THY WORSHIPER – przełamujemy kolejną barierę

Thy Worshiper zdaje się wracać na dobre. Chociaż właściwie nigdzie sobie nie poszedł, a jedynie na chwilę zamilkł. W zeszłym roku, po 9 latach od wydania „Signum”, zaskoczyli nas trzecim w dorobku pełniakiem – Czarna Dzika Czerwień, który objawił odrobinę inne oblicze zespołu. Teraz przygotowali dla nas mini album o dającej nadzieję na rychłą, kolejną płytę nazwie – „Ozimina”, który swoją premierę będzie miał już 15 września. Zasiali, a o tym, w jaki sposób w ogóle powstał pomysł na nagranie tej ep-ki, o planach, zmianach, przyszłych jak i bardzo odległych czasach, o przełamywaniu barier i obciachu w muzyce rozmawiałam z założycielem – Marcinem Gąsiorowskim.

Cześć Marcinie. Pretekstem do naszej rozmowy jest oczywiście Wasz najnowszy mini album „Ozimina”, jednak zanim skupimy się stricte na nim, korzystając z okazji, że mam przyjemność porozmawiać z  jedynym „odwiecznym” członkiem Thy Worshiper, chciałabym podpytać o czasy odrobinę bardziej odległe i nie tylko zespołowe. Do rzeczy. Załóżmy, że wynaleziono teleport. Mamy rok 1991, może 1992, a więc czasy, w których zainteresowałeś się muzyką jako twórca. Czy jesteś w stanie przypomnieć sobie skąd wziął się u Ciebie ten zapał? Dlaczego stwierdziłeś „chcę grać”?

Na początku była Amiga, taki komputer. Wszyscy koledzy mieli, rodzice więc kupili i mi, a ja bardzo szybko znudziłem się grami, a programowanie w ogóle mnie nie interesowało. Ktoś załatwił program muzyczny i się zaczęło. Pamiętam, że mogłem siedzieć przed ekranem godzinami. Odkryłem, że muzyka otwiera mi jakieś takie zakamarki w mózgu, o których istnieniu nawet nie wiedziałem. Tworzyłem więc swoje światy, pisałem dźwiękami  całe historie. Byłem nawet w grupie komputerowej “Blasphemy”, gdzie do jakiś tańczących fraktali, nad którymi męczyli się koledzy robiłem muzykę. Potem dogadałem się z kumplami z dzielni, jednym był niesławny Capricornus, drugim Juby i stworzyliśmy zespół.

Jako jedną z Twoich (Waszych – ówczesnych) inspiracji wskazujesz Samaela i „Into The Pentagram” z „Worship Him” – zastanawia mnie, czy miało to jakiśThy4 związek z wynalezieniem nazwy dla zespołu? Relacja „Worship Him” – Thy Worshiper  wydaje się być całkiem logiczna… 

Pewnie jest. Słowo „worship” podobało mi się nawet jak nie wiedziałem co oznacza. Ale nazwę wymyślił Capricornus i jego trzeba by pytać.

Zostańmy w roku 1993 Lordzie Gonzo. Być może domyślasz się już, że pytanie dotyczyć będzie Wolfkhan. Surowy, ultra pogański black metal… czy wówczas taka stylistyka była dla Ciebie opcją na tyle kuszącą, że potrzebowałeś w odrobinę bardziej ekstremalny sposób niż z formującym się Thy Worshiper, wyrazić się muzycznie, czy był to raczej przed-zespołowy wybryk?

Lord Gonzo? Chyba ktoś sobie jaja robił gdy wymyślał taki zlepek słów. Ksywa Gonzo wzięła się od przejęzyczenia wuefistki w 6-tej klasie, która przeczytała moje nazwisko Gonzorowski, a koledzy podłapali. Nigdy nie połączył bym jej z tytułem Lord. Wolfkhan nigdy nie był ultra pogański. Tam korzystałem z pomysłów, których z jakiś powodów nie chciałem użyć w Thy Worshiperze. Nagrałem u Roberta, czyli „Lorda Darkena” pierwszą demówkę, nawet Pagan Rec. chciał ją wówczas wydać, ale jakoś nie poszło. Z mojej winy zresztą. Od tamtej pory zrobiłem trzy materiały Wolfkhana. Teledysk do drugiego z 2005 roku można obejrzeć na youtubie. A trzeci napisałem w ubiegłym roku. Dwa utwory zmiksował mi już Nihil. To odskocznia, gdzie mogę sobie zrobić co tylko chcę. A nowe utwory już w ogóle nie są ultra pogańskie. Nawet nie wiem czy są metalowe.

Skoro poruszyliśmy temat innych projektów, może zechciał byś wspomnieć słówko o niejakim Misterium/Of The Horizon? Zespole, który współtworzyłeś z Joanna i Bartkiem, związanymi przez jakiś czas także z Thy Worshiper. Twór to o tyle unikalny, że oblekliście muzyką chociażby Mickiewiczowski wyznacznik ballady – „Lilije”, czy fragment wiersza Czechowicza „Pod popiołem”.  Między tymi zespołami dostrzec można pewną łączność, nie tylko personalną…

W Thy Worshiperze od drugiej demówki nazywaliśmy Misteriami utwory, które nie były metalowe. Pomysł na zespół Misterium pojawił się, gdy Bartek Jabłonka, z którym w tamtych czasach robiłem muzykę do Thy Worshipera, odszedł z zespołu. Nadal byliśmy kumplami, ja nie mogłem znaleźć jego następcy, a mieliśmy już stworzoną prawie całą następną płytę. Właśnie sporo tych utworów przerobiliśmy na folkowo i nagraliśmy. Stąd nazwa Misterium.

Ponieważ Czechowicza osobiście bardzo lubię, nie odmówię sobie zadania pytania, dlaczego wybraliście akurat fragment jego wiersza? Czy w poezji znajdujesz inspiracje? „Pod popiołem” z tomu „Ballady z tamtej strony”, do tego „Lilije”, ballada jako gatunek nawiązujący do pieśni ludowych… to wszystko zdaje się być nieprzypadkowym zamysłem. I wers, który jakoś tak jednoznacznie kojarzy mi się z tym, jaki kierunek muzycznego rozwoju przybrał Thy Worshiper, mianowicie „formy poddają się rytmom”… Czy coś było na rzeczy?

Fajnie to ujęłaś. Teraz jeszcze lepiej byłoby, gdybym potwierdził i nadal tej historii jakiś głębszy sens. Tylko, że takiego drugiego dna nie ma. Ja osobiście nie cierpię poezji i w zasadzie w ogóle jej nie czytam. Wokale na Misterium/Of the Horizon wymyślaliśmy na bieżąco. Wokalistka Asia Marchel sama sobie dobierała słowa, które chciała zaśpiewać. Mi się nie chciało nic wymyślać, a ona wiedziała jakie mam poglądy na różne sprawy, więc dobierała takie liryki, które będą trochę mroczniejsze… Ale „formy poddają się rytmom” jest dobre.

Wróćmy do „Popiołu”, dzieła z perspektywy lat określane  przez wielu mianem kultowego. Po niemal dwudziestu latach, wszyscy którym kasetę szlag trafił, lub zwyczajnie jej nie posiadali, mogą zapoznać się z tymże, dzięki wznowieniu przez Arachnophobia Records na nośniku równie kultowym – winylu. Jak odnosisz się do takich określeń? Jakie płyty według Ciebie są tymi „kultowymi”, czy jest wśród nich „Popiół”?

Ozimina

Ozimina

Nie cierpię vinyli. Żadnego nie mam. Ojciec miał adapter i szpulowca, więc słuchałem na nim pierwszych płyt. Głównie bajek i Beatlesow, bo ojciec był ich zatwardziałym fanem. Potem dorwałem Republikę i to była moja pierwsza i jedyna płyta vinylowa. Nie cierpię odwracać stron. A szukanie ulubionych utworów, to koszmar… Zresztą mało jest płyt, które fajnie słucha się w całości. Ale cieszę się, że „Popiół” wyjdzie na winylu. Bo okładki wyglądają fajnie.  Podobno też brzmi to lepiej. Co do kultowości. Dla mnie „Popiół” na pewno jest kultowy, przecież to część mojego życia. Ale jak patrzę na te reklamy, w których określa się „Popiół” tym przymiotnikiem, to mam dziwne odczucie. W każdym razie jak ktoś będzie miał jakieś obiekcje do takiego określenia naszego debiutu, to niech kieruje je do Krzysztofa Słyża, to on tak go określił w reklamach. Co do kultowych wydawnictw, w metalu zacząłem siedzieć, gdy naprawdę trudno było dostać jakieś wydawnictwa. A wtedy to były najczęściej demówki. Pewnie wymieniłbym Blasphemy, Beherit, Samael, Necrolust Vader’a, Bathory, kilka norweskich zespołów, bo nikt ich nie miał, a ja chciałem je mieć. Popiół zaś ściągnęliśmy z kasety i w studiu obrabialiśmy, żeby brzmiało dobrze.

Pierwotne, kasetowe wydanie „Popiołu” dokonało się pod szyldem nieistniejącej już wytwórni Morbid Noizz. Wybraliście ją, jak gdzieś wspominałeś, bo zależało Wam, aby materiał ten wydać szybko, choć swoje zainteresowanie wyraziło zarówno Pagan jak i Mystic Records. Czy gdybyś mógł dziś, jeszcze raz (pamiętaj, że mamy teleport) podjąć decyzję, czy byłaby ona taka sama?

Pewnie byłaby taka sama. Morbid Noizz dawał nam jako jedyny pieniądze na studio. Co do Mystic Rec., to oni wydali jako swój pierwszy zespół z Polski Cold Passion. Pamiętam, że bardzo mi się podobali. Ale czy ktoś o nich jeszcze pamięta? A też mogliby być teraz kultowi.

Zostawmy więc datę ustawioną na 1996. Rok co najmniej trzech (było ich za pewne znacznie więcej, ale o tych muszę wspomnieć na potrzeby rozmowy), niestandardowych i  (powtórzmy to jeszcze raz) kultowych debiutów. Mam na myśli: Lux Occulta – „Forever Alone. Immortal”, Sirrah – „Acme” (wydane oczywiście rok wcześniej jako wersja demo przez Melisa Prod., a oficjalnie w 1996) i „Popiół”. Wasze początki sięgają mniej więcej tego samego okresu, co ciekawe również Wasze „powroty” po dość długich przerwach w nagrywaniu pełniaków zbiegają się w czasie. Jak myślisz, dlaczego zespoły decydują się na wznowienia działalności po długich okresach ciszy? Jaki czynnik był decydujący w przypadku Thy Worshiper? Dawniej zdarzyło się Wam zagrać razem na  żywo, może by tak rzeczywiście przenieść się w czasie i zagrać wspólny koncert? Przystałbyś na taką hipotetyczną propozycję?

Po pierwsze to Thy Worshiper tak naprawdę nigdy nie zawiesił działalności. Jak nie było zespołu, to sam nagrywałem jakieś utwory, a nawet całe płyty, czy demówki. Bo po prostu we mnie siedziały. Myślę, że tak jest też z chłopakami z dwóch pozostałych zespołów. Jak już się w mózgu otworzą jakieś połączenia to trudno je zamknąć. A Kołysanki są świetne. Oczywiście, że chciałbym z nimi zagrać.

Padł tytuł „Czarna Dzika Czerwień”, więc poświęćmy chwilę temu albumowi. O jego muzyczne i produkcyjne aspekty pytał Was w wywiadzie przy okazji wydania redakcyjny kolega. Mnie ciekawi jednak, dlaczego nazwaliście album właśnie tak? A pytam, ponieważ znalazłam Twoją wypowiedź, krótko po ukazaniu się „Opowieści Jednej Nocy”,  którą pozwolę sobie zacytować: „Nowa płyta praktycznie już jest! Tytuł najnowszego krążka mógł być tylko jeden – „Wschód”. Dlaczego zatem nie „Wschód”, a jednak „Czarna Dzika Czerwień”? Czyżby dzika, nieokiełznana wolność wzięła górę nad pierwotnym założeniem?

W zasadzie płytę “Wschód” nagraliśmy ze dwa lata przed CDC. Można znaleźć te utwory w sieci pod nazwą „Opowieść Jednej Nocy”. Nie wydaliśmy tego oficjalnie, bo nie byliśmy zadowoleni z końcowego efektu. Jakby oficjalnie się ukazała to nazywałaby się „Wschód” właśnie. Co do samej nazwy „Czarna Dzika Czerwień”, to mimo iż ten zlepek słów brzmi grafomańsko, bardzo mi się podoba. Kiedyś zrobiłem utwór Wolfkhana pod taką nazwą. Coś mi takiego siedzi w głowie.

przełamujemy kolejną barierę

przełamujemy kolejną barierę

Był „Popiół”, była „Czarna Dzika Czerwień”… Właśnie, zazwyczaj czyta się, czy też słucha opinii w odniesieniu do Thy Worshiper, że „Popiół” – kultowy album, „CDC” – rewelacyjny powrót po latach ciszy, można w tym wszystkim zauważyć tendencję, że wasz drugi w dorobku pełny album „Signum” traktowany jest odrobinę po macoszemu. Jak byś ustosunkował się do tego materiału? Zamierzacie może kiedyś odświeżyć utwory z tego albumu chociażby podczas występów na żywo?

Lubię wszystkie materiały Thy Worshipera. „Signum” jest traktowany po macoszemu, bo w zasadzie nie było wówczas zespołu. A mógł być. Na próbach ogrywaliśmy te utwory, za garami siedział Młody, który teraz gra w Christ Agony. Materiał jest najmocniejszy ze wszystkich, bo Peter, z którym wówczas opracowywaliśmy utwory uwielbiał death metal. I to techniczny death metal. Teraz pewnie nie bylibyśmy nawet w stanie odegrać tych utworów w podobny sposób. Inaczej myślimy o muzyce, technicznie też nie byłbym w stanie zagrać tak jak on. Ale na “Oziminie” jest wariacja na temat utworu z Signum – to otwierający “Brzask”. Oparty jest na riffie z drugiej polowy “Ignis”. Nawet tekst jest ten sam.

Granie na żywo to niełatwa sztuka. Wy jako zespół obecnie koncertowo wypadacie świetnie, potrafiąc przenieść na scenę całość niesamowitego klimatu kompozycji. Widać też, że w obecnym składzie granie na żywo to dla Was frajda, mam rację, czy to jedynie subiektywne złudzenie? 

Możesz mieć rację. Chociaż Kiełbasa twierdzi, że nienawidzi grać koncertów, a szaleje z nas najwięcej. Ja zaś uwielbiam nasze utwory. Im nowszy, tym lubię grać go bardziej. Strasznie lubię próby, chyba to właśnie one sprawiają mi największą radochę. Możemy sobie pograć, pojamować, czy powymyślać. Robimy takie utwory, żeby każdy miał takie partie, które lubi grać. Jak ma zastrzeżenia, to pracujemy nad tym tak długo, aż każdy jest zadowolony. Jak jest jakiś malkontent, to mamy zasadę, że głosujemy. Większość wygrywa. Stad utwory, które są skończone, bardzo lubimy. I lubimy też je grać.

Niegdyś, jako jeden z najlepszych pod względem muzycznym koncertów wspominałeś koncert z Vader w Żaganiu (rok bodajże 1998), a obecnie? Który z dotychczas zagranych koncertów zapadł Ci w pamięć najbardziej? 

Oczywiście, numerem jeden jest cała “Dzicz”. Granie i przebywanie z tymi ludźmi było naprawdę super. Zacierają mi się granice pomiędzy pojedynczymi koncertami, ale o żadnym nie powiedziałbym, że się nie udał. Tylko Olsztyn się wyróżniał. Mgła wszędzie, a ludzie jakby się nie obudzili. Ale podobno tak tam mają. Dobrze wspominamy też festiwal Kilkim Zalibu. Świetnie się tam bawiliśmy, a grali tam też m.in. Wardruna, Rotting Christ, Nocturnal Mortuum. Wbił mi się w pamięć też festiwal w Brennej, gdzie zbliżyłem się do granic bydlęctwa i wolałbym go nie pamiętać.

Jako że zespół funkcjonuje w Irlandii i skoro jesteśmy przy temacie „liveów” – czy dostrzegasz jakieś różnice w odbiorze Waszej muzyki przez fanów w Polsce a osoby, które gromadzą się na sztukach granych na Zielonej Wyspie?

Pewnie jakieś różnice są, ale jakoś nic mi nie przychodzi do głowy.

Porozmawiajmy wreszcie o najnowszym mini-albumie „Ozimina”. Po premierze „CDC”, którego motywem przewodnim były żywioły, zapowiadałeś, że na kolejnej płycie tymże będzie czas. Czy to już? Czy to dopiero  swoiste preludium do rozważań o czasie? Czy w ogóle te rozważania są jeszcze aktualne? Właściwie można by wyłuskać pewną korelację między treścią zawartą na najnowszym materiale a czasem…

Jak ktoś to zapowiadał, to nie ja. Pewnie Kiełbasa (upieram się jednak, że to słowa rozmówcy, wywiad wisi w sieci, można sprawdzić – przyp. red.). Z “Oziminą” jest taka historia, że kolega – raper z Irlandii, który ma studio, chciał spróbować nagrać mocniejszą muzykę. Nic nie musieliśmy płacić, to weszliśmy. Na początku miał być jeden utwór, skończyło się na sześciu. Nie jest to więc przemyślany album, choć po późniejszych modyfikacjach, taki z niego zrobiliśmy. Tak naprawdę to są trzy starsze utwory – “Brzask” z Signum, „Wietlica” z „Opowieści Jednej Nocy”, czy Wschodu i „Wśród Cieni i Mgieł” z „Popiołu”. Do tego dochodzi „Halny”, który wejdzie na naszą najnowszą płytę. Na korelacje pomiędzy czasem a muzyką, musisz poczekać. Na następną płytę będziemy mieli przygotowane same premierowe utwory. No może za wyjątkiem „Halnego”, którego chcieliśmy teraz nagrać, żeby zobaczyć jak będzie brzmiał.Thy 2

„Ozimina” muzycznie jest kontynuacją drogi, którą obraliście na trzecim albumie. Zdecydowanie odchodzicie od czerni w rozumieniu muzycznym, skłaniając się czerni w pojęciu bardziej… nazwijmy to mistycznym, duchowym. Nie gracie już właściwie pogańskiego metalu, a tzw. „tribal metal” czyli metal plemienny, etniczny. Metalowe riffy łagodnieją, pojawiają się za to transowe rytmy, etniczne zaśpiewy, folkowe melodie… Czy zmiany stylistyczne zachodzące w zespole, to wynik Twojej muzycznej ewolucji, czy może efekt obecnego, wydawać by się mogło, że wreszcie kompletnego i zgranego składu?

Pewnie i to i to. Dziwne instrumenty perkusyjne próbowaliśmy wsadzić już na naszym drugim demo. Pojawiły się grzechotki, tamburyny, kotły, które dogrywałem z Amigi. Na płycie po Popiele chcieliśmy już mieć bongosy. Nawet mieliśmy kolesi, którzy wygrywali na nich w przejściu podziemnym na Świdnickiej we Wrocławiu. Tyle, że zespół się rozszedł. Transowość w muzyce zawsze uwielbiałem, pewnie dlatego Burzum był moim ulubionym norweskim, black metalowym bandem. Główna różnica jest taka, że za młodu chciałem wsadzić do utworu tyle motywów, że ta transowość nie była aż tak wyeksponowana. Teraz jesteśmy dojrzalsi, bardziej kontrolujemy dźwięki. W dodatku ludziom, z którymi gram chodzi dokładnie o to samo co mi.

Tribal metal. Oficjalnie nikt nie lubi szufladek, jednak wszyscy je stosują. Fakt, że w przypadku Waszej twórczości wymyślono nowe określenie dla nadania jej jakichś ogólniejszych ram wydaje się być zjawiskiem pochlebnym, oznacza bowiem, że tworzycie muzykę na tyle unikalną i świeżą, że potrzeba nowych określeń, aby ją opisać. Czujesz, że Thy Worshiper wraz ze swoim nowszym obliczem jest prekursorem nowego gatunku muzycznego?

Tribal metal podobno gra Sepultura. Tak nam powiedział Mintaj. Każdy kto posłucha naszej muzyki będzie miał problem z jej zaszufladkowaniem. Na „Popiele” nazywaliśmy ją Dark Metal, na „Signum” chcieliśmy żebyśmy byli kojarzeni z szufladką Witching Metal. Tribal metal nazwali nas jacyś kolesie z Cavan, dziury w Irlandii, gdzie graliśmy i bardzo nam się to spodobało. Teraz będziemy dalej chcieli, żeby bardziej nas kojarzyć z Witching Metal.

Powiedziałeś kiedyś w wywiadzie dla jednego z internetowych magazynów, że folk kojarzy ci się źle, dlatego wolisz mówić o muzyce etnicznej. Dlaczego źle? Czasy, w których folklor równany był z tym co, mówiąc kolokwialnie, „wieśniackie” już chyba dawno minęły? Obecnie, patrząc na mnogość tematycznych festiwali, czy zespołów z różnych gatunków muzycznych, które nawiązują do folkloru i muzyki ludowej, można by pokusić się o stwierdzenie, że folk przeżywa renesans. Chyba, że te złe skojarzenia mają zupełnie inne podłoże… Jeśli tak to jakie?

Uwielbiam zespoły takie jak Hedningarna, Hun Huur Tu, czy Yat Kha, a oni grają folk, czy post folk. Problem jest z zespołami, które łączą folk z metalem. Naprawdę nie przychodzi mi do głowy żadna nazwa, o której mógłbym powiedzieć, że mi się podoba. Grają wieśniacko i nie chcemy mieć z nimi nic wspólnego. Ten cały folk metal czy pagan metal to po prostu obciach. Najczęściej zespół gra w stylu wczesnego In Flames, a na tym nałożone są melodyjki ludowe.

„Ozimina” jako swoiste preludium, wydaje być się sformułowaniem nie pozbawionym całkowicie sensu. Czy to oznacza, że niebawem możemy spodziewać się kolejnego, pełnego albumu? Zasiewacie część dźwięków jesienią, żeby  w przyszłym roku zaowocowały kolejną płytą? Możesz zdradzić coś w tym temacie? 

Pełny album chcemy nagrać jeszcze w tym roku. Mamy już przygotowaną większość płyty, dorobić musimy jeszcze dwa utwory. Kierunek w jakim pójdziemy obrazuje utwór „Halny”, który znajdzie się zresztą na kolejnym wydawnictwie. Powiedzieć mogę tylko tyle, że jesteśmy tymi utworami zauroczeni. Dla nas przełamujemy kolejną barierę, nie powtarzamy się i jesteśmy najzajebistsi. Pewnie każdy zespół mówi tak o swoim następnym albumie. My także mamy uczucie, że tworzymy coś wyjątkowego. To będzie nasz najlepszy album.

Zarówno winylowa edycja „Popiołu” jak i „Ozimina” wychodzi pod szyldem Arachnophobia Records, czy oznacza to, że rozstajecie się z Pagan Records na dobre? A może to układ – pełniaki w Pagan, inne rarytasy w Arachnophobia?

Nie wiemy jaki jest układ.

ThyDo tytułowego utworu nakręciliście klip przesycony ludowo-pogańską symboliką, obrazując specyficzny kondukt żałobny. To nie pierwszy przypadek wizualizacji Waszej muzyki. Czym jest dla Was tworzenie obrazów do twórczości muzycznej? Dobrą zabawą, a może dzięki temu można lepiej zrozumieć sens dźwięków?

Jakbyśmy dobrze się z sobą nie czuli, to nie byłoby Thy Worshipera. Dobre relacje członków zespołu to podstawa naszej egzystencji. Mi się nasz teledysk zajebiście podoba, zwłaszcza, że montowałem go sam. A dobry obraz potrafi nadać głębię dźwiękom.

Sporo tych pytań już zadałam, więc wypada zmierzać ku końcowi. Tak więc, w ostatnim punkcie naszej rozmowy przedstaw proszę najbliższe plany zespołowe, a może i koncertowe, o ile takowe istnieją? Z mojej strony to wszystko, dziękuję za rozmowę.

Koncertów nie chcemy na razie grać. W listopadzie zagramy z Mord’a’Stigmata w Dublinie i chcielibyśmy zagrać już tam same premierowe utwory z nowego albumu. Teraz głowę mamy zaprzątniętą dźwiękami, które niedługo chcemy nagrać. Dzięki za rozmowę.

Rozmawiała Justyna Bochenek.

Zdjęcia: archiwum zespołu/Aleksandra Krucza