UNDERTHESKIN – Tajemnica dodaje pikanterii

Czy undertheskin to muzyka dobra na lato? Być może tak, bo przecież chłodzi nie gorzej niż zimne napoje z saturatora, daje cień lepszy niż kolorowe parasole i prowokuje by wejść do wilgotnej piwnicy. Choć nie jest to reguła, bo ubranych na czarno młodzieńców można zobaczyć i w pełnym świetle. Nie chcę być źle zrozumiany – nie ma w tym co piszę zbyt dużego sarkazmu, po prostu „Negative”, nowa płyta opisywanego tu zespołu takie impresje w mojej głowie wywołuje. A że została opracowana więcej niż dobrze, zachowuje odpowiedni klimat i przy tym jest momentami nieźle przebojowa, trzeba porozmawiać ze sprawcą tego zamieszania – Mariuszem Łuniewskim. 

Na początek coś związanego z aktualną aurą – wymyśliłem sobie, że wasza muzyka dobrze działa na człowieka przy 30 stopniowym upale. Czy to dobra rekomendacja dla undertheskin?

Jeśli działa chłodząco to jak najbardziej, no i druga sprawa – jeśli muzyka – sztuka jakkolwiek „działa” to jest już bardzo dobrze.

W przypadku undertheskin owo „działanie” jest bardzo wyraźne, bo też i stylistyka, jej plastycznośćundertheskin_1_2019_fot_Liudmila_Radyk dobrze działa na wyobraźnię. Stąd pytanie – co skłoniło cię do działania w takiej właśnie niszy?

Wyszło dosyć naturalnie, w zasadzie od 2001r. siedziałem już w klimatach post-punk, goth, death-rock, z kolegą założyliśmy zespół Deathcamp Project. Po wydaniu dwóch płyty z tymże, życie zafundowało nam przymusową pauzę w działalności, która trwa do dziś. Zyskałem więc czas, który postanowiłem przeznaczyć na muzykę bliższą mojemu sercu niż to co robiliśmy z Deathcamp – czyli bardziej surową, mocniej osadzoną w post-punku. Miałem bardzo spójną wizję tego jak ma brzmieć muzyka undertheskin i na tej podstawie powstał pierwszy album „undertheskin”, oraz drugi N E G A T I V E – będący rozwinięciem tych założeń – czyli tworzenia muzyki dosyć oszczędnymi środkami, bezpośredniej, z dużym ładunkiem emocjonalnym – często tworzonej bardzo spontanicznie. Kończąc – post punk był ze mną od wczesnych lat; jedną z pierwszych świadomie odsłuchanych przeze mnie płyt był „Unknown Pleasures” Joy Division i gdzieś to zostało – chyba na zawsze – a więc tworzenie muzyki w takich klimatach przychodzi mi wręcz naturalnie

W tym miejscu dochodzimy do zasadniczego pytania – w kontekście Twojej (i nie tylko) muzyki pojawiają się lata 80., jak pewien rezerwuar emocji i środków stylistycznych. Co z twojej perspektywy (jeśli uznajesz porównanie za sensowne) było w tej dekadzie najbardziej inspirujące?

Dorastałem przy dźwiękach z lat 80/90 – ery MTV itd., więc ta estetyka, pewna wrażliwość, emocjonalność tej muzyki, również instrumentarium zapisało się z pewnością w mojej podświadomości. Lata 80. to również dosyć szalony czas w muzyce – odejście na masową skalę od klasycznie rockowych form na rzecz maszyn – automatów perkusyjnych, syntezatorów, vocoderów itd. Większość zespołów (nawet tych niegdyś klasycznie rockowych) zaczęła eksperymentować z brzmieniami „syntetycznymi” i powstało sporo naprawdę wyjątkowej muzyki, a przy okazji był to jeszcze czas, który ja nazywam na swoje potrzeby erą „wielkich wokalistów”, na scenie nie brakowało świetnych głosów i niemalże każdy znany czy new-wave’owy, czy post-punkowy czy new romantic/pop zespół miał za mikrofonem niesamowite osobowości co odcisnęło duży ślad na historii muzyki rozrywkowej. Kolejna sprawa to cała era post-punka – tej refleksyjnej i bardziej „intelektualnej” ciemniejszej strony punka. Melancholijna, tajemnicza, klaustrofobiczna, brzmienia gitar – zimne – nasączone efektami typu chorus delay, wokale, które często tonęły w pogłosach – to mnie zawsze intrygowało i przy okazji ruszało jakieś tam struny w duszy. Z perspektywy czasu – chyba największy sentyment mam właśnie do brzmień lat 80. – były z jednej strony rozpasane, bez umiaru w efektach i szokowaniu nowinkami, a jednocześnie miały bardzo solidny kręgosłup w postaci doskonałych muzyków i producentów.

Jak w ogóle odnosisz się do faktu, że obecnie moda na lata 80. przyjmuje wręcz absurdalne formy. Czy jest to z twojego punktu widzenia przesadzone?

Z mojej perspektywy moda na lata 80. była jakieś 5/6 lat temu. Teraz bardziej czuję powrót do lat 90., które jawią mi się jako trochę odwrotność 80 – całkowite zachłyśnięcie cyfryzacją (niestety, również procesu produkcji muzyki), digitalizacją czyli płyta CD (która – co słychać z perspektywy czasu – wyrządziła sporo krzywdy muzyce z tamtego czasu), miniaturyzacją urządzeń (walkman/discman), koszmarną modą – rosnącą falą powrotu eurodance’u (który zresztą ma swój urok) i tak dalej. A co do pytania – czy masz na myśli przesadną stylizację muzyczną? Czy ogólnie kulturowo/modową? A czy jest to przesadzone – każdy powrót jakiejś mody, czy stylu wiąże się z pewną mutacją i przesadą – jest to normalne – jednocześnie są to dosyć mocne, ale z reguły krótkotrwałe erupcje. A moda na 80. to pewnie taka tęsknota za czymś co było, a czego się np. nie miało przyjemności doświadczyć. Ostatecznie kultura/muzyka i inne formy sztuki, moda – bazują na sinusoidzie i na tym, że dla kolejnych pokoleń coś co już było może okazać się nowym i fascynującym doświadczeniem.

undertheskin_2019_fot_Liudmila_Radyk

Przesada jest w ten biznes wpisana. A wracając do lat 80. – dla mnie najważniejszy był fakt, że muzyka tamtego okresu kreowała indywidualizm, stąd bardzo wyraziste postaci liderów grup, kiedy tak po prawdzie reszta muzyków była tłem dla frontmana. Czy ten fakt jest twoim zdaniem powodem powstawania zespołów jedno czy dwuosobowych, gdzie w zasadzie miało się kontakt z minimalną ilością osób na scenie?

Ja raczej szukałbym przyczyny tych mniejszych składów w tym, że po 80 roku ceny i dostępność maszyn perkusyjnych i syntezatorów spadły, można było kreować syntetycznie linie basu i perkusję – w zasadzie emulować każdy instrument samemu, a więc dużo łatwiej było grać w mniejszym składzie. Często bardzo praktyczne i pragmatyczne rozwiązanie.

Z jednej strony wygoda, ale chyba też w pewnym sensie ograniczenie, bo jednak żywi muzycy na scenie dają więcej możliwości…

Oczywiście, jednakże czasem środki są celowo oszczędne, a muzyka nie wymaga wirtuozerii i przesadnego kolorytu do uzyskania doskonałego efektu. Myślę, że nie ma reguły – czasami jedna osoba robi dużo więcej i lepiej niż cały sztab, a innym razem faktycznie – spotkanie kilku wybitnych indywidualności na jednej scenie daje ponadczasowe efekty, jednak nie uważam aby obowiązywała tu jakaś reguła.

Przechodząc do „Negative” – przyznam, że przed wywiadem rzuciłem okiem na klika recenzji płyty i muszę zapytać – nie męczy/denerwuje cię fakt, że w przypadku płyty w każdej recenzji pojawia się obowiązkowy zestaw odnośników, zazwyczaj zaczynający się od Joy Division…. itp. Mówiąc złośliwie – idąc tym tropem możnaby napisać krótką recenzję: „Posłuchaj, jeśli lubisz…”

Oczywiście trochę mnie to męczy. Uważam, że mimo oczywistych i nieukrywanych przeze mnie inspiracji – moja muzyka ma zdecydowanie więcej do zaoferowania niż tylko echa wymienianych zespołów. Z drugiej strony czasy są ciężkie – coraz mniej osób przejawia chęć do pisania o muzyce, prasa branżowa ledwo żyje, a więc doceniam każdą recenzję. Ostatecznie osoba pisząca i podpisująca się pod swoją recenzją daje świadectwo swojej wiedzy, erudycji znajomości tematu. Z moich obserwacji wynika, że dużo recenzji jest pisanych na szybko, bez wgłębiania się w materiał, operując hasztagami i szufladkując bezlitośnie. Może to signum temporis.

No to zrecenzowałeś branżę (śmiech). Zatem, żeby uniknąć wpadki, zapytam – czy wolisz, kiedy uts określa się mianem cold wave/post punk czy gotyk?

Raczej operuję środkami bliższymi stylistyce cold wave/post punk, ale wybierz jak uważasz. Ostatecznie nie mnie to oceniać. Nie zgadzasz się z moją diagnozą w odpowiedzi powyżej (jeśli mogę spytać?).

uts_negative_HQ

NEGATIVE   Dużo komunałów można wygłosić pod adresem „Negative”. W zasadzie w większości recenzji pada gotowy zestaw porównań, które w jednym zdaniu mogą opisać płytę. Że mroczna, że gotyk, że The Cure i synthwave. Z jednej strony jest to męczące, z drugiej, nie sposób się z tym nie zgodzić, choć jak wiadomo, artyści nie do końca lubią, kiedy w taki łatwy sposób rozprawiamy się z ich twórczością. Twórczością, która pożera ich czas, nerwy i pieniądze, zatem, skupmy się bardziej na tym, w jaki sposób dzisiejsi artyści eksploatują dorobek minionych epok. Wiadomo, że wymyślenie nowości jest dzisiaj prawie niemożliwe, jednak w wielu przypadkach dosłowne odwzorowywanie przeszłości jest trochę słabe. Na szczęście, undertheskin w bardzo zwinny sposób unika metody kopiuj-wklej i jeśli już posługuje się językiem np. lat 80. to stara się go używać w bardzo elegancki sposób. Zresztą, słowo „elegancki” jest jakimś kluczem do tej płyty. Jej aksamitny i motoryczny mrok jest bardzo przyjemny, miejscami zaskakująco przebojowy, zawsze jednak zimny niczym haust koli z lodem. Zespół w ciekawy w sumie sposób zderza oczywistości (praca basu, puls bębnów) z nieco bardziej nowoczesnym myśleniem o przestrzeni dla elektroniki, także wokale, choć  ciążą w oczywistą stronę, są rozbudowane, mniej suche i monotonne a często ciekawie ponakładane. Zespół zadbał o to, by uniknąć pewnej „kwadratowości”, tak charakterystycznej dla dawnych produkcji, dlatego od pierwszych dźwięków wiadomo, że to płyta z 2019 roku. Umiejętne korzystanie z dziedzictwa mrocznej muzy jest jej największą zaletą. Nie wiem, czy uda się wyjść z nią poza gatunkowe getto, ale w kilku miejscach można pokusić się o użycie sformułowania „kawałek radiowy”, a to chyba komplement w dzisiejszych czasach. Osobiście staram się słuchać tego materiału w oderwaniu od kontekstu i taniego sentymentalizmu. Raz mi się udaje, raz nie i od razu zaczynam się bawić w muzycznego archeologa. Niewątpliwie undertheskin zbliżył się do granicy muzyki „gatunkowej” i „popularnej”. Kwestia, czy taki wniosek jest dla zespołu komplementem, czy wręcz przeciwnie…

Zgadzam się, choć moim zdaniem wynika to z faktu, że dzisiejszych czasach muzyki jest tak dużo, że po prostu brak czasu na solidne opisanie wszystkiego. Jeśli dołożyć do tego fakt, że dziennikarze muzyczni w Polsce piszą po godzinach pracy, masz gotową odpowiedź…

Ja również gram nagrywam po godzinach pracy, co nie sprawia, że robię to byle jak… Żadne usprawiedliwienie, ale muzyki faktycznie są tony i ciężko przerobić nawet te wartościowe pozycje, poświęcając im odpowiednią ilość czasu…

Pytałem o gotyk, bo mam wrażenie, że pierwsza dekada nowego millenium straszliwie zszargała tę stylistykę. Mam na myśli koszmarki pt. metal gotycki. Był okres, kiedy każdy niemal zespół metalowy zapraszał gościa z syntezatorem Casio i pannę, która ubrana w falbanki wyła do księżyca. I taka muzyka była przez pewien czas mocno promowana. Dzisiaj widać, że przez to opinia o muzyce gotyckiej bardzo się zepsuła  bo słysząc „gotyk” nie myślę o Birthday Party czy Bauhaus tylko o np. Moonspell… (choć akurat Moonspell nie jest najgorszy w tej kategorii…)

Myślę, że obecnie hasło gotyk to trochę wyrok śmierci dla zespołu – taka szuflada, do której wpadają mocno przerysowane kurioza oraz cała masa bubli. To właśnie na przez jego początkową popularność, następnie wynaturzenie i karykaturyzację nastąpił upadek w przepaść. Weźmy pod uwagę fakt, że absolutnie żaden z klasyków zespołów uważanych za protoplastów goth rocka – Fields of the Nephilim, Sisters of Mercy, The Mission, The Cure, Bauhaus – nigdy nie uważali się za przedstawicieli danego gatunku – była to muzyka alternatywna – po prostu. Później dostało to łatkę i zaczęły pojawiać się liczne, bardziej lub mniej udane kopie. To o czym mówiliśmy w kontekście lat 80. – nastąpił wykwit – trwał dosyć długo, następnie zmutował i upadł dosyć nisko. W międzyczasie dorosło nowe pokolenie muzyków – odkryło post-punk i przełożyło go na język współczesny i współczesne instrumentarium – urodziło się coś świeżego i oby żyło jak najdłużej. I choć już po 4-6 latach boomu na post-punk zauważalne są jakieś pęknięcia, cytaty i autocytaty wewnątrz gatunku – to wciąż odnajduję w tej stylistyce dużo więcej ciekawej muzyki niż we wspomnianej muzyce „gotyckiej”.

Skoro zatem wyjaśniliśmy niuanse związane z klasyfikacjami, skupmy się na płycie. Co jest, z twojego jako twórcy punktu widzenia, takim najważniejszym elementem, definiującym „Negative”?

Może odpowiem w ten sposób – zależało mi na stworzeniu dosyć bezkompromisowej, a jednocześnie bardzo stylowej muzyki. Takiej która gdzieś tam poprzez klimat czy zastosowane środki trafia w te post-punkowe sentymentalne nuty, ale jednocześnie zawsze kładę duży nacisk na nacechowanie muzyki sobą, własnymi emocjami – to sprawia, że jeśli poświęcisz jej chwilę czasu, zaczynasz odkrywać kolejne warstwy i również na płaszczyźnie emocjonalnej dotyka Cię to mocniej i trafia głębiej. W żadnym stopniu nie jest to muzyka powierzchowna, czy też skalkulowana i uważam to za jej największą wartość.

Nadal jednak jest w tym wszystkim dużo TAJEMNICY. Elementów, które budzą niepokój. Np. zainteresowały mnie te symbole, jakie znajdziemy we wkładce…

Bardzo mnie to cieszy – odrobina tajemnicy zawsze dodaje pikanterii. Wspomniane elementy to piktogramy – graficzne odpowiedniki tytułów utworów. Pomysł zapoczątkowany na pierwszej płycie i kontynuowany na drugiej choć podany już nieco mniej bezpośrednio, czyli bez podpisów.

…brakuje także tekstów we wkładce, choć oczywiście płyta wydana jest estetycznie. Zastanawia mnie za to, jak wygląda skład zespołu – często występujesz na fotach sam, ale czasami z dodatkowymi muzykami. Jaki jest zatem status formalny undertheskin? Trio, czy singleman plus muzycy sesyjni czy jeszcze inaczej?

Przy okazji nagrywania pierwszej płyty status był dosyć jasny – sam nagrałem i skomponowałem całą muzykę. Później udało mi się zwerbować przyjaciół – przy okazji świetnych muzyków – do uformowania trzyosobowego składu live. Podczas nagrywania drugiej płyty schemat był podobny – sam skomponowałem i nagrałem wszystkie instrumenty i wokale, ale pojawił się precedens w postaci utworu „Burn”, który jest kompozycją moją i Toma Tylora (git/synth), a jego zarys powstał na próbie oraz „Poison”, w którym Tom pomagał mi przy programowaniu. Jest więc na „Negative” trochę więcej teamworku, aczkolwiek status pozostaje ten sam – jest to mój projekt, który w wersji live działa w trzyosobowej odsłonie. Co do tekstów – w sumie to chyba decyzja graficzna – w pierwszej płycie są umieszczone w grafice, a w tej nie… Może powinny, choć moim zdaniem dobrze jeśli muzyka jest wstanie oddziaływać przez skórę – z zamkniętymi oczami.

Czy status zespołu, jego przynależność do sceny itp. pozwala na szeroki zakres działalności promocyjnej? Pytam, bo np. w notce prasowej pojawia się wzmianka, że uts dobrze radzi sobie na zachodzie.

Trochę tak – w tym przypadku ta przynależność pozwala sprawniej umieścić zespół i dać sygnał potencjalnym odbiorcom. Cała działalność undertheskin zaczęła się w sumie od zagranicy – umieściłem jeden utwór w serwisie Bandcamp i zadziałał efekt kuli śniegowej – obie płyty uzyskały tytuł najlepiej sprzedających się w swoim gatunku, ale pojawiły się też w ścisłych czołówkach wydawnictw alternatywnych oraz w trójce najlepiej się sprzedających wydawnictw z Polski. Pierwsze poważne propozycje koncertowe też zaczęły spływać z Niemiec, Szwecji Anglii.  Dosyć regularnie grywamy w Europie – np. najbliższy koncert gramy za tydzień w Niemczech, a pierwsze zabookowane daty jesienne to Hiszpania i Norwegia. Być może jest tak dlatego, ze nowa fala post punka ma się na świecie bardzo dobrze, a czołowe zespoły zapraszane są na wielkie, alternatywne festiwale. Jest to zauważone zjawisko na scenie indie, a w Polsce scena i zainteresowanie tą muzyką wygląda jeszcze nieco skromniej.

Zatem… może kilka wspomnień z wojaży zagranicznych. Co utkwiło szczególnie w głowach?

Chyba wysoka jakość organizacji, akustycy z reguły znają się na swojej pracy – to takie praktyczne rzeczy, a poza tym chyba kameralność sceny – mimo, że grywa się w różnych miejscach, pojawia się coraz więcej znajomych twarzy. Między zespołami panuje dosyć przyjacielska atmosfera – otwartość i chęć ew. pomocy jeśli jest potrzeba – bardzo dobre wibracje

Czyli – jeśli wyciągam dobre wnioski, w Polsce jest pod tym względem gorzej, mimo wszystko?

Nie, nie aż tak – mam bagaż różnych doświadczeń – często niepozytywnych z Polski jeszcze z czasów poprzedniego zespołu – zagraliśmy z nim kilkaset koncertów w pl. Z undertheskin dosyć starannie dobieram imprezy, w których bierzemy udział i jest całkiem nieźle. Zdecydowanie lepiej niż 10 lat temu, ale np. wciąż standardem jest, że akustycy w Polsce nie czytają riderów technicznych, pojęcie czasu bywa względne a i szczodrość organizatorów bywa umiarkowana. Dużo rzeczy załatwia się nieformalnie, bez umów i na przysłowiową „gębę”, ale ogólnie jest ok choć wciąż wyczuwalna jest różnica względem standardów przyjętych za naszą zachodnią granicą.

undertheskin__2019_fot_Liudmila_Radyk

Pozostając przy temacie scenicznym. Takie zespoły jak uts mają pod górkę bo musi być coś więcej niż wzmacniacz i parapet. Jak to jest u ciebie? Scena to teatr?

Nie czuję żebym miał ciężej czy lżej niż inne zespoły, po prostu – gramy tyle prób ile tylko możemy, staramy się odgrywać na żywo wszystko oprócz automatu perkusyjnego oczywiście. W nasze występy staramy się włożyć maximum emocji i prawdy, a przy okazji dbamy o bardzo dobre brzmienie. Jeśli chodzi o tzw. otoczkę to celowo zrezygnowałem z części tego teatru – nie ma makijażu i wymyślnych strojów – zależy mi by za undertheskin przemawiała przede wszystkim muzyka i atmosfera kreowana dźwiękiem! Operujemy oszczędnymi środkami, a nasz image jest również raczej minimalistyczny – liczy się gra oświetlenia/stroboskopów, duża ilość dymu – używamy chłodnych kolorów świateł – ustawionych w ten sposób, że na scenie widać tylko nasze sylwetki – dodaje to pewnej tajemnicy i może teatralności właśnie. Poza tym liczy się dźwięk i prawdziwe emocje.

 Jak możesz na zakończenie rozwinąć tytuł płyty?

N E G A T I V E – bardzo lubię jednoznaczny, mocny wydźwięk tego tytułu przy jednoczesnej wieloznaczności słowa. Oczywiście, można odbierać go dosłownie czyli „negatywny”, ale oznacza również zaprzeczenie, odmowę czy też sprzeciw. Symbolizuje odwrotność kolorów w fotografii – przeciwieństwo jasności tonów. Jest też pewna anegdota związana z tytułem: kończąc pracę nad płytą, brakowało mi jakieś kropki nad „i”, szukałem klamry, która zepnie koncepcyjnie cały album. Tak się złożyło, że w tym czasie premierę miał ostatni film Larsa von Triera ” Dom który zbudował Jack” – podczas seansu pojawia się sentencja wypowiadana przez głównego bohatera w trakcie wertowania negatywów fotografii: „It wasn’t the image, but the negative…through the negative you can see the real, inner demonic quality of the light – the dark light…„. To był fantastyczny moment – taki, w którym przechodzą ciarki – poczułem, że to jest właśnie to! Udało mi się całą frazę zsamplować i umieściłem ją w utworze kończącym album w wersji vinylowej czyli „Nothere” (wersja CD ma jeden utwór więcej) i tym samym zamknąć pracę nad albumem.

Rozmawiał Arek Lerch

 
Zdjęcia: archiwum zespołu/Liudmila Radyk