TRUPA TRUPA – Zwycięża większość

Cieszę się, że ten wywiad chwilę „przeleżał” na komputerowej półce. Cieszę się bo w jakimś sensie, gdzieś między wierszami, jest odpowiedzią na pewne sytuacje, które wydarzyły się wokół zespołu Trupa Trupa już po premierze świetnej płyty „Jolly New Songs”. Przyznam, że jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ktoś nie lubi grup ambitnych, które potrafią poświęcić się dla promocji swojej muzyki i chcą osiągnąć coś więcej niż pięć koncertów w roku zagranych dla stu osób łącznie. W tym kraju to zawsze było podejrzane. Niestety, dużo mniejszą tolerancją wykazuję się w stosunku do osób, które teoretycznie powinny rozumieć takie zabiegi. Może zamiast pisać o muzyce, warto zatrudnić w urzędzie państwowym? Z takimi pokładami podejrzliwości i złości na pewno się sprawdzisz, człowieku, pomijam nazwisko. Ale mimo szczekania, karawana jedzie dalej, zespół promuje (he, he…) nowy album a my rozmawiały z Grzegorzem Kwiatkowskim o różnych rzeczach. Głównie o muzyce…

Może to dziwny początek, ale jak myślisz – czy z muzykiem/zespołem powinno się rozmawiać o muzyce i komponowaniu, czy wręcz przeciwnie? Jakie jest twoje zdanie?

Czemu nie? Nie mam nic przeciwko, ale nie chcę też się wymądrzać. I od razu zastrzegam, że mówię w imieniu swoim a nie całego zespołu.

Pytanie o tyle zasadne, że w przypadku TT cała otoczka promocyjno-logistyczna wydaje mi się równie ważna jak sama muzyka…

Prawda jest taka, że Trupa robi normalną promocję bo ma zachodnie labele i one tak działają, ale nie chcę się skupiać ma promocji i PR a raczej na samej muzyce, więc wybacz oczywiście, można to jakoś zahaczyć, ale nie jako fenomen… Może to fenomen w Polsce, ale tak to normalne działania.

No właśnie – w Polsce. Dla większości zazwyczaj sprowadza się ten temat do akcji facebookowych, tymczasem mam wrażenie, że wy – jeśli chodzi o TT – postawiliście wszystko na jedną kartę, stawiając zespół na pierwszym miejscu a nie jako tzw. hobby po godzinach pracy. Mamcafe oto foto jarek orlowski (3) rację?

Każdy z nas ma pracę, zatem próbujemy wieczorami i w wolnych chwilach. Myślę, że Trupa ma jedną cechę, która jest często niewidoczna z perspektywy promocyjno/zachodniej – jesteśmy dość pokornymi, normalnymi osobami bez żyłki rock’n’rollowców, myślę zresztą, że jest mnóstwo normalnych, pracowitych zespołów, a my mamy po prostu farta np. do Michała Kupicza (realizator) albo do Dave’a z angielskiej wytworni, który zaproponował nam wydanie płyty „Headache” w UK.

Dotknąłeś ciekawej kwestii – pokory. To o tyle interesujący wątek, np. ja uważam, że w zrobieniu kariery/prowadzeniu zespołu pomaga raczej arogancja, zaś pokora kojarzy mi się, wiesz, z grzecznym staniem w kolejce, kiedy wokół przepycha się pełno ludzi poza nią. Czy ta pokora nie powoduje, że wszystko trwa dłużej?

Myślę, że jestem najmniej pokornym członkiem TT, wydaje mi się, jestem wręcz pewien, że pozostałych trzech członków to pokorne osoby, które nie potrzebują do grania aspektów pod tytułem: wspaniałe recenzje i bardzo dobre wytwórnie. Na pewno bardziej szarżuję na zasadzie testowania nowych rozwiązań i ścieżek, jednakże najważniejsze są piosenki, próby a nie wytwórnie i promocja; to jest nasza prawdziwa praca duchowa i ona jest w zespole najważniejsza. Inne rzeczy są drugo albo i trzeciorzędne.

Myślisz, że jako gość od takich spraw logistycznych i promo jesteś w stanie na trzeźwo rozgraniczyć tę funkcję od bycia muzykiem? W sensie czy nie byłoby lepiej, gdyby zajmował się wami ktoś z zewnątrz?

Ależ to się dzieje już od płyty „Headache (Remastered). Teraz na dobre sprawami promocji zajmują się zagraniczne labele a w Polsce za dystrybucję i promocję odpowiedzialna jest wspaniała Antena Krzyku. Na pewno lepiej aby muzyk skupiał się na graniu, doskonaleniu samych kompozycji a nie innych kwestiach. Pełna zgoda.

„Headache” ma już swoje lata na karku, zastanawiam się, czy została wyeksploatowana do granic możliwości? Myślisz, że można było z niej wycisnąć więcej? Ile koncertów zagraliście z tym materiałem?

Dobre pytanie, ponieważ Trupa grała bardzo małą liczbę koncertów i to był błąd, który właśnie zmieniamy, zatem pod względem koncertowym materiał nie został wyeksploatowany. Byliśmy zbyt ostrożni i rozpieszczeni w kwestii koncertów i festiwali, teraz czas na poligon. Co nas nie zabije to nas wzmocni.

A może – choć to ryzykowna teoria, która kiedyś mi się tam pojawiła w głowie – wynika to poniekąd z faktu, że „Headache” to, przy całym geniuszu tej płyty, materiał raczej do słuchania i kontemplacji niż koncertowy killer?

Dziękuję za miłe słowo o płycie. Na pewno nasza muzyka jest mało rozrywkowa, trochę drażniąca i irytująca, zatem pełna zgoda, tylko że my tak lubimy i nie chcemy inaczej…

…i dlatego uważam, że „Jolly New Songs” jest w pewnym sensie odpowiedzią na „Headache”. W takim sensie, że jest zdecydowanie bardziej koncertowym materiałem.

Myślę, że każda muzyka jest świetnym, koncertowym materiałem, ale dużo zależy od jej wykonania. Chodzi o to, że mała ilość koncertów nie pomaga a utrudnia; nie można startować w duchowej olimpiadzie, biorąc udział w zawodach dziesięć razy do roku.

Z twoich wypowiedzi wyłania się swego rodzaju radykalna wizja muzykowania, jako swego rodzaju misji, poświęcenia itp. Jednocześnie czuję w tym pewną, hmm, desperację. Uważasz, że TT na razie jeszcze tej „bariery dźwięku” nie przekroczył?

Nie widzę desperacji, więc ciężko mi się do tego odnieść…

Ok, inaczej – jaki jest w/g ciebie graniczny pułap, który powoduje, że koncerty zaczynają pomagać? To moim zdaniem ciekawa kwestia, bo przecież granie na żywo zawsze jest wyzwaniem, niezależnie czy zagramy pięć czy 500 sztuk…

Moim zdaniem, warto robić wszystko co się da tak dobrze jak się da i trzeba to robić często, wtedy staje się lepsze jakościowo. Powinniśmy być po prostu jako zespół bardziej pracowici niż jesteśmy – taka organiczna praca u podstaw na wszystkich polach: najpierw kompozycja, potem koncerty, potem labele i promocja, ale to już poza nami, zatem nam zostaje tylko kompozycja i koncerty. I to powinniśmy doskonalić, tak dla własnej satysfakcji duchowej.

Do koncertów jeszcze wrócimy, a przed nami nowa płyta. Nie będę ukrywał, że rozwala mnie brzmienie tego materiału. Detale, pięknie rezonujący bęben basowy, drgnięcia strun. Mistrzostwo. Długo trwało szlifowanie w studiu, czy to raczej efekt organicznego choć szybkiego nagrywania?

Mieliśmy na nagranie jedenaście dni. Robiliśmy to w Dickie Dreams w Gdańsku, naszej sali prób i w studiu należącym do zespołu Dick4Dick, czyli tak jak w przypadku „Headache”, rejestracje, miks i mstering robił Michał Kupicz. Mieliśmy, jak wspomniałem, na nagranie 11 dni, ale po pięciu płyta była praktycznie gotowa, to samo było z miksem. To zasługa Michała, jest świetnym realizatorem ale i psychologiem, dla nas to piąty członek zespołu.

Zwycięża większość

Zwycięża większość

Nowa muzyka, jak wspomniałem, jest bardziej koncertowa i bardziej „piosenkowa”. Wyeksponowanie gitarowej psychodelii i pewna „liniowość” kompozycji sugerują jednocześnie, że te kompozycje będą się rozwijać i mieć drugie, bogate życie koncertowe. Mam rację?

Tego jeszcze nie wiemy, ale na pewno jest taki potencjał. Wydaje mi się, że nowa płyta jest trudniejsza niż „Headache” i mimo piosenkowości w pewien sposób mniej oczywista.

To chyba jej przewrotność, bo z jednej strony jest silnie zrytmizowana i ma wyraziste tematy, ale bardzo często w nieoczywisty sposób płynie aranżacja. Daliście sobie dużą swobodę wykonawczą, czy to co słyszymy na płycie jest precyzyjnie zaaranżowanym i zamkniętym układem?

Staraliśmy się grać na „setkę” i w większości się udało. Wiadomo, że moglibyśmy to aranżować bez końca i coś tam dodawać, gdybyśmy więcej przy tym dłubali, ale naszym zdaniem jest ok. Jesteśmy zadowoleni i z „Headache” i z nowego albumu, ważne że „Jolly New Songs” to nie „Headache II” albo „Headache bis” a zawsze jest taka groźba.

I właśnie ta pewna oszczędność materiału, czy też nie przesadzanie z budowanie aranżacyjnej katedry powoduje, że ten album jest dużo bardziej nośny z jednej strony, z drugiej zaś pokazuje waszą dużą słabość do muzyki psychodelicznej.

Miło mi to słyszeć.

Co jest, twoim zdaniem, największym atutem nowej płyty?

Wolałbym ciebie prosić o odpowiedź, mi to nie przystoi, zatem, odpowiedzmy i ty i ja (śmiech).  Uważam, że to ewolucyjna droga, ciężko mi się ją odczytuje bo jestem w środku, ale uważam, że ta płyta jest jak dziwna roślina, zbudowana z różnych, dziwnych elementów a jednak tworzących całość… Wolałbym abyś ty powiedział, co sądzisz?

I tu właśnie nie zgadzam się z jednym słówkiem – nie uważam, że jest w tej płycie jakaś „dziwność”. Bardziej cenię ją za klarowność brzmieniową i kompozycyjną, za świetne zrównoważenie transu i melodyki. Że jest oczywista w tej swojej „nieoczywistości”. Można jej słuchać jak zestawu piosenek, ale można też wpaść po uszy w te wszystkie niuanse brzmieniowe i harmoniczne. Jak to się mówi – i do kontemplacji i do zabawy. Choć z uznaniem przyjmuję też jej powagę. Bo nie lubię muzyki, która nosi znamiona żartu czy też zbyt często „puszcza oko” w stronę słuchacza. Za wcześnie mówić czy to najlepsze dzieło TT, ale na pewno jest to płyta, której słuchałem najdłużej.

Zapewne masz rację, myślę, że z zewnątrz pewne rzeczy po prostu lepiej widać i słychać. My odrobiliśmy swoją lekcję domową i duchową tak dobrze jak mogliśmy, jesteśmy zadowoleni a teraz praca nad kolejnymi, nowymi piosenkami plus koncerty promujące „Jolly…”.

Z którym numerem mieliście najwięcej problemów – takim jak nieco awangardowy „Only Good Weather” czy z lżejszymi tematami w rodzaju „Against” czy „Coffin”?

Nagrywanie poszło naprawdę gładko. Baliśmy się np. o numer „Leave it all” bo on powstał spontanicznie jako improwizacja. Nagraliśmy na komórkę i nie wiedzieliśmy jak go odtworzyć, tzn. dosłowne odtworzenie go nie miało sensu, musiało się albo udać, albo nie. No i mieliśmy farta – udało się za pierwszym razem. Wzięliśmy pierwszy take, ale rzeczywiście, tego utworu baliśmy się najbardziej.

Ten numer idealnie nadawał się będzie na koncertowe improwizacje. Na antypodach stoi za to „None of Us”, który kojarzy mi się wręcz z nokturnem. Bardzo poważna sprawa…

Tak, „None of Us” jest bardzo spokojny jak i „Love Supreme”, to będą dziwne koncerty i jednak raczej spokojne, nie będzie to taka rozrywka, dlatego też nie widzę aż tak bardzo tej „piosenkowości”.

Bo ta „piosenkowość” nie zasadza się na konstrukcji, ale raczej na pewnym klimacie. Poza tym, te utwory są bardzo transowe, co też na pewno będzie sprzyjać ich odbiorowi. Dlatego uważam, że to dobry materiał na koncerty. Mówiąc o tym, że to „będą dziwne koncerty”, trochę się asekurujesz (śmiech).

Nie, nie… nie asekuruję się, po prostu to nie będą energetyczne, rozrywkowe koncerty, a raczej ciche sytuacje. Nie robię tutaj żadnej asekuracji i naprawdę jesteśmy dalecy od tego aby się wkupywać w czyjeś gusta czy bać się czyichś krytycznych opinii.

No, nie bądź skromy, hałasu też tutaj trochę jest – „Falling” czy „To me” to niezły noise momentami…

Tak, ale zauważ, że piosenka „Falling” ma trzy części… ja nadal upieram się, że te piosenki kończą się wtedy, kiedy nie powinny, że to takie zmyłkowe granie, aczkolwiek nie ma co dorabiać ideologii do tego co nagraliśmy, wyszło co wyszło i tyle. Nie było tu wielkich planów i założeń, dziecko się urodziło a to, czy się spodoba czy nie, to nie nasza sprawa.

…ale trzeba dzieciaka teraz wychować, czyli wybierać z niego najsmakowitsze kąski, zatem: wytypuj numery, które twoim zdaniem na koncert nadają się najlepiej. Tak zupełnie subiektywnie.

Od koncertów w klubie Żak, potem w Dziku i tak dalej, gramy cały album od a do z, zatem: wszystkie, inaczej być nie może, ale np. ja lubię bardzo grać „Coffin”. Każdy ma inne upodobania.

Interesuje mnie jeszcze temat okładki. Skąd ten pomysł i czy w jakiś sposób koresponduje z muzyką/tekstami, czy chodziło po prostu o plastyczną wizualizację?

Okładki projektują zawsze Tomek Pawluczuk i Wojciech Juchniewicz, członkowie zespołu. Na pewno okładka wyraża pewną treść, ale oni za to odpowiadają a ja im ufam. To malarze i graficy, bardzo moim zdaniem dobrzy.

O przekaz nie pytam, bo to chyba najgorsze pytanie z możliwych, ale może inaczej: tworzenie tekstów na „Jolly New Songs” było trudnym procesem?

Teksty tworzymy wszyscy, tak samo jak muzykę. Powstają one intuicyjnie jak wszystko, ale potem dopiero badamy je „pod lupą”. Mam wrażenie, że im dłużej gramy, tym mniejszej ilości tekstu (i mniej ważącego) potrzebujemy aby odpowiednio zadziałał.cafe oto foto jarek orlowski (1)

Czy w takim razie Trupa Trupa to zespół – boję się tego słowa – demokratyczny?

Tak, w pełni demokratyczny, o to w pewnym sensie bardzo trudno a w innym aspekcie jest wspaniałe, dlatego, że mamy wielogłos, różne źródła inspiracji, zmieniamy się nawet wtedy, kiedy nie chcemy – tak działa demokracja. Zwycięża większość i to pcha nas ciągle do przodu.

Ale rodzi też ryzyko, że kiedy ktoś się wyłamie, może nastąpić zachwianie. Nie boisz się tego? Wydaje mi się jednak, że zespoły rządzone tzw. twardą ręką są bardziej stabilne…

Dla nas wzorem są zespoły typu Fugazi, czyli demokracja i DIY. Tego się trzymamy, ważna jest dla nas etyka i bycie dobrym. I dla siebie i dla innych.

Członkowie Fugazi walczyli o niskie ceny biletów na ich koncerty. Wy też zamierzacie dbać o fanów?

Walczyli (śmiech). Nie jesteśmy nawet w 10% tak radykalni jak oni, a szkoda… Wszystko przed nami.

…a skoro do koncertów wróciliśmy, warto powiedzieć jak gra się polskiemu zespołowi za granicą? Jak było ostatnio w Londynie?

W Londynie graliśmy dwukrotnie. Dobrze nam się gra, szczególnie, że nasz brytyjski label po prostu ma swoją publiczność i gości, czyli to nie jest przede wszystkim promocja kultury Polski, ale dość naturalna sytuacja pod tytułem angielski label robi showcase’y i pokazuje swoich artystów. Wszystkich łączy nie narodowość, ale pewien rodzaj gustów muzycznych. My często nie zdajemy sobie sprawy w jak dobrych lokalizacjach gramy i potem, po czasie, okazuje się, że to takie kluczowe miejsca koncertowe. Najważniejsza jest tutaj ciągle sytuacja duchowo/artystyczna a nie notowania na tablicy hype’u i lansu.

Zatem, już zupełnie na koniec odpowiedz na najtrudniejsze, lansiarskie pytanie: „czy nowa płyta to najlepsze dzieło TT?

Nie mnie to oceniać. A jeśli już to uważam, że to udany, ewolucyjny krok po płycie „Headache”. Zadowolenie ze strony zespołu z tych dwóch płyt jest takie samo.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Jarek Orłowski (koncert)/Michał Szlaga