VERMONA KIDS – Nierówną walkę toczymy od lat

Mój ulubiony skład  z Wołowa czyli Turnip Farm padł jakiś czas temu, ale byłem pewien, że jeszcze usłyszę coś fajnego z tamtej strony. No i doczekałem się. A skoro w Vermona Kids znajdujemy Marcina Loksia, wiadomo, że zespół na pewno zaciąga ogromny kredyt u hałaśliwej, gitarowej Ameryki lat 90. Jak oni to robią, nie wiem, ale z „Very Sorry” po raz kolejny dostajemy indie/alternatywę, napędzaną świetnymi melodiami, odrobiną gruzu, i jak zwykle pięknie poukładaną w zgrabne piosenki. Pytanie – czy jest szansa na coś więcej tym razem? Hmmm, odpowiedź zostawiam moim rozmówcom, czyli rzeczonemu Marcinowi i wspomagającemu go perkusiście Krystianowi Pilarczykowi.

Czy istnieje definicja opisująca stan człowieka, który MUSI założyć zespół? Kolejny zespół? Jakie to uczucie, kiedy budzisz się rano i myślisz, że dobrze zakończony dzień, to nowy zespół?

M: To jest tak, że w zasadzie cały czas mam wewnętrzne poczucie, że chcę grać w zespole. I to właśnie w zespole z ludźmi a nie solo tworzyć na gitarce i nagrywać to na komputerze, ale z kumplami. Nie chodzi koniecznie o nowy zespół, ale  gdy akurat istniejące tracą impet, coś się wypala, rozmydla w  czasie – wtedy  trzeba  pewnego odświeżenia. No i wtedy zaczyna chodzić po głowie coś nowego. Startowanie od początku zawsze ma duży ładunek ekscytacji – przynajmniej dla mnie. Świadomość, że stoisz na początku drogi i wszystko zaczyna się na nowo, jest dla mnie super  uczuciem. Gdzieś kiedyś czytałem jakąś wypowiedź któregoś z waszyngtońskich muzyków  z Dischordu. I też zauważył, że te nowe zespoły powstawały tam nie dlatego, że ich członkowie się np. kłócili, ale dlatego, że zamiast ciągnąć jeden projekt zbyt długo, lepiej jest wziąć dwóch nowych kumpli i spróbować coś na nowo. Zgadzam się z tym. Nawet jeśli te projekty są potem dość blisko siebie to mamy dwa fajne zespoły a nie jeden (śmiech).

Ostatni zespół z Wołowa, który zrobił na mnie wrażenie, czyli Turnip Farm wydał trzy płyty, ale raczej nie osiągnął sukcesu. Czy dzisiaj, z takiej a nie innej perspektywy możecie/możesz zdiagnozować, co nie wypaliło? Pytanie o tyle zasadne, że Vermona operuje w dość podobnych rejonach, więc może doświadczenie z Turnip Farm pozwoli pewnych błędów uniknąć…

M: Zależy co kto rozumie przez sukces. Ja już  kiedyś to mówiłem w  czasach Blue Raincoat, że  mamy świadomość jaką gramy muzykę, jakie są realia  i to, że udaje nam się na to znaleźć czas, nagrywamy, wydajemy jest dla mnie sukcesem. Z upływem lat mam większy dystans do tego wszystkiego i dlatego nie rozpatruję działania zespołu w kategoriach błędów, jakie popełnia. Zespół to ludzie, kilka osób ze swoimi wadami, zaletami, problemami, życiem. Skomplikowana  sprawa jeśli się temu przyjrzeć, więc gdy zbiera się grupa dorosłych  ludzi z różnych miast, z różnych sytuacji życiowych wyrywa się  i ze sobą coś tworzy to jak tu nie mówić o sukcesie? Czasem skala tego sukcesu jest malutka, ale może nam to  po prostu wystarczy? Facet, który  lubi grać w piłkę cieszy się strzelonym golem, niezależnie  czy to klasa A czy Liga Mistrzów – radość to radość.

K: Osobiście jestem bardzo zdziwiony faktem, że Turnipy nie osiągnęły sukcesu. To był bardzo dobry band. Może za dużo płyt zespół nagrał?Band

Kiedyś rozmawialiśmy przy okazji wywiadu do magazynu NOISE o tzw. idei małych miast, przestrzeni, gdzie z dala od dużych ośrodków tworzy się SZTUKA. Czy nadal, po w sumie czterech latach od tamtych wypowiedzi, możesz zachwalać zalety mieszkania w małym mieście?

M: Oczywiście, małe miasto ma swoje zalety, które dają pewien komfort, ale mają też swoje ograniczenia, których trzeba być świadomym. Akurat jeśli chodzi o chęć  robienia tzw. kariery to na pewno  łatwiej jest przeprowadzić się do Warszawki i tam być bliżej wszystkiego, ale jak już ustaliliśmy – nam to nie grozi. Wydaje mi się, że częściej  dorośli ludzie wyjeżdżają z dużego miasta na prowincję niż odwrotnie, więc skądś to się bierze. Skoro jesteśmy z mniejszych ośrodków to nie musimy już nigdzie wybywać. Jesteśmy u siebie non stop (śmiech).

Między Vermoną a TF jest spora wyrwa, ale przecież pojawiło się kilka rzeczy, min. noise/punkowo/grindowa Surowica. Bawi cię tworzenie niszowych zespołów, które nie maja szans na większą popularność? Czy to jest jakaś forma odreagowania na codzienne życie, pracę czy coś w tym stylu?

M: Należy podkreślić, że Surowica  to  projekt wybitnie studyjny, w którym nie tworzyłem  muzyki, nie miałem żadnego wpływu na brzmienie itd. Całość wymyślił, zaaranżował, zagrał na wszystkich instrumentach Konrad. To był instrumentalny materiał. Gdy tego posłuchałem i usłyszałem  zawartą w tych numerach energię, jad, złość pomyślałem, że chciałbym spróbować się do tego odnieść tekstowo i wokalnie. I akurat w przypadku Surowicy – faktycznie  była to chęć odreagowania  różnych spraw  społeczno – mentalnych, które  były i nadal są dookoła nas w tym kraju i które  powoli mnie zaczęły swędzieć. To mnie nawet zaskoczyło, bo nie mam raczej  potrzeby wypowiadać się na takie tematy. Ale tu się pojawiła. Raczej nie dlatego, że mnie to bawiło, he, he. Napisałem więc  teksty po polsku, co nie szło mi łatwo, bo dawno tego nie  robiłem no i nagrałem wokal. Trwało to dość  długo bo jednak  drzeć koparę w  studio  przez  parę godzin nie mogłem, były  z tym kłopoty, więc  co parę tygodni  nagrywałem po utworku i leczyłem gardło i tak w kółko. Aż skończyłem i jestem zadowolony, że mogłem w  tym brać udział. Materiał ukazał się na CD, kasecie i limitowanym winylu (śmiech).

Kiedy posłuchałem Surowicy, jeszcze w ubiegłym roku, uśmiechnąłem się na myśl, że po takim materiale na bank musi pojawić się coś melodyjnego. No i sam nie wiedziałem, jak bardzo było to prorocze. Zatem  – czy Vermona to przypadek, czy po hałasach znowu pojawiła się chęć na melodie i refreniki?

M: Ta chęć jest od zawsze, powiedziałbym, że była ukryta od  czasów  gry w Saturnday, który uważam za jeden z fajniejszych zespołów w jakich grałem, a który zwinął się szybciej niż się spodziewaliśmy. Trzeba więc było niejako „dokończyć” to co tam było zaczęte. Nie chodzi o kontynuację tego samego, ale o zagranie podobnych emocji, które  towarzyszyły nam wtedy, te osiemnaście lat temu. Poza tym, słuchając na co dzień bardzo rożnej muzyki, często wymagającej, trudniejszej – mam przyjemność zagrania na luzie czegoś prostszego bez większej zadumy nad dźwiękami. Temat zagrania  takiej muzyki z  Krystianem mieliśmy już w głowie  dawno, ale wiecznie był odkładany. Być może  dodatkowo dobrze się złożyło, że po drodze była Surowica, były też nagrania Arterii, w której brałem udział. To było jednak inne granie  i gdy Monika, z którą pracowałem parę lat, zadeklarowała, że chce spróbować pomyślałem, że może to ten moment, by wrócić do melodyjnych, prostych piosenek. Spotkaliśmy się raz czy dwa bez perkusji, okazało się, że Ruda ma dużo zaraźliwego entuzjazmu i tak to się zaczęło.

Wybaczcie to złośliwe pytanie – ale czy zakładając Vermonę, choć przez sekundę pomyśleliście – „ok, może tym razem wreszcie się uda”?

M: Trochę już o tym mowiłem we wcześniejszym pytaniu – nie mam złudzeń, nie mam wielkich oczekiwań, pełen luz.

K: „Ok, może tym razem wreszcie się uda” wyrwać z chaty na więcej koncertów niż poprzednim razem (śmiech). Takie czasy, że coraz gorzej o dogranie wspólnych terminów. A co będzie, to będzie. Już dawno porzuciłem marzenia o karierze, chyba od 1995r już o tym w ogóle nie myślę (śmiech).

Nierówną walkę toczymy od lat

Nierówną walkę toczymy od lat

„Very Sorry” ma w sobie coś nostalgicznego, nie chodzi o samą muzykę, ale np. o oprawę graficzną. Jakby stare zdjęcia, specyficzny klimat – skąd taki pomysł i czy kryje się za nim jakaś, nie wiem, idea, myśl przewodnia?

K: Ostatnio córka mnie zapytała „tato a czy ty byś chciał kiedyś przenieść się w czasie?”. Odpowiedziałem, że tak, że bardzo. Choć na chwilę chciałbym przenieść się w czasy mojego dzieciństwa. Osobiście nie mam złych wspomnień związanych z tym okresem, a z każdym upływającym rokiem mojego życia coraz bardziej tęsknię za tymi czasami. Być może więc coś w tym jest, że ten brak napinki, brak konkretnego planu, pełen luz i totalnie czysta przyjemność jaką mieliśmy przy tworzeniu tego materiału skojarzyły nam się z tym sielankowym momentem w życiu. Poza tym, to ładne zdjęcia a ja jestem sentymentalnym dziadem.

M: No tak, kiedy wracasz do czasów  gdy byłeś nastolatkiem ciężko nie mówić o nostalgii. Jestem w zespole najstarszy. Nie ma tu szczególnej idei, jedynie chęć wskrzeszenia tego entuzjazmu, który towarzyszył graniu w zespole gdy ma się lat  dwadzieścia parę.

Muzycznie, co oczywiste, sadowicie się wygodnie w latach 90., co do tego nie ma wątpliwości. Pytanie brzmi: czy taka muzyka, dzisiaj, ponad dwie dekady później, ma szansę znaleźć wśród młodych ludzi tzw. posłuch? Inaczej – czy Vermona Kids jest bardziej dla was takim wentylem bezpieczeństwa, niż typową muzyką rozrywkową?

M: Tu odpowiem krótko – gramy tak długo i uparcie rzeczy kojarzone z latami  90., że może  za chwilę znowu się zrobią modne? Zauważam też, że  wraca trochę takie gitarowe granie oparte na latach 90., i przyznam, że śledzę to na bieżąco szczególnie na krajowym podwórku.

K: To mój pierwszy zespół, którego utwory moje dzieci sobie nucą pod nosem. Jestem dobrej myśli!

Na pewno w recenzjach ruszy giełda nazw zespołów, z którymi wasza muzyka będzie się kojarzyć. Uprzedzając ten fakt, może dacie szanownym żurnalistom jakieś wskazówki w tym temacie (śmiech)?

K: Jest taki jeden zespół, którego każdy z nas jest fanem. Mają w nazwie „kids” o dziwo (śmiech). A żurnaliści… cóż, to ich praca, niech się pomęczą troszkę. Poza tym, jak zawsze jest wielu wykonawców, na których się wychowaliśmy, których słuchaliśmy wtedy i do których nadal wracamy.

Płytę wydaliście sami; z czego to wynika – brak zainteresowania czy raczej potrzeba niezależności? Mam wrażenie, że raczej nie zależało wam na szukaniu wydawcy a raczej na jak najszybszym wydaniu płyty…

K: Szukaliśmy wydawcy, nawet całkiem intensywnie, w przeciwieństwie do poprzednich wydawnictw. Ale wyszło jak zawsze, szybko zrobiliśmy materiał, szybko go zarejestrowaliśmy i szybko chcemy wydać… jesteśmy za szybcy po prostu. Nikt się na takie tempo nie zdecydował. Tzn. był jeden zainteresowany, ale koniec końców się poddał. Cóż było robić? Tradycyjnie wzięliśmy to w swoje ręce. Na szczęście, mamy Monikę i Bartka, którzy są pełni energii i gotowi do działania. Toczymy już taką nierówną walkę od wielu lat i jeszcze się nie poddaliśmy.

Jest płyta, czas na upierdliwą promocję; Marcin – jak widzę, z większą chęcią porzucasz Wołów i udajesz się na koncertowe wojaże. Skąd ta zmiana?

M: No tak, wiedziałem, że podobne pytanie się pojawi, bo już wszędzie  słyszę, że nie  lubię koncertów i że wolę jeździć na żużel. Żarty żartami, ale  prawda  jest taka, że ja lubię grać koncerty. Nie lubię zupełnie czego innego – podróży w ciasnej osobówce, żeby zaoszczędzić, złej organizacji, pustek na koncercie, braku promocji, bylejakości. I nie chodzi tylko o kasę. Chodzi o zaangażowanie. Fajnie, będąc studentem, jeździ się na koniec  Polski ze swoim zespołem bo to jest zajebista  przygoda. To prawda. Ale  mając  rodzinę, pracę, gdy starasz się wygospodarować czas na próby, tworzysz  materiał  z pełnym zaangażowaniem i nagrywasz go jak najlepiej potrafisz za swoją kasę, tłoczysz płyty za swoją kasę i potem jedziesz na koncert też za swoją kasę to przydaloby się żeby tam było fajnie. Dopóki jest – warto. Ale czasem jeden koncert potrafi wkurzyć człowieka i zniechęcić. Wtedy mam czkawkę, że szarpię się bez sensu. Ale odpowiadając na pytanie – tak, chcemy trochę jesienią tych koncertów zagrać – na tyle, na ile  pozwoli nam czas, praca  i rodzina.Band2

Czy macie jakieś, hmmm, założenia odnośnie tej płyty? Czy chcecie nią zwojować więcej niż w przypadku innych projektów? Wiem, że to banalne pytanie, ale bardzo zajmuje mnie motywacyjna strona działania zespołów. Umówmy się, odpowiedź w stylu „kochamy grać” mnie nie interesuje (śmiech)

K: My po prostu kochamy grać he, he… Założenie pierwsze, któremu jesteśmy wierni od zawsze, to sprzedać minimum tyle płyt aby się koszty wydania zwróciły. Założenie drugie, które jest wyjątkowo nowym założeniem, to zagrać najwięcej koncertów ever, NAWET poza województwem dolnośląskim i wielkopolskim (śmiech). Założenie trzecie: nie zakładać nic więcej, niech się dzieje…

I na koniec – Dlaczego jest wam przykro? 

K: Wiedziałem, że prędzej czy póżniej takie pytanie padnie (śmiech). Nie wiem jak reszcie zespołu, ale mi jest przykro z powodu tego, że ta płyta ukazała się dopiero teraz a nie 20 lat temu.

M: Mi nie jest przykro, ale takie fajne wyrażenie leżało na ulicy i nikt nie wziął tego na tytuł? Trzeba było coś z tym zrobić!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Kamil Garski