TORN SHORE – Na krawędzi strefy komfortu…

W recenzji płyty Lifeburner zwerbalizowałem większość odczuć względem drugiej płyty sympatycznych panów z Torn Shore. Pozwolę sobie zatem nie ponawiać achów i ochów, bo wszyscy wiedzą, że ten kwartet bardzo dobry jest. I że nową płytą utrzymał wysoki poziom, doszlifował co trzeba, tworząc dzisiaj czołówkę pokręconego hałasu nad Wisłą. Jaki to ma sens? Gdzie przynależy? I czy faktycznie jest to granie proste i a-wirtuozerskie? Na te i inne frapujące zagadnienia rozprawiam z panami Dawidem (gitary) i Łukaszem (kreator rytmu). Zapraszam. 

Interesuje mnie: życie. Sukces i jego brak. Kierunek. Idea.

Łukasz: „Życie, sukces i jego brak” – właściwie tymi słowy można byłoby streścić koncepcję „Lifeburnera”…

Ok, to cześć. Skończyliśmy.

Łukasz: To byłby niezły wywiad.

Zacznijmy od życia. Życia, które staje się tak dziwne i popieprzone, że zastanawiam się, czy ma jakikolwiek sens robienie muzyki i czegoś zwanego kulturą. Czujecie to?

Łukasz: Jasne, że ma to sens. Nie tyle globalnie, co zupełnie osobiście. Może nie wywieramy dużego wpływu na kulturę tworem tak błahym jak zespółTorn Shore grający hardcore/punk, ale w mikroskali to, co robimy, jest dla nas najbardziej wartościowe, bez względu na to, że ostatnio żyjemy w jakimś popieprzonym i pełnym nienawiści otoczeniu, bo pewnie do tego pijesz?

Nienawiść, blaza, beznadzieja i przesyt. To razem tworzy coś w rodzaju mentalnego korka, blokady, którą przebić może… Co? Krzyk? Przynależność do określonej grupy, która może przezwyciężyć marazm? Boję się, że za chwilę ten cały tumult będzie głośniejszy od przesterowanej gitary…

Dawid: Wydaje nam się, że dopóki znajdujesz dla siebie miejsce, w którym czujesz się dobrze i robisz to świadomie, to nie ma znaczenia czy jest to od czegoś „głośniejsze”. Po prostu jest i jest właściwe.

Skoro tak, zejdźmy na ziemię i spójrzmy na sukces bądź jego brak. Pierwsze dzieło, było dobrym sygnałem, że Torn Shore to coś wystającego ponad scenę – myślicie, że udało się debiutancką płytą zaistnieć w pełnym wymiarze? Czy są rzeczy, które chcieliście osiągnąć, ale się nie udało?

Łukasz: O, widzisz, to całe „wystawanie” nas trochę dziwi. Nasz znajomy przykleił nam łatkę, że gramy „ASP hardcore” (he, he). Często w odniesieniu do nas używa się terminów „eksperymentalny”, „matematyczny” itp. Jest to dla nas trochę zaskakujące, daleko nam przecież do Dillinger Escape Plan.

Dawid: W większości są to naprawdę proste utwory, tylko że zagrane na dziwnie nastrojonej gitarze, ze zbyt gęstymi beatami i basem brzmiącym jak piła łańcuchowa. Nie zmienia to faktu, że większość naszych kawałków można zagrać na gitarze akustycznej przy ognisku. Jeśli chodzi o debiut, to nie mieliśmy żadnych oczekiwań, więc zainteresowanie, które wzbudził, było miłym zaskoczeniem.

No właśnie – czuliście presję czy ciśnienie związane z drugą płytą? Oczekiwania były duże w związku z tym co znalazło się na debiucie. Jak to wyglądało? Syndrom „robimy po swojemu i nie oglądamy się na oczekiwania”, czy może jednak trochę uwierała Was tłuszcza zaglądająca przez ramię?

Dawid: Zaczęliśmy robić nowe numery zaraz po nagraniu debiutu. Proces pisania utworów był dość mocno rozpięty w czasie. Przykładowo: nasz pierwszy koncert w historii zespołu otworzyliśmy numerem, który znalazł się dopiero na płycie „Lifeburner”. Nie czuliśmy presji, bo zdawaliśmy sobie sprawę z ilości pomysłów, które mieliśmy w rękawie.

Łukasz: Przy okazji tworzenia kolejnego albumu może być inaczej. Może dlatego w międzyczasie zabraliśmy się za robienie coverów…

Coverów? Co to za nowy pomysł?

Łukasz: Po powrocie ze studia trochę nam się nudziło. Chcieliśmy grać, ale album był jeszcze w powijakach (mix, master etc.), nie mieliśmy ofert koncertowych itp. Ogólnie – impas. Powstał pomysł, żeby dla żartu nagrać nasze wersje kilku utworów, którymi jaraliśmy się za młodu. Żaden punk rock – na tapetę poszła Metallica, Soundgarden, The Cure i PJ Harvey. Wiesz, było za wcześnie, żeby pisać nowy materiał, a coś trzeba było robić…

O, to może być ciekawe. Ale tymi coverami jeszcze bardziej w moim odczuciu odsuwacie się od sceny hc/punk, o której niejednokrotnie wspominaliście. Nadal uważacie, że swoją muzyką wpisujecie się w ten krąg kontrkulturowy? Czy TS gra hc/punk?

Łukasz: Jak ostatnio sprawdzałem, bycie w kręgu hc punk nie oznacza ślepoty na inne światopoglądy czy gatunki muzyczne. Czy za bardzo idealizuję? Każdy był kiedyś dzieciakiem i jarał się różnymi rzeczami. Zanim kupiłem pierwszą kasetę Sedesu, miałem już niezłą kolekcję Salt-n-Pepa i Iron Maiden.

Dawid: Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy zbyt dziwni dla jednych, dla innych gramy znów za lajtowo, ale dla nas to zdecydowanie hc/punk. Oczywiście, sam nazywaj to, jak chcesz.

Na krawędzi strefy komfortu…

Na krawędzi strefy komfortu…

Nie chcę nazywać. Może to po prostu „muzyka Torn Shore„? Ale sami przecież wprowadzacie zamieszanie, np. okładką. Bo ta zwiastuje, nie wiem, post rocka, coś spokojnego, a tu masz – sam hałas. A tak w ogóle – co ten obrazek symbolizuje?

Łukasz: Chyba nie ma sensu generalizować. Że niby jesteśmy skazani na CZERŃ (śmiech)? Okładka w dość dosłowny sposób traktuje tytułowe hasło (wewnątrz okładki znajdują się fotografie rozwijające temat). Jest biało i schludnie, bo lubimy kontrasty.

Dawid: Wracając do tego, jak nazwać to, co gramy – nie jest to chyba na tyle oryginalne, by wymagało odrębnej szufladki? Za oceanem, czy nawet w Europie Zachodniej, prawdopodobnie nie bylibyśmy niczym nadzwyczajnym.

Przyjęliście ciekawą pozycję – ciągle powtarzacie, że nie gracie niczego oryginalnego/nadzwyczajnego, że to prosta muzyka i jest to po prostu punk. Ale w takim razie ktoś może to uznać jednak za małą prowokację czy lekką przekorę z Waszej strony. Czy bycie „zwyczajnym” jest fajne? Chcecie koniecznie nie wychodzić przed szereg?

Dawid: Wiesz, tak nam to zwyczajnie wychodzi. Zdajemy sobie sprawę, że można postrzegać nasze brzmienie jako inne, oryginalne. Wydaje mi się, że jest to głównie spowodowane tym, że gramy te kawałki bez kompromisów. Taki specyficzny rodzaj grania po prostu sprawia nam frajdę.

Łukasz: Lubimy stawiać sobie wyzwania i balansować na krawędzi strefy komfortu. Jeżeli przez to wszystko wychodzimy przed szereg, to niech tak będzie. Nie jest to jednak celem samym w sobie.

Tak wychodzi… Podobno „Lifeburner” też nagraliście w ekstremalnie krótkim czasie? Chodzi o koszty czy zachowanie czegoś w rodzaju świeżości i radochy z grania?

Łukasz: Wiadomo, że gdyby nie ograniczony budżet, moglibyśmy równie dobrze nie wychodzić ze studia, ale presja czasu zdecydowanie nam służy. Dzięki niej nie było żadnego opieprzania się tylko ciężka robota.

Dawid: Nagraliśmy całość na żywo w jakieś półtora dnia, a potem jeszcze wokale i overduby. W tym czasie nagraliśmy 13 kawałków, choć na płytę trafiło 11 w tym 2 tracki nagrane telefonem komórkowym (sic!). Udało nam się także wkręcić w nagranie Haldora, który w sumie wystąpił w 3 utworach w różnych rolach. Zaśpiewał zwrotkę we „Wrong Patience”, nagrał klawisze w „Faults” oraz dograł wokale i bas w finale „Feathers”, granym na 3 wiosła, które złapali też Wilk (wokal) i Piotrek (bas). To tyle gwoli „radochy”. W temacie świeżości dodam tylko, że pierwszego dnia zagraliśmy ok 40 take’ów, a w MAQ Records nie ma jeszcze prysznica.TS2

Widać, że macie z grania radochę. Taką zaraźliwą. Amerykańską, rzekłbym nawet. Tworzycie, wylatują Wam kolejne numery i co dalej? Czy macie jakieś oczekiwania, takie skryte, coś co chcielibyście swoim muzykowaniem osiągnąć?

Dawid: Chciałbym grać jak najwięcej koncertów i podróżować gdzie tylko się da z tym materiałem, a w przyszłości z kolejnymi. Póki co, mamy zaklepaną żenującą ilość koncertów tej jesieni, a ciśnienie na granie straszliwe. A więc bukujcie nas. Szybko!

Łukasz: Moim małym milestonem jest wydanie winyla, co tym razem chyba w końcu nastąpi. Powieszę go sobie na ścianie w ramce, przecież i tak nie będę tego słuchał.

Winyl winylem, ale Instant zrobił Wam niezłe wydanie CD. Co tam w tym cudownym pudełku znajdziemy?

Łukasz: W pudełku znajdzie się digipack CD, 4 naszywki i download code do pobrania wersji cyfrowej.

WypasDo tego koszulki, teledysk… Właśnie – uważacie, że ruchomy obrazek jest dzisiaj koniecznością? Zauważyłem, że w ostatnich czasach popularność teledysków, szczególnie wśród niezależnych kapel, mocno wzrosła…

Łukasz: Z koszulkami to jeszcze nie koniec. Mamy już gotowe kolejne wzory. Ich premiera zapewne jesienią. Zdecydowanie tak, teledyski mają dużą siłę nośną. Niektórzy z nas zajmują się filmem i branżą wizualną na co dzień, więc wykorzystujemy to, bo czemu nie?

Na koniec coś o planach na najbliższe dni, miesiące i lata. Co dalej, panowie? Gdzie? Na jakie szczyty?

Łukasz: Na razie skromnie z planami. 30.10 gramy z Calm The Fire i Marksman na CRK we Wrocławiu, co przy okazji będzie naszym „release party”. W najbliższym czasie zabieramy się za bookowanie weekenderów w kraju. Bardzo chcielibyśmy również powtórzyć zimą zagraniczny wypad z The Dog, z którymi nota bene weszliśmy ostatnio w komitywę. Mamy też z Dawidem nowy projekt o nazwie Nightclub Fire i już wkrótce zagramy pierwszy koncert.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu