VADER – Klasyczny metalowiec

Vader to legenda polskiego death metalu, nie oszukujmy się. Przez 33 lata spędzone na scenie zdążyli przeżyć różne rzeczy. Zmiany w składzie, spadki formy, nagły jej wzrost… Obecnie olsztyńscy rzeźnicy jawią się jako kapela stabilna, zarówno stylistycznie, jak i personalnie. Z okazji nadchodzącej premiery krążka „The Empire”, porozmawiałem z wiecznym filarem i liderem grupy – Piotrem Wiwczarkiem.

Najnowszemu studyjnemu krążkowi grupy Vader nadano tytuł „The Empire”. Czy owe imperium, to wszystko wybudowane pod zespołowym szyldem przez kilkadziesiąt lat?

Jest kilka różnych przyczyn, które zaważyły na takim, a nie innym rozwiązaniu. Przede wszystkim zainspirowały mnie wszechobecne tendencje imperialistyczne dzisiejszych czasów. Po okresie dążenia do pokoju na całym świecie, tworzenia wspólnej polityki i jednoczenia się, wróciliśmy do sławetnych zwyczajów. Widocznie uwypukliło się to zwłaszcza w Polsce. Na nowo budujemy mury, rozdrapujemy stare rany i szukamy problemów tam, gdzie ich zwyczajniePeter nie ma. Usilnie próbuję unikać tematów politycznych, ale nie da się. W końcu od decyzji posłów i innych delikwentów może zależeć także i mój los. Wszystkie swoje żale przelewam na muzykę. Zwłaszcza od momentu, kiedy nabrałem wprawy w tworzeniu historii do tekstów.

W jaki sposób te tendencje mogą zaważyć na świecie przez najbliższe lata?

Ciężko mi ferować takie osądy. W zespole zawsze ukazuję brutalne zdarzenia i okrucieństwa, jakie niesie za sobą wojna. Ludzie wzajemnie się mordują, lecz nadchodzi chwila, gdy sami już nie wiedzą, dlaczego to robią. Musi być na świecie jakiś bałwan, który wojnę zacznie, lecz potem kończą ją herosi. Dopiero drastyczny obrót spraw wywołuje u nas pewne refleksje. Szkoda tylko, że wtedy jest za późno. Generacja rządząca nie przeżyła na własnej skórze okropieństw globalnego konfliktu. Spokój definitywnie namieszał im w głowach, a bezmyślne kultywowanie haseł nie mających racji bytu, może przynieść naprawdę kolosalną katastrofę. Ale może na to zasłużyliśmy? Może nasza rasa jest zwyczajnie zbyt otępiała, by docenić bezkonfliktowe współistnienie?

Rozumiem…

A ja nie, ale staram się (śmiech).

Na „The Empire” w trackliście figuruje utwór „Prayer to the God of War”. Bóg wojny… Dosyć wyświechtany temat. Jak go zdefiniujesz?

Roboczo ten kawałek nazywał się po prostu „Prayer to the God”. Końcówka „of War” doszła na późnym etapie nagrań. Stwierdziliśmy, że jeszcze dobitniej zaakcentuje myśl przewodnią tekstu i tyle. Miałem na myśli szeroko pojętą religię, która sukcesywnie czyści mózgi swoim wyznawcom. Czyli fanatyzm – krótko mówiąc, politycy kryjący się za ewangelią. Nie mam absolutnie nic do osób religijnych, lecz wyjątkowo mierzi mnie ślepa wiara i brak choć krzty krytycznego stosunku do całokształtu.

Czyli nie istnieje coś takiego, jak świeckie państwo (w przypadku Polski)?

Ciągle wierzę, że Polska jest narodem światłym. Po prostu kościół od zawsze stanowił element manipulacji, źródło nadziei w ciężkich czasach. Z naciskiem na wojny i komunę. Teraz jednak kościół przeistoczył się w tak samo paskudny reżim, jak komuna za najsroższych lat. Boli mnie to.

Mówisz „za komuny”… Przecież wielokrotnie podkreślałeś, jakoby w Polsce nie było komuny właśnie ze względu na działania kościoła.

Korzystam z powszechnej nomenklatury. Chcę być dosadny, aby ludzie wiedzieli, co chcę przekazać. Do tej pory uważam, że komunizm funkcjonował na Kubie, w Chinach, ale u nas nie. Mieliśmy prężnie działający kościół. Chociaż oczywiście nie brakowało w nim ludzi, którzy mącili tam, by namieszać masom w głowach. Nie uwierzę, że tak skonstruowany aparat terroru pozwalał kościołowi funkcjonować bez żadnych warunków i dziwnych umów.

The Empire

VADER  The Empire (Nuclear Blast)  Od kilku ładnych lat przyglądam się poczynaniom olsztyńskiej hordy z zaciekawieniem większym, niż do tej pory. Nie jest to bynajmniej spowodowane wyjątkowością jej współczesnych albumów. Po prostu, ciekawi mnie fakt, jak można z uporem maniaka dążyć do czynienia własnej muzyki jeszcze bardziej wtórną. Vader już od kontrowersyjnej „The Beast” zbiera srogie cęgi za usilne stanie w jednym i tym samym miejscu. Na skądinąd przyjemnym Welcome to the Morbid Reich Peter z kolegami pokazali, że można nawiązywać do własnych korzeni, a nawet i podwalin zespołu z klasą godną międzynarodowych reprezentantów nadwiślańskiego death metalu. Problem w tym, że ów krążek stanowi jedyny taki wyjątek w dyskografii Vader na przestrzeni ostatnich lat. „The Empire” to, niestety, wciąż jazda po drodze wyznaczonej wraz z premierą „Tibi Et Igni”. Nazbyt liczne nawiązania do Slayer, z lekka nieudolne próby przeniesienia thrash metalu z lat 80. na współczesny grunt i wyraźny spadek poziomu kompozycji. Naprawdę szkoda mi Olsztynian za podjęcie tak negatywnej w skutkach decyzji. Jak już można wywnioskować, przy „The Empire” nie tupałem zapamiętale nóżką, nie wybijałem równomiernie rytmu dzikich blast beatów, ani już tym bardziej nie doznałem niekontrolowanych napadów radości. Jedenasty długograj Vader jest materiałem jedynie poprawnym, a w zalewie trzymających wysoki poziom death metalowych wydawnictw roku 2016 – słabym i miałkim. Już zachowawcza ep-ka Iron Times ukazała, że na choćby lekką modyfikację obecnego wcielenia naszych rodaków (i Jamesa Stewarta) nie ma co liczyć. Kwadratowa szkoła riffów spod znaku nowofalowych fanatyków Sodom w takim „Prayer to the God of War” wzmaga w moim umyśle jedynie poczucie nudy, niczego więcej. Negatywne konotacje pobudzają nieporadnie dzikie „Tempest” lub do bólu wymęczone „Parrabellum”. Pomijam już komiczną okładkę i okropnie skompresowane brzmienie. Po co kopać leżącego? Mimo wszystko, gdzieś tam w środku, odczuwam cichą nadzieję, że ten leżący wstanie i jeszcze wszystkim pokaże. Szanse niewielkie, ale nadzieja umiera ostatnia, prawda?

„The Empire” w prostej linii stanowi kontynuację ścieżki obranej na Tibi Et Igni. Wasza muzyka jeszcze częściej przecina się z thrash metalem, nawet ubiór zdaje się ukazywać fascynację latami 80. Czy te działania są spowodowane efektem mody na oldskul?

Nie uważam, abyśmy podążali za jakąkolwiek modą. Te stroje faktycznie nawiązują do najwcześniejszych lat Vader, a było to naturalną konsekwencją grania starych kawałków z demówek. Zwyczajnie daliśmy się ponieść klimatowi. Cholernie przypadło nam to do gustu, zupełnie jakbyśmy zyskali 50 punktów mocy więcej na scenie. Później nieco zmienialiśmy ubiór. Wszyscy wzorowali się na scenie Florydy. Tam muzycy potrafili grać w zwykłych ciuchach, dresach. Sam praktykowałem coś takiego. Szumnie deklarowaliśmy wtedy, że muzyka jest najważniejsza, ale metal stanowi więcej. Nawet widz może poczuć się oczarowany ubiorem muzyków. Katany, skóry, a nie koleś, który uprawia jogging w lesie. Z tą szufladką gatunkową, to zabawna sytuacja. Muzyka tej kapeli od zawsze jest swoistym miksem thrash i death metalu. Zresztą, między tymi gatunkami różnicę można dostrzec jedynie w sposobu śpiewu i artykulacji, czego dowiedli Possessed ze swoim sztandarowym kawałkiem „Death Metal”. To kapela thrashowa, która przez zwykły tytuł piosenki wytworzyła nowy trend w metalu. W Vader wszystko działa wedle wykrystalizowanej stylistyki. Harfy u nas nie uświadczysz, ale z pewnością istnieją kapele, które już eksperymentowały z takimi patentami. Z rogów piwa na scenie też nie pijemy. To zbyt dalekie wychodzenie poza obraną konwencję. Trzymamy się swojego. Nie chcemy kopiować samych z siebie z drugiej strony. Ale swoje robi rynek polski. Tutaj czepiają się nas o wszystko. Może gdybyśmy grali jak Riverside, to dopiero ludzie przestaliby narzekać dla samego narzekania. Całe szczęście, że dawno przestałem się tym przejmować… Filozoficzne podejście i rewolucje nie mają większego sensu. Tworzę muzykę naturalnie, nie dla internetowych krytyków.

Trochę przesadzasz z tą cienką granicą gatunkową. Wychwytujesz thrashowe inklinacje w takim Edge of Sanity?

Tak, ale nigdy nie lubiłem takiego grania. Szwedzka scena jest przeceniana. Znam pewne stare kapele, które lubię i szanuję, ale nigdy się nad tym nie spuszczałem. Cały ten ichniejszy death metal to taki nieco szybszy Motörhead. A Motörhead wolę jednak w wydaniu oryginalnym. Pamiętaj, że mam na uwadze koncerty. To absolutny priorytet grupy Vader. Kiedy komponuję kawałki, próbuję robić to tak, by świetnie spajały się ze starociami podczas występów na żywo. A te są najczęściej brutalne, usłane blastami i intensywne. Ta różnorodność pozwala nam na robienie dobrych gigów. Czasami trzeba zwolnić, by przyspieszyć. Stopniować i różnicować napięcie. To koncert, nie hala fabryczna.

Na „Tibi Et Igni” i „The Empire” zasadniczej zmianie uległo brzmienie. Miast pełnej i mięsistej produkcji postawiliście na surowość podbarwioną charakterystycznym, suchym brzmieniem.

Mięsiste brzmienie osiągnęliśmy dopiero teraz. Dotychczas było zbyt zamulone i kompletnie pozbawione akcentowania górnych tonów. Może są ludzie, którzy wolą taką chaotyczną zbieraninę dźwięków, jaka nie oferuje pełnego komfortu słuchania. Obecnie mamy selektywne riffy, wybijający się bas i fajne bębny. Nie przykrywają wszystkiego, jak na „Litany”, gdzie centrala zagłuszała pozostałe instrumenty. Niektórzy uwielbiają ten krążek, ale popełniliśmy błąd na etapie miksów. Zbytnio wysunęliśmy bębny do przodu. Ale generalnie to subiektywna sprawa.

Klasyczny metalowiec

Klasyczny metalowiec

Po premierze „Tibi Et Igni” w jednym z wywiadów stwierdziłeś, że jesteś metalowym purystą. W piątek zaś zagrałeś z Decapitated gościnnie na deskach olsztyńskiego Nowego Andergrant. Co powiesz w takim razie o ich twórczości lub innych kapel prezentujących nowoczesne podejście do death metalu?

Jestem klasycznym metalowcem, wolę słuchać starszych rzeczy. Nie jestem tak zamknięty, jak byłem kiedyś. Nie lubię zespołów typu Gojira albo Meshuggah. Ciężko pojąć mi kapele, które każą zastanawiać się słuchaczom nad podziałem rytmicznym i innymi bzdetami. Ostatnio więcej emocji można uświadczyć na koncertach filharmonii, niż takich „metalowych” występach. Jakbym chciał podziwiać ludzi ze sceny na żywo, poszedłbym do cyrku. Koncerty zespołów metalowych powinny gwarantować dzicz i agresję, nie stoicki spokój.

Wszystko zależy od odmiany metalu…

Dlatego ja kapel pokroju Katatonii nie nazywam metalem i dziwi mnie, że inni tak robią. Wylewają na mnie wiadra szamba za takie opinie, ale dlaczego? Bo członek takiej kapeli nosi długie włosy? Bo wywodzą się z metalu? Ja sugeruję się tym, czym metal był kiedyś. Ja rozumiem, że moda ulega zmianom, ale bez przesady. Przecież ci ludzie nawet nie ubierają się jak metalowcy. Dlaczego nikt nie próbuje mnie zrozumieć?

Czy na okładkę następnej płyty planujecie nawiązać współpracę z innym artystą niż Joe Petagno?

Nie wiem. Z Joe to generalnie bardzo ciekawa historia. Ludzie w Polsce narzekają, że robi cienkie okładki, a ja lecę na znane nazwisko. Zwyczajnie się z tym nie zgadzam, bo poziom stawiam ponad wszystko inne. Zresztą on sam się do mnie odezwał, co wyjątkowo zdziwiło. Znałem jego prace i w ogóle, a tu taka niespodzianka. Współpraca wyglądała świetnie. Podsyłałem mu wersety utworów, swoje pomysły, a on zwyczajnie przelewał to na płótno. Bardzo podobnie miała się sprawa ze Zbyszkiem Bielakiem. Chcę inspirować artystę, by on inspirował mnie. Na ep-ce zamieściliśmy cover Motörhead, jako hołd dla Lemmy’ego, toteż chcieliśmy, aby okładka miała pewne rysy Motörhead. Joe projektował frontcovery ich płyt, więc nie miał z tym absolutnie żadnego problemu. Ludzie jak zawsze narzekali, że to zrzynka, ale to był w pełni zamierzony efekt.

11960142_10154177890639517_1508301235179251609_nSkoro przy okładkach jesteśmy, czy nie uważasz, że uganianie się za ludźmi w krytycznych komentarzach nt. „The Empire” jest zbędne i nie przynosi dobrych efektów?

Zaznaczam, że tylko w Polsce do tego doszło. Ci ludzie nie mają hamulców, by obrażać i szkalować no oficjalnym profilu zespołu z tak głupiego powodu, jak okładka. To czysty absurd poparty brakiem elementarnych zasad kultury. Kolesie są chamami, a nawet o tym nie wiedzą i mają pretensje do innych. Przykro, że ludzie wylewają bezsensowny hejt zamiast konstruktywnej krytyki. Niech się uczą kultury. Mogłem potraktować to jak Nergal i olać moczem. Ale dlaczego ja nie mam prawa bronić swojej pracy? Zależy mi, by rozmawiać. Jestem fanem muzyki. Ludzie zarzucają mi, że jestem nietolerancyjny i odpowiadam. Ale jak można zarzucić komuś odpowiadanie?

Czy prawdą jest plota puszczona w podziemiu, jakoby ochrona podczas trasy „Imperium Poloniae” miała listę osób, które nie mogą wejść na teren klubu?

A jak myślisz (śmiech)? Przede wszystkim to nie żadne tam podziemie, a banda nieudaczników z Loży. Ludzie przesyłają mi czasami te wszystkie głupie posty, ale z reguły je ignoruję. Widziałem zresztą tę domniemaną listę, o której mowa. Uwierz mi, gdyby Mariusz Kmiołek chciał, spokojnie mógłby wnieść sprawę do sądu. W końcu nielegalnie użyto tam logo Massive Music…

Rozmawiał Łukasz Brzozowski

Zdjęcia: archiwum zespołu