UGORY – Moje życie z zatyczkami

To odważne i namacalne zaznaczenie swojej obecności na scenie już teraz, choć – tak jak pisałem na samym początku – wierzę, że najlepsze dopiero przed chłopakami – napisał gdzieś obok w recenzji „Matko ciszy” red. Fryga. Zgadzam się z nim, choć uważam też, może na wyrost, że najlepsze słyszymy teraz, i choć nie odmawiam Ugorom dalszych poszukiwań, wydaje mi się, że „Matko ciszy” to dzieło skończone, na którym zespół bardzo pięknie podszedł do kwestii hałasu, obracając się jednocześnie w kilku rożnych, muzycznych obszarach. Dużo w tym rozedrgania, umiejętnie kontrolowanego chaosu – kwintet dobre się bawi i błyskotliwie żongluje dźwiękami – podobnie jest w wywiadzie, który zmienił sie w niezłą burzę mózgów. Na różne, nie zawsze poważne tematy. 

Na początek głupie pytanie nr. 1: komu dzisiaj potrzebny jest jeszcze hałas?

Marcel: Kurczę, nie wiem. Wydaje mi się, że hałas jest wszechobecny i cisza wydaje się być zbyt niekomfortowa. Marcin: Mi na pewno. I sadzę, że wielu ludziom zainteresowanym muzyką też. Trudno to wytłumaczyć, ale lgniemy do tego jak ćma do światła.  Kuba : Jeśli pytasz pod kątem muzycznym, to  każdemu, komu potrzeba silnych emocji.

Pytanie jest o tyle zasadne, że wy zdajecie się być z hałasu organicznie ulepieni. Nie boicie się, że na starość będziecie chodzić w aparatach słuchowych?

Marcin: Boję się… jest to wręcz wrażenie graniczące z pewnością… ale od kiedy kupiłem zatyczki Alpine, moje życie stało się łatwiejsze (śmiech).  Marcel: Ja już krwawiłem z ucha w zeszłym roku, więc mam to już za sobą. Teraz już z górki… Kuba: Perspektywa, że dożyję starości i tak jest bardzo pozytywna.  Mariusz: Ja mam regularnie powracające świsty, ale za 30-40 lat może będę cyborgiem i jakoś się wywinę.Matka ciszy

Moje życie z zatyczkami – to będzie tytuł wywiadu. Ok, to teraz pytanie głupie nr 2 –  zastanawiałem się i doszedłem do wniosku, że najfajniejsze w Ugorach jest to, że za cholerę nie można was zdefiniować. W sumie nie wiem co gracie…

Kuba: Chyba coraz trudniej odpowiedzieć mi na to pytanie, dzisiaj wystarczy zagrać ten sam riff na innym efekcie i masz coś nowego.  Marcin: Ja swoją obecnością w Ugorach wróciłem do ciężkiego grania, które chodziło za mną od bardzo długiego czasu. Nasz wesoły zespół to rzeczywiście ciekawy miks osobowości i różnych wpływów muzycznych. Z Marcelem sekcyjnie siejemy głównie gruz, kiedy chłopaki na gitarkach tną szugejzy. No i jest jeszcze Robert. Robert jest i doprawia to „odrobiną” szaleństwa.  Marcel: Sami chyba do końca nie wiemy, ale może to wynika z faktu, że każda płyta zostala na grana praktycznie w innym składzie. Dla mnie to jest fajne, bo właściwie każda płyta jest zaskoczeniem dla nas samych.

Innym i dużym. Przerażają mnie zespoły od kwintetu w górę – przecież tu o kłótnię jest tak łatwo jak o wódkę w monopolowym. Macie jakiś patent żeby się nie pozarzynać?

Mariusz: Tak. Wymyślam partie jako ostatni (śmiech). Wydaje mi się, że to co sprawia, że nie ma kłótni to chęć grania nowych rzeczy i podróży do czegoś nowego.  Marcin: Hmm, mamy pewien złoty środek, który nas na próbach „uspokaja”, ale może lepiej o tym nie mówmy… a tak serio to cały czas jestem pod wrażeniem jak intuicyjnie wychodzi nam tworzenie materiału, po prostu rozumiemy się w pomysłach, rozumiemy się w aranżacjach a może po prostu jeszcze za wcześnie na zarzynanie się, może przyjdzie i na to czas?  Marcel: Wymienimy skład zanim się znienawidzimy (śmiech). Kuba: Znamy się bardzo długo i każdy z nas przeszedł już przez różne składy Wiemy, w którym momencie z numeru nic nie będzie, a nad którym trzeba popracować. Chyba podobnie stawiamy sobie poprzeczkę.  Marcin: Nie Kuba, ja Was nie znam bardzo długo, ale masz rację w jednym: w tym, że trochę już zajmujemy się muzyką, każdy z nas ma solidny bagaż doświadczeń i na próbach po prostu pracujemy, solidnie i do przodu.

No ale przecież wiadomo – gdzie polaków pięciu, to sześć opinii i siedem zdań.

Kuba: Nie było presji, chyba dlatego było łatwiej.  Marcin: Być może gdyby u nas panowała demokracja to gówno by z tego wyszło, zespół trzeba trzymać za mordę i my to robimy.

Ale jak – wszyscy trzymacie go za mordę? (śmiech)

Marcin: Chodzi mi o to, ze jak tworzymy nowy materiał to nie patrzymy w sufit czekając aż ktoś coś zrobi, tylko idziemy od pomysłu do pomysłu i realizujemy pomysły jeśli ktoś takowe przyniesie. Mylę się?  Mariusz: Marcel trzyma Marcina za mordę, ten trzyma mnie, ja trzymam Kubę, Kuba Roberta a Robert Marcela i tak to działa.

Ok, to teraz poważne pytanie: kim jest matka ciszy?

Marcin: Nie ma matki…  Mariusz: Te słowa wzięły się z improwizowanej modlitwy Roberta w Szóstej Nocy bez Snu – Matko ciszy módl się za nami/Matko siekiero módl się za nami.  Robert: Kiedy leżysz w łóżku i próbujesz zasnąć, Matka ciszy kładzie palec na każdym dźwięku, który na to nie pozwala. Trzeba jednak pamiętać, żeby jej rano podziękować, bo inaczej może już nie przyjść.

Zdajecie sobie sprawę, że premiera „Matko ciszy” ma w pewnym sensie historyczny wymiar?

Marcin: Nie, dlaczego?

Bo jesteście ostatnim zespołem, którego płyta ukazuje się w MITW w formie kompaktu…

Marcel: Zgadza się, wielka szkoda, ale kiedyś Boro zarzekał się, że kończy z bookowaniem koncertów i pół roku później zrobił festiwal.  Marcin: Pewnie że szkoda, ale chyba jeszcze Lesniwski/Nowacki się załapią na fizyka.

Moje życie z zatyczkami

Moje życie z zatyczkami

W sumie, tak… Fizyczna forma muzyki ma dla was znaczenie? W dzisiejszym, cyfrowym świecie?

Marcin: Oczywiście, kupuję winyle choć nie mam adaptera. Mam nierozpakowane płyty, których nie słucham, to trochę jak zbieranie pokemonów. Dla mnie to wręcz małe trofeum.  Marcel: Fajnie jest mieć płytę na półce czy w samochodzie. Ale czy to decyduje o tym, że muzyka wydana na CD czy winylu jest bardziej wartościowa niż pliki? To są ciężkie czasy dla wydawców, ale nie możemy z tego powodu się zniechęcać. Netlabel Trzech Szóstek robi świetną robotę. Zawsze pozostaje wydawka własna. Tomek może coś na ten temat powiedzieć bo boxy, które wykonał własnoręcznie są jednymi z najładniejszych jakie miałem okazję widzieć. Wydaje mi się również, że tą płytą przypieczętowaliśmy status Ugorów jako kolektywu.  Tomasz: Każdy praktycznie jest inny i każdego głaskałem i nie chciałem się z nimi rozstawać. No i powiem Wam w tajemnicy – mówiłem do płyt.  Mariusz: Ma znaczenie, chociażby dlatego, że każdy nośnik inaczej oddaje brzmienie muzyki. Nie chodzi o to czy jest lepsze czy gorsze.  Kuba: Dla mnie zawsze dobrze wydana płyta ma jakiś klimat wokół siebie, okładka i grafiki dopełniają całą wizję, z perspektywą wersji fizycznej dbaliśmy o to bardziej.

W sumie, trudno powiedzieć, w jaką stronę to wszystko zmierza. Tym bardziej, że hałas jednak lepiej brzmi z kompaktu (śmiech). Dobra, wracamy do płyty. Co waszym zdaniem jest jej największym atutem w stosunku do poprzedniczek?

Marcel: Fajnie, że napisaliśmy ją wspólnie. Chociaż ep-ka z Marcinem też była 50/50 wspólna, ale to była trochę inna bajka. „Padlinę” i „Wstręt” skomponowałem właściwie sam, Robert napisał teksty i zaśpiewał. W przypadku „Matko ciszy” te proporcje są bardziej rozłożone, co było dla mnie wielką ulgą. Takie kolektywne działanie jest bardziej kreatywne aniżeli dłubanie w samotności. Lubię też miks „Matki ciszy”. Fajnie kiedy wszystko brzmi, estetycznie i przyjemnie dla ucha, chociaż nie o to w tym wszystkim chodzi. Każda z płyt Ugorów ma w sobie coś czego nie ma żadna inna. Bardzo się cieszę, że do muyki lada chwila ukażą się filmy, to jest coś czego wcześniej nie było.  Mariusz: Myślę, że czymś w rodzaju atutu będzie praca Tomka i Martyny. Zrobili klipy do każdego utworu.

Więc może coś bliżej o tych obrazkach? Pytam o klipy bo w sumie zastanawiam się, jaką mogą pełnić rolę w przypadku waszej muzyki?

Tomasz: Trudna sprawa. Materiały wideo zbiera się latami. Tu szczególnie tyczy się „Polowania”. Są pieknie malarskie z grubymi pikselami, co jest rzadkością. Martyna świetnie zadebiutowała, i mnie pozamiatało. Ale każdy utwór to inny świat, tak jak każda płyta. I to dopiero początek…  Marcel: Cała akcja z klipami wyszła od wizualizacji na koncerty – część z tych wizualizacji pokrywa się z tym co zobaczycie na filmach, ale część była dużym szokiem nawet dla nas… poza tym kolektyw to kolektyw, dlaczego nagrywamy całą płytę a tylko jeden teledysk?  Marcin: Inny świat, ale wszystkie zakorzenione w „folwarczności„?  Nie dotyczy to blokowisk i dużych miast, tylko drzew i gnoju na polu.

Właśnie – początek… Dokąd zatem zmierzacie? Czy jest coś takiego jak cel dla Ugorów?

Marcel: „Morzem nieskończonym donikąd płynąć„…  Tomasz: Albo z gnojówką przez Polskę.  Marcin: Epickie pytanie… odpowiem skromnie i dość prozaicznie, jako perkusista: robić dalej muzyczkę, która mnie jara. Ugory to jest ten zespół. Cel? Żeby na supporcie przed nami zagrała Mgła… Albo nie, cofam tę Mgłę, to zabrzmiało buńczucznie.  Mariusz: „Nie ma końca drogi tej, za dalą jest inna dal„.

Mam taką wizję, że Ugory brzmia troszkę jak Sonic Youth, który spotkał Ride i razem zapragnęli grać black metal. Głupie?

Marcin: Jeżeli tak uważasz to na pewno nie jest to głupie a black metal mamy póki co tylko w jednym utworze… Ja cały obstaję za naszą „sludgeowością”.  Kuba: Dla mnie trafione, taki opis też jest wyraźniejszy niż zlepek pojedynczych wyrazów/gatunków w jednym zdaniu.  Marcel: Ciekawe obserwacje. To pokazuje, że każdy w naszej muzyce słyszy co innego, ale to dobrze, bo cała nasza piątka pochodzi z różnych, muzycznych światów i naturalnie, że wyszedł z tego trochę metalowo-szugejzowy koktajl.Live

To teraz już na koniec – zaskakujący jest ostatni kawałek na płycie „Szósta noc bez snu”. Toż to suita normalne. W dodatku – dość eksperymentalna. Co to jest – improwizacja w studiu?

Mariusz: Tak. Przyznam się, że moja linia napisana została w studiu i bardzo mocno podążałem szlakiem wyznaczonym przez perkusję. I to prawda, zabronili mi śpiewać.  Marcel: Nie… plan był taki, żeby zrobić koncertową wersję „Sonaro”, z pierwszego dema, ale jak zwykle nie wyszło i zrobił się nowy numer. No dobra, Mateusza partia gitary jest improwizowana… bo na początku zamiast grać, Mateusz krzyczał do mikrofonu, ale potem usłyszelismy jak to brzmi i kazaliśmy mu grać.  Marcin (śmiech) improwizowany jest fragment, w dużej mierze kompozycja była i jest przemyślana, chociaż moja partia w większej części to zawsze free impro…  Mariusz: Nie kłam (śmiech).

Będziecie grać numer na koncertach? Ile będzie miał –  20 minut?

Marcin: Zawsze go gramy. Granie 20 minutowych kawałków to sztuka, która jeszcze przed nami.  Mariusz: Albo za nami (śmiech). Marcel: Nie sadzę, aby był sens katować ten numer przez tak długi czas. Tych osiem minut to naprawdę optymalna długość. Piosenka jest intensywna, wymagająca uwagi od słuchacza.

Ostatnie słowo zostawiam Wam. Bluzgajcie i pozdrawiajcie…

Marcin: Robert chciał bluzgać, ale już go nie ma.  Marcel: To ja tylko chciałem zaprosić na najbliższe koncerty, które odbędą się w Warszawie chyba 23 czerwca i 15 czerwca w Łodzi, gdzie zagramy jako trio i w sumie sami jeszcze nie wiemy co z tego będzie.  Mariusz: Jeśli Twoja głowa jest zapchana rasizmem, seksizmem czy jakimkolwiek innym gównem to mam nadzieję, że trafi pod pług Marcela i będzie kompostem dla ziemi, to jedyna możliwość by tacy ludzie się na coś przydali, nie gramy dla Was.  Kuba: Pozdrowiłbym dobrą, ludzką stronę Roberta, ale nie ma takiej.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Łukasz Machała (foto na trawce)/Paulina Kozłowska (zdjęcie zielone)