TURNIP FARM – nie lubię jeździć na koncerty

To już nasze trzecie spotkanie z wołowskim zespołem. A wydawało się, że do nagrania tej płyty nie dojdzie. Po świetnym, nieco eksperymentalnym krążku The Great Division zespół znalazł się w rozsypce; odszedł Kuba a perkusista Piotr Brzeziński jako Peter J. Birch zaczął robić karierę solową. Znalezienie natchnienia, nowego wokalisty i sił, by znowu wejść do tej samej rzeki, trochę trwało, ale kiedy kamień zaczął się toczyć, wszystko poszło z górki – dzisiaj możemy cieszyć się kolejną płytą tego niezwykłego projektu, któremu niezmiennie kibicujemy. O muzyce jaka znalazła się na Chase Chagrin Away możecie przeczytać gdzieś obok a poniżej słów kilka od gitarowej podpory zespołu – Marcina „Lokisa” Loksia, którego odrobinę wspomaga mistrz konsolety i producent płyty – Przemek Wejmann.

Turnip Farm jako żywotna potrzeba ogrzania się w gorących przesterach lat 90-tych budzi bardzo różne – co zauważyłem – odczucia: od uwielbienia po lekką konsternację. Zatem – czym ten zespół jest dla Ciebie, jak osoby najbardziej zainteresowanej?

Wciąż tym samym, czym zawsze było granie w zespole. Realizowaniem siebie, rozrywką, sposobem na znalezienie harmonii w życiu. Może to wszystko jest mniej intensywnie niż 20 latDSC_0266x temu, ale jest. Ważny jest też kontakt z ludźmi, z którymi gram. To jest dla mnie zawsze najfajniejsza część – próby, tworzenie nowych numerów.

Turnip Farm zawsze kojarzył mi się – nie zrozum mnie źle – z takim „zespołem z sielankowego Wołowa”, czyli graniem na luzie, bez spiny i silenia się na jakieś komercyjne podchody. W kontekście ciągłej pogoni wielu wykonawców za kontraktami, prestiżem i kasą, Twój zespół to ostoja spokoju: czy to dobra rozkmina?

Tak, na pewno działamy bez spiny, czasem aż do przesady. Przyświeca nam hasło „małymi krokami”. Jak się coś uda to fajnie, jeśli nie to też fajnie. Kiedyś na próbie padło nowe, mało cenzuralne hasło, ale też oddające ironicznie nasze podejście do robienia utworów: „spróbujmy może będzie chujowo”? Komercyjny sukces nigdy nie był nam w głowie, zresztą dobrze wiemy co gramy, gdzie żyjemy, nie mamy co do tego żadnych złudzeń i dobrze nam z tym. Gorzej z tą ostoją spokoju – gdybyś zapytał pozostałych kolegów z zespołu, pewnie opowiedzieliby Ci pikantne historie o moich kłótniach najczęściej z Peterem i generalnie sianiem zamętu. Cóż – znają mnie, wiedzą jaki jestem a ja bez nich przecież nic bym nie zrobił.

Wróćmy na sekundę do przeszłości – czyli drugiej płyty. Był świetny materiał, Rockers w tle i… nie było bum, koncertów itp. Co nie „zatrybiło” – przyczyny obiektywne, czy Wasza niechęć do ruszania się z miejsca? A może brak zaproszeń itp… Jaka jest Twoja diagnoza?

Przede wszystkim parę miesięcy po ukazaniu się drugiej płyty rozstaliśmy się z Kubą. Do tego doszły problemy z miejscem do grania prób, ale też bardzo intensywne koncerty i działalność solowa Petera. Wówczas odpuściliśmy temat Turnip Farm, zresztą, zarówno ja jak i Tomek graliśmy wówczas w zespole towarzyszącym Peterowi – The River Boat Band. Prawdę mówiąc, nastawiłem się już wówczas, że to koniec Turnip Farm. Zawsze zresztą traktowaliśmy ten zespół właśnie na luzie, niczego nie robiąc na siłę. Tak minęły dwa lata i spotkaliśmy się na próbie we trójkę. Od dźwięku do dźwięku nagle zrobiło się kilka utworów, pojawiło się pytanie: co z tym robimy- szukamy wokalisty, zakładamy nowy band? No i tak wskoczyliśmy znowu do tej samej rzeki. Co do koncertów – zespół powstał z założenia jako projekt, w którym chcemy coś stworzyć, ale niekoniecznie działać na zasadzie normalnej kapeli. Oczywiście, myśleliśmy o kilku koncertach, ale gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że nagramy 3 płyty to bym nie wierzył. Generalnie ja nie przepadam za podróżami, koncertami. Jestem leniwy, zdziadziałem pod tym względem, jestem domatorem i jestem z tego dumny. Oczywiście, jest to obiektem drwin i dowcipów, muszę z tym się pogodzić. Z drugiej strony – mamy tak mało czasu wolnego, że naprawdę ciężko nam wygospodarować go na próby, a co dopiero koncerty. Peter jest totalnie zajęty swoją działalnością solową, Siwy (Piotrek – voc, git) ma na głowie studia i Karate Free Stylers, do tego dochodzi praca, sprawy rodzinne starszyzny zespołowej czyli moje i Tomka. No i jeszcze w tej 2 letniej przerwie Turnipowej wróciła mi dodatkowo szajba związana z żużlem, więc między tym wszystkim zostaje już niewiele przestrzeni. Może dlatego bardzo cieszę się z nowej płyty, bo nie spodziewałem się, że ona w ogóle powstanie.

nie lubię jeździć na koncerty

nie lubię jeździć na koncerty

Zmiana frontmana to duża rzecz dla każdego zespołu. Czy Kuba był przez Was indagowany o możliwość zaśpiewania na trzeciej płycie, czy już wcześniej było wiadomo, że nie będzie go na nowym materiale? A może, kiedy rozpoczęliście nagrania, zrozumiał swój błąd i chciał do zespołu wrócić? Jak oceniasz współpracę z tymi dwoma wokalistami? Co ich różni i co nowego – poza melodiami – wniósł do zespołu „karateka”?

Kubę męczyliśmy chyba parę razy o kwestię zaśpiewania, ale też nie można człowieka do niczego przymuszać. My rozumiemy, że ma teraz inną bajkę muzyczną i nie chce robić czegoś co nie do końca czuje. Wszystko ładnie i dżentelmeńsko się zakończyło. Kuba dał nam też oczywiście błogosławieństwo co do starych tekstów, melodii itd. Siwego natomiast polecił nam Marcin Buźniak z Setting The Woods On Fire. Zapytałem go, gdy już zaczęliśmy próby we trojkę i odpowiedział, że nie zna nikogo. Po czym za chwilę wypalił: nie, stop, znam, zajebiście pasuje, zna was i ma czapeczkę Dinosaura! Dalej potoczyło się szybko. Siwy był akurat na mieście, zdaje się dostał info od Marcina i z tego co potem opowiadał, bardzo się ucieszył, bo znal dobrze Turnip Farm. Nie możemy porównywać za bardzo Kuby i Siwego, choćby dlatego, że z Siwym jeszcze nie mieliśmy zbyt wielu prób, nic razem nie stworzyliśmy. Partie gitar na płycie są moje. Kilka rzeczy Petera. Również linie wokalne układaliśmy wspólnie, nagrywając i wysyłając je Siwemu. Do tych linii powstawały dopiero teksty, które napisał cały zespół. Każdy ma swoją działkę na tej płycie. Póki co, Siwy jest entuzjastycznie nastawiony, ma za sobą pierwsze próby i koncerty; teraz przed nim długi okres „chrzcin”. Musi się pogodzić z tym, że teraz będzie miał dokuczane

Wspomniałeś Petera, a on, jak by nie patrzeć – zrobił najbardziej spektakularną karierę. Jak się zatem czuje w TF, jako trybik za bębnami?

Tu musiałbyś jego zapytać, ale akurat jego rola w zespole ewoluowała. Na początku był tylko bębniarzem, na drugiej płycie już miał zdaje się jeden song, a teraz mu pofolgowaliśmy i zrobił 3 numery + 2 teksty. To zdolny chłop, żyje muzyką więc jest z niego duży pożytek. Co prawda, czasem myli mu się, że jest Peterem J Birchem i szefem, ale go prostuję, kłócimy się, wkurzamy i potem z tego powstają fajne numery i to jest najważniejsze.

Tak sobie ostatnio pomyślałem, że Wasza III płyta całkiem ciekawie wpisuje się w obecną, rosnącą coraz bardziej scenę indie rocka. Może właśnie to jest ta scena, która da Wam odpowiedni feedback…

Zawsze z rezerwą podchodzę do „scen”. Nie wiem czy jest jakaś „scena” indie rockowa. Są zespoły oczywiście, ale czy one stanowią jakąś scenę, czy je coś poza tym określeniem łączy – wątpię…

Oczywiście, możemy nie „scenować”, ale fakt, że tzw. „nerdów” z brodami, co słuchają takiego alternatywnego rocka z Hamieryki, jest teraz ciut więcej niż kiedyś. Zresztą, nie wiem, czy zauważyłeś, ale ta cała scena amerykańska z lat 90-tych powraca, czy to z sentymentu, czy na nowo odczytana przez różne, mniej lub bardziej udane grupy…

Tak, to fakt, i to jest fajne. Kiedyś chyba z Tomkiem rozmawialiśmy, że gramy tak długo to samo, że zdarzyło się to w międzyczasie zestarzeć i teraz powrócić…

Nowa płyta TF to przede wszystkim mocny wpływ Dinosaur Jr. Czy faktycznie J Mascis odcisnął na was niezmywalne piętno, czy mam zwidy?

Wydaje mi się, że na tej płycie właśnie jest mało Dinosaura Jr. Ciągnie się to za nami z uwagi na nazwę i fascynację, ale ja byłbym już ostrożny. Widzę tu bardziej Seam, Van Pelt nawet, ale Mascisa może w pierwszym numerze jedynie. Mascis na pewno wywarł na mnie wpływ, bardzo lubię go w każdej postaci, wiem, że Siwy również lubi Dinosaur Jr, ale jest tego więcej – od Fugazi po Codeine.

Nowa płyta to także najbardziej „piosenkowy” twór TF. Wiem, że miałeś z tym lekki problem, ale może dzięki temu TF będzie mógł wypłynąć na szerokie wody? Np. drugi kawałek na płycie „Broken Promises” to hit co się zowie

Tak, zdaję sobie sprawę. To właśnie jest wpływ Petera. Zresztą, „Broken Promises” to jego numer + tekst Siwego. Ja się tam za dużo poza solówką nie mieszałem. Wokalne harmonie, akordy wszystko bardzo piosenkowe. Natomiast faktycznie w studio zazwyczaj jestem przeciwny wszelkim chórkom, wygładzeniom, wokalizom. Kojarzy mi się to z popowym podejściem do tworzenia. Bywają o to tarcia w zespole, ale suma summarum wyszło to nam na dobre. Milo się tego słucha. Poza tym musiałem się otworzyć na te propozycje bo bym zwariował.

Nagrywaliście u Perły – jakaś wiązanka wspomnień z tego, przyjemnego miejsca?

Ja zawsze jadę do Perlazza Studio jak w odwiedziny do wujka. Wiem , że wujek ma fajne ucho, fajne pomysły, wiem na co z wujkiem uważać, czego trzeba przypilnować, gdzie wujkowi zwrócić uwagę by nie kombinował i on pewnie też to wie o nas. Tym razem nasza wizyta była wyjątkowa bo po raz pierwszy spotkaliśmy się osobiście z Siwym. Wcześniej mieliśmy z nim kontakt jedynie mailowy. Byliśmy razem w komplecie jedynie dwa dni, nagrywaliśmy jak zwykle ekspresowo – ja po prostu tak lubię. W tym czasie nie było z a bardzo czasu na wariactwa i imprezy. Nagranie bębnów, gitar, basów, wokali zajęło nam łącznie 6 czy 7 dni. Mile chwile dotyczyły wspólnych chórków do „Old Style Lifestyle”, gdzie była kupa śmiechu. Była też męka przy szukaniu przesteru do koweru „Feels Like Heaven” – Okazało się, że nie powstał na świecie taki, który by mnie usatysfakcjonował.Podkład

Sam wywołałeś wilka z lasu. Skąd ten pomysł? Nie, żeby „Feels Like Heaven” mi się nie podobał, ale i tak byłem zaskoczony… Jaka historia kryje się za tym wyborem? Sentyment za „ejtisami”?!

Zacznę od tego, że byłem i trochę nadal jestem wielkim przeciwnikiem tego coveru, he, he. Pierwotnie mieliśmy brać na warsztat „Don’t Answer Me” Alan Parsons Project. Jednak wciąż ten kower zostawał raczej tak w rezerwie „na wszelki wypadek”. Jego wielkim zwolennikiem był oczywiście Peter. Długo nie udawało się mu mnie przekonać do tego, a potem gdy już zbliżał się czas studio, a nam brakowało numeru, stanęło na tym, że jednak go nagramy. Nie jestem do końca z niego zadowolony – przyznaję to – jednak traktuję go jako miły dodatek i kolejne otwarcie się na pomysły chłopaków.

Kolejnym numerem, który mnie zastanawia i chcę się o nim czegoś dowiedzieć, jest „The Best Dates Of My Life” z żeńską deklamacją. Numer nieco odbiega od reszty materiału, jest nieco, hmmm, psychodeliczny… Kto się tu udziela i jaki wydźwięk ma mieć ten numer, bo to wyróżnienie w postaci deklamacji ma pewnie jakieś znaczenie?

Pojawiają się na naszych płytach takie, lekko rozimprowizowane, transowe numery. Tak jest również w przypadku „The Best Dates Of My Life” , który wyszedł od jamowania na próbie. Potem zapaliła mi się lampka, że w tym numerze nie może być tradycyjnego, śpiewanego wokalu. Szukaliśmy z Tomkiem czegoś co odda ducha lat, w których razem zaczynaliśmy grać, będzie fajnie pasowało do nas i do numeru. Wybór padł na cytaty z filmu „High Fidelity”, który bardzo lubię. Do przeczytania fragmentów zaprosiliśmy Moriah Woods, wokalistkę Feral Trees, ale też tworzącą solowo urokliwe songi. Wydawało nam się zasadne by przeczytała to Amerykanka.

Ciekawie wypada pomysł z odwróconym obrazkiem na okładce. Skąd to zdjęcie wytrzasnęliście?

Na okładkę szukaliśmy czegoś zupełnie innego niż na poprzednich płytach, od razu myśleliśmy o fotografii zamiast grafiki, ilustracji, jak dotychczas. Chcieliśmy by było to coś zwyczajnego, niezbyt wyszukanego tematycznie a jednocześnie by fotka miała to „coś”. Zdjęcie jest autorstwa Maćka Przemyka. Polecił nam go inny Maciej – gitarzysta krakowskich Bad Light District oraz Bubble Pie. Gdy przeglądałem podesłane portfolio Maćka – te akurat mnie urzekły, przesłałem chłopakom i również się spodobały. To są fotki z małej miejscowości w Norwegii. Napisałem do Maćka i nie było problemu z dogadaniem się co do użycia tych prac, zresztą, jedno ze zdjęć z tej serii jest również na naszej nowej koszulce. A patent z odwróceniem fotki wymyślił Peter. To dopełniło całości. Było normalnie ale jednocześnie „postawione na głowie”. Przy okazji – obu Maćkom serdecznie dziękujemy i pozdrawiamy!

Jak to było z wydaniem płyty – sami robicie wszystko a Borówka dystrybuuje? Zatem – oczywiście, jeśli to nie tajemnica – ile musieliście „utopić” banknotów, żeby światło dzienne ujrzał ten piękny krążek?

Wydajemy sami, dystrybucją zajmuje się Rockers, natomiast Borówka wsparł nas nieco finansowo i organizacyjnie. Niebawem ruszy też dystrybucja elektroniczna. Co do banknotów – wędkarze nie rozmawiają o cenach kołowrotków. Chyba…

Nie rozmawiają, ale jednak kamień w bucie jest bo trzeba za wszystko płacić… To chyba trochę frustrujące jednak. Tym bardziej, że mówimy o muzyce łączącej ambicje z czymś fajnym, przystępnym. Narzekanie czy realizm?

Chyba i jedno i drugie. Dla mnie to jest takie hobby i tyle. Zostając przy tym moim dziwacznym porównaniu – wędkarze kupują wędki, ubrania, krzesełka, robactwo – i mają z tego satysfakcję. My gramy i wydajemy płyty. Wyleczyłem się z tego by traktować to inaczej. Oczywiście, fajnie byłoby mieć godne warunki działania, ale to też wszystko zależy od tego jak to traktujemy. Kto wie, może po części realia sprawiły, że nie lubię jeździć na koncerty…

Cóż, nie wyobrażam sobie, żeby tak dobrej płyty nie próbować przynajmniej promować na scenach. Może razem z mr Birchem połączyć wypady?

O nie, nie, co to to chyba nie. Tego sobie nie wyobrażam. Na rozruch zagraliśmy kilka dni temu dwa koncerty by zobaczyć jak to się buja. Jak na pięć prób, które łącznie mieliśmy w pełnym składzie, jest ok. Coś tam pogramy pewnikiem na jesień. Na festiwale nas organizatorzy nie chcą, więc w wakacje odpoczniemy na rybach, żużlu i przy PlayStation. Może jeszcze walniemy klip…x_DSC0932xx

Czyli wracamy do wołowskiej sielanki. Myślisz, że gdybyście wszyscy mieszkali w mieście wielkim, np. Wrocławiu, to byłby większy „ciąg na bramkę”?

Może, ale gdybyśmy razem mieszkali w innym mieście, równie dobrze mogłoby nie być Turnip Farm.

…ale żeby nie kończyć smutnym akcentem, to teraz o tym żużlu, co się w wywiadzie przewijał. Masz Pan głos…

Nie mogę tego zrobić Peterowi, bo on jest fanem Realu Madryt i chyba nawet przeciwnikiem żużla… Ciągnę go już któryś raz na zawody, ale mówi, że na trzeźwo nie da rady. Już nawet obejrzałem dwie połowy różnych meczów Realu by się przypodobać. Jedyne, co udało mi się osiągnąć to naklejka żużlowa na jego casie od gitary. Na szczęście, Tomek bywa ze mną na żużlu i wie, że to zabawa dla poważnych panów.

Rozumiem, że macie szaliki i po zawodach idziecie główną ulicą Wołowa rozbijając butelki?

Nieee, w Wołowie nie ma żużla póki co. Publiczność żużlowa jest inna niż np. piłkarska. Jest bardziej piknikiem. Widzisz jak to się ładnie układa? Piknik, domatorstwo, złota jesień życia, ha, ha…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Natalia Wejmann/Anna Brzezińska