ja traktuję to jako powód do radości. A kompromis to taka sytuacja, na którą dajemy swoją zgodę. Albo w tym jesteśmy na wspólnie uzgodnionych warunkach i z pewnymi ustępstwami, albo kopiemy się z przysłowiowym koniem.

Kończąc ten filozoficzny wątek – czy Vüjekväsyl będzie twoim najważniejszym zespołem? Uważasz, że zawarłeś w tym zespole cały pakiet swoich emocji i marzeń?

Tak. Trochę popłynąłem. Vüjekväsyl jest najważniejszym jak do tej pory i najbardziej stabilnym składem, w który miałem okazję się angażować. Do tej pory trzy płyty, a właściwie cztery, gdy uwzględniamy wspomnianą płytę z tekstami mojego Taty. A już kombinujemy co możemy nagrać teraz. Ale VV ma swój określony i zdefiniowany temperament. Potrzebuję czasem czegoś mocniejszego, w dodatku zacząłem realizować swój pomysł z pradziejów i zacząłem grać na basie. Jeśli spotkam ludzi, z którymi dojdę do porozumienia to zrobię jakiś nowy, bardziej energetyczny skład. Mam kilka pomysłów na muzykę i ludzi na oku. Jest cel. Niemniej, VV będzie priorytetem. A może będziemy gdzieś bardzo blisko? Wszystko jest kwestią ustaleń i wzajemnej zgody, może być ciekawie. Bo marzenia są po to, żeby je spełniać. A ja wiem jaką płytę chcę nagrać. Kwestia spotkania ludzi, którzy czują podobnie. Skład VV niekonieczne to czuje a ja mam dla tej sytuacji szacunek i zrozumienie. Wszystko przed nami.

Ok, i tym samym zmierzamy w stronę nowej płyty. I zaczniemy od razu od… no przepraszam, złej okładki. Jesteś zadowolony z kowera zdobiącego nową płytę? Tak szczerze…

Trochę z Vasylem o tym rozmawiałem. Ja miałem inny pomysł na okładkę, ale go nie zrealizowałem. A Vasyl zrobił i przedstawił. Jedno, co bym zmienił w tej grafice to opakowanie z plastikowego na digipack. Kurcze! Poszło w świat i jest. Tym, którzy uważają, że jest słaba dziękuję za zabranie głosu, ale proszę o podpowiedź, jaką okładka byłaby lepsza. A tym, którym się podoba – dziękuję i cieszę się w imieniu zespołu.

Zostawiamy po sobie ślad

Zostawiamy po sobie ślad

Prosisz o podpowiedź – nie sądzę, że dzisiaj, kiedy płyta jest na rynku podpowiedź miałaby sens (śmiech). Ale fakt, trochę zbija z tropu, bo muzyka jest zaskakująco refleksyjna, żeby nie użyć słowa „melancholijna”. T też zaskoczenie…

To prawda. Płyta jest dużo spokojniejsza niż poprzednia. Dużo spokojniejsza niż planowaliśmy. Jest to suma naszych nastrojów muzycznych i tekstów Vasyla w tamtym momencie. Trochę podobna do pamiętnika. Możemy rozmawiać z ludźmi o tym, co wpłynęło na taki nastrój płyty. Możemy poddawać się refleksji samodzielnie albo w naszym stadzie. Będziemy mogli zastanawiać się za jakiś czas nad tym, co się stało w 2017. Czy było coś szczególnego, czy tak było po prostu. Działo się dużo, każdy z nas przeżywał jakieś historie. Zgadzam się z myślą, że wszystko ma jakąś przyczynę i skutek. Nas też to dotknęło. Na płycie można usłyszeć w jakim stopniu się to stało.

„Poleciałem” po okładce, ale muszę docenić wnętrze. Ładne grafiki komponujące się z tekstami. Ciekawe słowa, czasami zdradzające tęsknotę za przeszłością. Zwracają uwagę. Chcecie, żeby ludzie złapali oddech podczas lektury płyty?

Nie mam żalu o okładkę a książeczka faktycznie jest efektowna. Dziękuję! Bardzo lubię grafikę na samej płycie. Ciekawe co wyjdzie z połączenia tych wszystkich wzorów? Przyznaję, że nie mam pomysłu. Właśnie zastanawiam się, czy myśleliśmy o przyszłym słuchaczu podczas robienia tej płyty, chyba byliśmy egoistami. Zaraz!  Zawsze dbamy o to, żeby teksty były czytelne. Było kilka podejść do nagrania wokali. Lektura płyty?! Bardzo zgrabnie to ująłeś. Najpierw zwątpienia czy ktoś w dzisiejszych czasach czyta teksty w książeczkach. Ale sam to robię a pewnie nie jestem sam. Miło nam jest, za każdym razem, gdy ludzie pytają o fragmenty tekstów albo o znacznie całych numerów. To znaczy, że czytają i ma to dla nich znaczenie. A skoro o czymś myślą, to dają sobie okazję do aktywności. To zawsze jest pożyteczne. Bo zatrzymują się w codziennym pędzie. To im daje oddech. Nie chcieliśmy, ale dajemy! Jest OK!

No to skoro tak, to zapytam o „Marymonckiego szamana”…

Legendarna historia Vasyla. Jako chłopak z Marymontu (dla niewtajemniczonych dzielnica Warszawy) kręcił się z kumplami w dzieciństwie w okolicach Skweru Kellera. Spotykali tam lokalnego włóczęgę (o ile dobrze pamiętam), który opowiadał historyjki z losów okolicy. Flagowa opowieść jest o hitlerowskim patrolu, który wbrew dobrym radom miejscowej ferajny zapuścił się w okolice stawów. I tyle ich widzieli. Natomiast miejscowi opowiadali później o duchach błąkających się w tych okolicach. Swoją drogą, miejsce ma niesamowitą energię. Rozwijałem tam moje umiejętności coachingowe i działy się interesujące rzeczy. A wracając do „Marymonckiego Szamana” – w wersji koncertowej nadaliśmy temu numerowi dodatkową moc! Myślę, że Szaman dołączy do pocztu słynnych Polaków z repertuaru VV, tj. Benzodjazepinowego Joe oraz Johna DeValcon.

Z kolei “Hotel Jadran”, opatrzony zdjęciem chyba z lat 70. to takie westchnienie za utraconą młodością. Za czasami, które nigdy już nie wrócą. Jesteście sentymentalni?

Zgadza się. Lata 70. Sama historia tego hotelu jest epicka, jak mówią teraz dzieciaki. Vasyl jeździł tam na wakacje z rodzicami. Na skale stał wielki biały budynek – elegancki hotel. Gdy wrócił w to miejsce po czterdziestu latach ze swoim synem, hotelu już nie było, zapadł się w morzu. Dla mnie to bardzo metaforyczna opowieść. Nasze wyobrażenia i przekonania przybierają często kształt takiego ogromnego budynku. Wydają się nie do obejścia. A wystarczy chwila, żeby legły w gruzach lub kompletnie przepadły z powodu jakiegoś delikatnego szturchnięcia. I wszystko zaczyna się od nowa. Osobiście jestem sentymentalny. Wracam do historii i doświadczeń. A doświadczyłem sporo. Nie roztkliwiam się, bardziej traktuję te doświadczenia jako inspirację i motywację do przyszłych działań. Przeszłości nie zmienię. Mogę manipulować tym co pamiętam. Tylko po co? Każdy jest jakoś sentymentalny. Tylko różnie z tego korzystamy i doznaje IMG_0423to okazujemy.

Teksty dobrze współgrają z muzyką. Jak to było – ilustrowaliście słowa dźwiękami czy na odwrót?

Proces twórczy  był złożony. Pierwsza była sekcja. Vasyl z Kazulem odpalili bas z perkusją, następnie miało miejsce misterium perkusjonaliów. Bullshit Studio poupychane różnymi instrumentami nagrywanymi jednocześnie w różnych zakamarkach. Do tego Vasyl dopisał teksty i je zaśpiewał. Wspierał go w tym procesie Michał Piastowicz, którego serdecznie pozdrawiam. Kolejne były klawisze i pianino nagrane przez Adama. Gdy już wszystkiego było pełno, ja zająłem się gitarami i mandoliną. W jednym z numerów pojawia się jeszcze puzon. Jest to ślad pożyczony z pierwszej płyty projektu THE REST OF ME (wraz z Markiem Kanclerzem z Gardenii + Vasyl + ja nagraliśmy kilka lat temu dwie płyty, polecam!). Całość zmiksował Vasyl. Czyli teksty wkomponowały się w muzykę i zostały muzyką dopełnione.

Jeśli miałbyś porównać nową płytę z „Twarzami złymi”, to usłyszelibyśmy…

Że to Vüjekväsyl w kolejnej odsłonie. Niby wszystko po staremu a jednak inna dynamika, inna energia, więcej emocji, więcej melancholii, mniej pobłażania w tekstach dla otaczającego świata, mniej zadziorności. Ale jestem z tej płyty dumny i zapraszam do jej posłuchania. Od ludzi wiem, że zaraz po pierwszym odtworzeniu włączają naszą płytę po raz drugi, a potem po raz kolejny. To dla mnie źródło ogromnej radości.

No to teraz czas ruszyć w trasę. Jak będzie z promocją płyty?

O trasie w powszechnym rozumieniu raczej nie mamy co myśleć. Natomiast chętnie zagramy koncerty w klubach, które są otwarte na naszą muzykę. Przyjedziemy, zagramy materiał z nowej płyty i z poprzednich też. Bo wszystkie nasze numery są grywalne. I zrobimy to na żywo. Czytelnicy mogą nie uwierzyć ale nie mamy w instrumentarium laptopa. Absolutna ręczna robota. I przeniesiemy słuchaczy w klimaty zimnofalowe na miarę XXI wieku. Łatwo nawiązać z nami kontakt przez profil na pewnym portalu społecznościowym, bez którego świat nie może istnieć. Piszcie. Dogadamy się. Od września jesteśmy do dyspozycji.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Paweł Majchrzak