TRIBULATION – Twórcze odczytywanie staroci

Dla niektórych Tribulation to po prostu kolejny, szwedzki zespół tłukący metal, dla innych – zbawienie sceny, grupa wizjonerów, którzy przekraczają granice i budują gatunek na nowo. Po wysłuchaniu płyty The Children of the Night i rozmowie z gitarzystą Jonathanem dochodzę do wniosku, że to grupa maniakalnych miłośników hałasu, którzy w dodatku mają pomysł i wizję, jak ma wyglądać współczesna muzyka metalowa. Nawet jeśli nie można już do niej dopisać słówka „death”…

Tribulation to przykład jednej z bardziej intensywnych ewolucji w metalu. Kiedy i dlaczego pojawił się u muzyków o ekstremalnych korzeniach pęd do zmian i poszukiwania? Przecież dzisiaj ortodoksja jest, paradoksalnie, w cenie…

Nie było żadnego planu, to przede wszystkim. Często w takich sytuacjach ktoś doszukuje się odgórnie rozplanowanych działań, chęci osiągnięcia jakichś celów itp. My gramy. Tylko gramy. Poza tym, jeśli już mówić o celach – to one są po to by do nich dąży a nie osiągać, bo przecież osiągnięcieTribulation3 oznaczać może koniec bodźców, które motywują nas do ciągłego działania. Owszem, nadal mamy w sobie ta pierwotną dzikość, ale teraz inaczej ja realizujemy. Krótko mówiąc, jeśli ktoś szuka celowości może się zawieść. Sami nie wiemy co będzie dalej. Każdy kolejny krok będzie bardziej zaskakujący, zobaczycie…

Nie boicie się wystawiać Waszych fanów na taki stres?

Wiesz, nasza nowa płyta została świetnie przyjęta, ludziom bardzo się podoba. Widzę, że nasi dotychczasowi fani rozumieją to co robimy, zatem – nadal będziemy was wystawiać na stres (śmiech…).

Co było zatem takim pierwszym, istotnym bodźcem, który ruszył machinę z death metalowego fundamentu?

Można powiedzieć, że wszystko, a może właśnie nic konkretnego? Inspiruje nas religijność a w zasadzie jej mroczna strona. Ciekawią nas ludzkie aspekty religijności, obrzędów. To wszystko powoduje, że formuła muzyczna musi za tym klimatem podążać, komentować wzmacniać go dźwiękiem. To chyba naturalne? Poza tym wszystkie filmy, które zobaczyliśmy, horrory, które mają duży wpływ na nasze teksty. Bodźcem może być każde wydarzenie w naszym życiu. Słyszałeś takie powiedzenie, że życie to ciągła niewiadoma. To chyba najlepsze wyjaśnienie zmian w naszym zespole.

Z czystej ciekawości – podpisujesz się pod stwierdzeniem, że Tribulation gra death metal? Pytam, bo nasz redaktor w recenzji posunął się wręcz do stwierdzenia, że Tribulation nie gra już death metalu…

Ha, ha… daj mi go, niech stanie ze mną na ubitej ziemi! To jest bardzo subiektywna sprawa, tym bardziej, że sam death metal dzisiaj jest gatunkiem tak szerokim, że czasami sam się dziwię, co do tej szufladki jest wrzucane. W kontekście niektórych, ekstrawaganckich wynalazków nadal możemy określać się mianem zespołu death’owego. Natomiast jeśli dla kogoś death metal to np. Morbid Angel czy Grave, faktycznie, nie gramy takiej muzyki. Może to banalne i pewnie się skrzywisz, ale muzyka jest albo dobra, albo zła i tyle. Nie będziemy się tłumaczyć z faktu poszukiwania nowych rzeczy. Jeśli komuś to nie pasuje, zawsze może słuchać w kółko klasyków. Co też ma swoje plusy.

Twórcze odczytywanie staroci

Twórcze odczytywanie staroci

Skrzywiłem się… Myślisz, że po 26 latach od nagrania „Altars of Madness” nadal można odkryć na tej płycie coś nowego?

To trzeba rozpatrywać z dwóch punktów widzenia – młody „adept” metalu, który pierwszy raz sięgnie po płytę, będzie w szoku, zresztą mamy ciągłą repetycję takiego, neofickiego zachłystywania się klasykami. To nigdy się nie zmieni i zawsze ktoś będzie odkrywał te i inne płyty. Z drugiej strony, jak mówiłem, death poszedł niesamowicie do przodu, był techniczny, wreszcie znowu zaczął wykorzystywać stare patenty, mieliśmy hype na retro metal, można tak wymieniać bez końca. Dzisiaj wracam do tej płyty raczej z sentymentu niż jakiejś specjalnej potrzeby. Choć nadal uważam, że Morbid Angel wyprzedził wtedy swoją epokę. Na pewno nie będę narzekał.

Wy w swoich poszukiwaniach akurat uprościliście formę i dodaliście psychodeliczną przestrzeń, która może kojarzyć się z latami 70 – tymi. Czyli wykonaliście duży skok w przeszłość. Uważasz, że tylko tam można znaleźć dzisiaj inspirację?

Międzygatunkowe wycieczki to dzisiaj chyba konieczność. Wspominasz lata 70-te, faktycznie, tam kryje się tyle inspiracji, że starczy jeszcze dla wielu pokoleń (śmiech). Problem w tym, kto wykorzystuje stare rzeczy i pomysły w sposób twórczy, a kto chce się upodobnić do tamtych wykonawców. Osobiście nie jestem zwolennikiem takiej retro mody i kopiowania  muzyki z lat 70-tych dosłownie. Twórcze odczytanie, podanie tych dźwięków w nowy sposób to jest coś, nad czym pracujemy. A czy udaje się z tego stworzyć coś nowego, to już Wy oceniacie…

Mówimy dużo o ekstremalnym metalu a przecież „The Children…” to płyta, która może być dla Was czymś w rodzaju trampoliny na zupełnie inny pułap, bałbym się tu używać słowa mainstream…

Nie przesadzałbym. Fakt, mamy teraz dobrą dystrybucję, Century Media starają się nam pomagać i jest zdecydowanie lepiej niż w przypadku poprzedniej płyty, ale zdajemy sobie sprawę, że mimo wszystko jest to muzyka niszowa. Zależy nam raczej by dotrzeć tam gdzie dotychczas, ale na lepszych warunkach, z lepszym nagłośnieniem i w dobrych klubach. Zależy nam na umacnianiu pozycji a nie pakowaniu się tam, gdzie moglibyśmy być postrzegani jako dziwacy. Jeden GWAR już jest (śmiech).

Tribulation2

Skoro przy dziwactwach jesteśmy – uważasz, że nowa sesja zdjęciowa i ten dziwny, ni to horrorowaty, ni to jarmarczny sztafaż pasuje do Was?

Już ktoś nas o to pytał. Sesje rządzą się swoimi prawami. Przecież często na scenę wychodzi się w innych ciuchach, niż latasz na co dzień. Sesja miałamieć taki, może nieco dekadencki charakter, jest profesjonalnie zrobiona, zdjęcia wyszły świetnie. Takie miał pomysły fotograf a my nie czuliśmy się specjalnie wystylizowani. Następnym razem wystąpimy w strojach bikini.

Pochodzicie z kraju, który ma wielkie zasługi na niwie metalowej. Określa się Was zresztą często mianem nadziei i przyszłości metalu. Jak czujecie się w takiej roli?

Zdecydowanie przesada. Robimy muzykę a rozmowy o metalu, old schoolu i nowoczesności zostawiamy innym. W zasadzie nie trzeba niczego robić, bo przecież mody ciągle wracają, więc kiedyś na jakąś się w końcu załapiemy. Najważniejsze jest to, że na pewno niczego nie robimy na bazie jakichś założeń. Czy jesteśmy przyszłością? Chyba nie, bo znamy dużo bardziej oryginalne czy prowokacyjne zespoły, zresztą, miałem okazję posłuchać paru autentycznie inspirujących rzeczy z kręgów francuskiego black metalu. Przy nich jesteśmy dość normalni. A co do Szwecji – faktycznie, mamy jakiś tam monopol na death metal. Ale, jak sam stwierdziłeś, my death metalu już nie gramy (śmiech).

Czy możemy się zatem spodziewać kolejnych kroków w zmianie wizerunku zespołu?

Na pewno. Ale nie powiem Ci dzisiaj co będzie się działo. Mamy już jakieś pomysły, ale chyba za wcześnie, by o tym rozmawiać. Zespół to dla nas bardzo ważna część życia i ciągle pracujemy nad naszą muzyką, wizją metalu i wszystkim, co wiąże się z rozwojem. Na pewno będziemy zaskakiwać bo pomysły się nie wyczerpały…

To na koniec powiedz mi, czy rozpad Stench to już ostateczna decyzja, bez szans na powrót?

Zdecydowanie tak, to była nasza wspólna decyzja i nie zamierzamy do tego wracać. W naszym życiu za dużo się dzieje i jesteśmy szczęśliwi w swoich działających zespołach, ja dodatkowo mam swoje grafiki i pracuję nad płytą solową. A Stench zostawił na pożegnanie dobrą płytę i niech tak zostanie zapamiętany…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Linda Akerberg