THY WORSHIPER – Żywioł jest w nas

Nowy, wydany po niemal dekadzie milczenia album Thy Worshiper to cholernie duże zaskoczenie. Wiem, że „Popiół” w niektórych kręgach zyskał status dzieła kultowego, ale co tu dużo mówić do dziś dość mocno zestarzał się pod względem brzmienia. Thy Worshiper wraca z płytą niesamowitą. Sami określają swoją muzykę jako tribal metal lecz tak naprawdę trudno jest opisać miejsca w jakie zabiera nas Czarna Dzika Czerwień. Podróż to zaiste niezwykła. Moim i Waszym przewodnikiem po świecie Thy Worshiper będzie Darek, który okazał się bardzo rozmownym człowiekiem i o zespole, nowej płycie i paru innych kwestiach opowiadał z prawdziwą pasją.

Początki Thy Worshiper sięgają roku 1993 i mimo tego, że dziś macie status legendy polskiego podziemia, trudno jest oprzeć się myśli, że zabrakło czegoś ważnego by dziś zespół był większy, bardziej znany. Jak patrzycie dziś na historię Thy Worshiper? Waszym zdaniem, odrodzony dziś Thy Worshiper jest silniejszy niż kiedykolwiek?

Witaj. Początki faktycznie sięgają 1993 roku, pokusiłbym się o stwierdzenie, że nawet trochę dalej, jednakowoż oficjalnie zaistnieliśmy w 1994 roku (demo: „The Winter Dream”). Na historię Thy Worshiper mogę jednak patrzeć jedynie oczami fana. W latach, kiedy pierwsze wydawnictwa TW uderzyły na światek podziemia, ja dopiero odkrywałem z czym się toLogo wszystko je. Pamiętam, debiut („Popiół: Introibo Ad Altare Dei”) – to było dla mnie coś wręcz kultowego. Przez długi czas nie schodził z magnetofonu… Zarówno pierwsza kopia jak i druga (do dziś dzień mam tę drugą dumnie wyeksponowaną na półce ze zbiorami – pierwsza zdechła). Czego zabrakło, pytasz? Wydaje mi się, że stanowczości i konsekwencji działania. Warunki były trochę inne niż dzisiaj. Kiedyś kasety wysyłało się do zinów, wytwórni, magazynów, promotorów i cholera wie jeszcze do czego. Czekało się długie miesiące na jakikolwiek odzew. Koszty produkcji były znacznie wyższe, jak i dostęp do dobrych studiów nagrań bardzo ograniczony. Wydaje mi się, że wszystkie te czynniki skumulowały się i doprowadziły do stagnacji. Gdyby wtedy były takie możliwości jak teraz – chociażby łatwy dostęp do informacji (czyt. Internet), wydaje mi się, że TW mógłby wypłynąć znacznie wyżej. Na ostatnią część Twojego pytania nie potrafię odpowiedzieć jednoznacznie. Zespół stworzył coś unikalnego w latach ’90-tych, (w zasadzie płyta „Signum” również zamieszała, a to był rok 2005) i coś nowego teraz. Po tamtych wydarzeniach okrzyknięto nas legendą, po tym – nie wiadomo co się stanie. Z mojej perspektywy mogę Ci jednak powiedzieć, że zespół na chwilę obecną jest na pewno dojrzalszy i bardziej pewny tego co chce osiągnąć. Samo nagranie przebija jakościowo dwa poprzednie wydawnictwa o dobrych parę punktów. Muzyka jest bardziej dokładna i przemyślana. Każdy instrument jak i dźwięk dopasowany do całości. Uogólniając – zespół jest bardziej zespołem niż kiedykolwiek wcześniej.

Wróćmy jeszcze na chwilę do historii zespołu – dlaczego właściwie na początku lat 90-tych Thy Worshiper podążył tak odmienną ścieżką? W tamtym czasie połączenie muzyki, której korzenie tkwią w black metalu z folkiem było czymś cholernie nietypowym… Skąd przyszła inspiracja by tworzyć coś nowego?

Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Tutaj potrzeba Marcina, który wtedy tworzył aktywnie w TW. Jednak znając go dość dobrze, mogę powiedzieć, że pewnie nad tym się nie zastanawiali. Grali co im serducho podpowiadało. Podobnie zresztą jest teraz. W latach ’90-tych BM był, powiedzmy, dość popularny. Słuchaliśmy go namiętnie i szukaliśmy czegoś co nas poruszy. W zasadzie metal wtedy wyglądał zupełnie inaczej niż teraz. To były głównie emocje, bunt, gniew… coś co „wypluwaliśmy” wraz z lirykami, co wylewało się z dźwięków jakie tworzyliśmy, tudzież słuchaliśmy. Stąd pewnie muzyka, którą tworzył TW była próbą przedstawienia własnego „JA” w sposób dobrze nam znany i osłuchany. Technicznie rzecz ujmując, na pierwszych wydawnictwach ciężko znaleźć riffy czysto black metalowe, ale klimat pozostał, stąd pewnie ta pieczątka BM – co w ogóle mi nie przeszkadza (śmiech).

Dziś Thy Worshiper jest zupełnie nowym zespołem? Od wydania „Signum” minęło już prawie dziewięć lat, więc niejako wracacie na scenę po raz kolejny. Co działo się w zespole w ostatnim czasie? Zespół heavy/folkowy, neopogański, pagan metalowy; co dla was oznaczają te wszystkie łatki jakie próbuje się przypinać TW?

Trzon zespołu jest wciąż ten sam i jest nim Marcin. Działa jak dyrygent i w dużej mierze nadaje ton muzyce jaką wszyscy ostatecznie komponujemy. To właśnie za sprawą Marcina zespół pojawił się po raz wtóry (trzeba tutaj dodać, że nigdy nie przestał działać). Od czasu wydania „Signum” Marcin wyjechał do Irlandii. Próbował coś tam działać z Peterem, ale na odległość okazało się to niemożliwe. Przypadek sprawił, że poznał mnie i od słowa do słowa doszliśmy do wniosku – zaraz po moim „szczeno-opadzie” – że zajebiście byłoby zbudować TW od nowa właśnie w Irlandii. Zaczęliśmy kombinować z pomysłami jakie miał już gotowe. Trochę dodawać, trochę ujmować, coś tam rzeźbić. Koniec końców zaczęła klarować się pewna strukturalna całość. Po drodze dopadliśmy basistę, który uparł się grać na bez progowym basie – przed czym nie oponowaliśmy, przez zupełny przypadek trafiła się nam Ania, po czym pierwszy perkusista, gitarzysta itd. Efekt – demo „Opowieść Jednej Nocy”. Materiał dalece odbiegający od ideału, ale nadający kierunek dalszym poczynaniom TW. Już po pierwszym przesłuchaniu tegoż tworu, wiedzieliśmy co jest złe i co trzeba zmienić. Co też zaowocowało znalezieniem kolejnego członka zespołu – Grabaża, którego zadaniem było podbicie perkusji swoja Djembe, kotłami i nadanie im dzikiego, plemiennego brzmienia. Do tego potrafił dąć w Didgeridoo, co dawało mu kolejny plusik do pogaństwa . Wpasował się wręcz idealnie. Później odeszli od nas perkusista i gitarzysta. Ten pierwszy brak wypełniliśmy dość szybko, co okazało się być bardzo pozytywną zmianą wpływającą na kształt przyszłej muzyki. Gitarzysty nie zastąpiliśmy, bo stwierdziliśmy, że jednak dwóch wystarczy („Opowieść….” była nagrana na trzy gitary). I tak w sześcioosobowym składzie poczęło się nasze nowe dziecko, nazwane dumnie „Czarna Dzika Czerwień” i z której to jesteśmy bardzo zadowoleni.  Ufff…. (śmiech), z łatkami bywa tak, że ich nie unikniesz. Z mojego punktu widzenia pogaństwo odbieram trochę inaczej niż zapewne większość słuchających takiej muzy. Raczej odbiegam od kultu starych bogów w sposób bardzo dosłowny. Działam na zasadzie odczuć i instynktów w odniesieniu do przyrody i tego co mnie otacza. Nie chcę nazywać niczego, jak to ludzie zwykli robić. Jest co jest i po co to zmieniać? Wydaje mi się, że każdy z nas ma w sobie jakiś pierwiastek pogaństwa. Jedni więcej, drudzy mniej, więc co do pagan, neopagan etc. to chyba wszystko ok. Folk raczej też pasuje, bo melodie jakie się przebijają, ciągną ethno z daleka. Reasumując – ideologicznie te łatki w jakiś sposób pasują i trudno się im przeciwstawiać, czy z nimi walczyć, a już na pewno jeszcze ciężej coś innego narzucać. Niemniej jednak wykreowaliśmy coś co często zaczyna pojawiać się w recenzjach i opiniach po koncertowych – „tribal metal”, „metal plemienny”. Cieszy nas to, ale jak mówiłem wcześniej – łatki i klasyfikacje nie są czymś co spędza nam sen z powiek, ani zatruwa myśli. To coś nieuniknionego i nie będziemy tworzyć muzyki, żeby tylko wpasować się w nurt, tudzież łatkę, czy inną głupotę. Gramy co gramy, a ludzie niech oceniają, „łatają”, klasyfikują i co im się żywnie podoba. Nie nasza to działka…

Wiesz, w Polsce pogaństwo to temat dość kontrowersyjny, pewnie znajdą się w naszym kraju idioci, którzy to, że nazywacie swoją muzykę pogańską powiążą z łysymi chłopcami o kompulsywnym przykurczu jednej z rąk. Dlaczego Twoim zdaniem pełno jest ludzi, którzy nie starając się nawet zrozumieć o co w tym tak naprawdę chodzi, wrzucają „klimaty” pogańskie do jednego worka z tematami narodowymi czy może nawet czasem skinhead?

Ha, ha, ha – co do łysych chłopców to nawet pasuje do nas choć bardziej z przyczyn naturalnych, aniżeli ideologiczno-poglądowych. Dlaczego tak się dzieje? Nie wiem. Kiedyś nawet próbowałem nad tym dumać i doszedłem do wniosku, że takie łączenie wiąże się z pojęciem „świadomości narodowej i kulturalnej”. Pojęcia czystej rasy słowiańskiej, czy tam polskości ściśle powiązane są przez tychże osiłków ze słowiańszczyzną, od której do pogaństwa już bliziutko. Jak wiadomo, teoria ta jest mocno naciągnięta, choć może i prawdziwa; do mnie zupełnie nie przemawia. W moim mniemaniu pogaństwo to dzikość i wolność. Słowiaństwo to sformalizowana ideologia, religia. Nazywana pogaństwem, bo odmienna od katolicyzmu, bo wielobóstwo etc. Słowiańszczyzna jest dla mnie bardzo bliska, czuję dumę narodową, jestem dumny że jestem kim jestem, ale powiązania moich pogańskich korzeni z prawicowymi poglądami jest mi obce i takie pozostanie…

Żywioł jest w nas

Żywioł jest w nas

Ok, zostawmy kwestię polityki bo przecież to wywiad do magazynu muzycznego. „Czarna Dzika Czerwień”, wasz nowy album ma premierę dosłownie za chwilę, jesteście podekscytowani? Gdybym miał opisać tą płytę w kilku słowach powiedziałbym, że jest jak intrygująca i pełna wrażeń podróż…

Ekscytujące to oczekiwanie, aczkolwiek nie ma czasu żeby tak w pełni się tym cieszyć. Podróż powiadasz? Chyba można to tak nazwać. Każdy kawałek powstawał jako opowieść. Ja na przykład nie potrafię pisać muzyki, jeżeli nie kryje się za tym jakaś historia. Kawałki (oczywiście stricte z mojej strony) powstawały na zasadzie: „opowiedz mi tato” i Marcin siadał i opowiadał o czym będą liryki. I tak przy każdym kawałku, no, prawie każdym. Koniec końców, stworzyliśmy pewną liryczną całość, a przynajmniej nam się tak wydawało… No ale skoro Ty również przeniosłeś się gdzieś indziej, znaczy, że osiągnęliśmy sukces.

Właściwie to album ten jest intrygujący pod każdym względem, ale zacznijmy od tekstów. Domyślam się, że za koncept odpowiada Marcin – wokół jakiego tematu zbudowane są teksty na „Czarna Dzika Czerwień”?

Tak. Wszystkie teksty są pisane przez Marcina (prócz „Na Pohybel”). Tematyka jest prosta: ŻYWIOŁY. Jednak symbolika użytych tam słów, nie tak do końca obrazuje oczywistość tego motywu przewodniego. Kiedyś rozmawiałem z Marcinem na ten temat. Zastanawialiśmy się o czym tak naprawdę są teksty TW. Doszliśmy do wniosku, że to po prostu ludzkie uczucia. Na „CDC” te właśnie uczucia skupione są wokół zjawisk przyrody. Przedstawione niejako obrazy wrażeń, emocji, odczuć, życia i śmierci w sposób jak najbardziej naturalny dla świata przyrody. Wszystko co dotyczy ludzi jest cząstką wszechświata, z którą musimy się zgodzić, choć czasem nie do końca tego chcemy. Zupełnie tak samo jest z żywiołami. Czasem uderzy w nas sztorm, czasem powódź, czasem susza i trzeba czekać na deszcz… Nie zgadzamy się tak do końca z nimi, ale musimy je zaakceptować. To samo tyczy się ludzi. Rodzimy się, żyjemy, kochamy, nienawidzimy, umieramy. Dość często nie zgadzamy się z tym wszystkim i nawet próbujemy walczyć, ale musimy zaakceptować fakt, że to nieuniknione w naszym życiu.

Pełne emocji i pasji teksty były z pewnością niekompletne, gdyby nie niezwykły duet wokalny jaki stworzyli Marcin i Anna. Jak udało się Wam znaleźć tak niezwykłą wokalistkę?

(śmiech) Historia jest dość zabawna – kiedyś ja i Marcin siedzieliśmy u mnie w domu i układaliśmy partie gitarowe na akustykach. Dość dobrze nam szło i graliśmy już pełne utwory. Wiesz, to jest tak, że wpadamy w jakiś dziwny trans i napiżdżamy motywy w kółko. I właśnie w takim transie dało się słyszeć jakąś dodatkową melodię. Szybko zorientowaliśmy się, że definitywnie nie jest to gitara. Ania brała prysznic, a ma w zwyczaju śpiewać właśnie tam, bo, jak twierdzi, w łazience jest zajebista akustyka. Na ogół ćwiczy sobie coś, bądź śpiewa znane jej melodie. Tym razem śpiewała ewidentnie do naszej muzyki (zresztą, później się do tego przyznała). Spojrzeliśmy z Marcinem na siebie i już wiedzieliśmy kto poprowadzi damskie wokale w TW. O jej niezwykłości sama Ania dowiedziała się dopiero przy nagrywaniu „CDC”. Wcześniej mieliśmy problemy, żeby utrzymać ją na stanowisku wokalistki. Nie wierzyła w swoje umiejętności. No ale to mamy za sobą (śmiech).

Mam rozumieć, że „Czarna Dzika Czerwień” to wokalny debiut Ani? Dziś gdy znam tą płytę taką jaką finalnie ją stworzyliście, wydaje mi się, że bez tego głosu album byłby niepełny. Od początku zakładaliście, że na nowym albumie Thy Worshiper będą tak mocno obecne kobiece wokale?

Niezupełnie. Ania już śpiewała na „Opowieść Jednej Nocy”, ale tam pracowała „dorywczo”, co znaczy, że układała wokale w studio, albo zaraz przed sesją nagraniową do gotowej już muzyki. „Czarna Dzika Czerwień” to płyta od początku do końca tworzona z całym zespołem, w którym to procesie twórczym Ania brała bardzo aktywny udział. Nie ma tam przypadkowych wokali damskich. Wszystko było z góry założone… i masz rację – bez tychże wokali płyta byłaby bardzo niepełna.

Oprócz wokali jest jeszcze autorką naprawdę dobrego layoutu, więc chyba korzyść z tak wszechstronnej osoby w zespole jest co najmniej podwójna?

No ba! Stworzyła coś unikatowego. Zarówno pod względem wokalnym jak i graficznym. Jesteśmy pewni, że kolejny album również przyozdobiony będzie jej wizjami graficznymi. Nie wspomnę już o wokalach. Pomagała przy tworzeniu grafik do trailera płyty, pomaga przy plakatach, ulotkach, press packach, zdjęciach i innych. Powiedziałbym, że korzyść jest co najmniej podwójna. To wszechstronnie utalentowana kobieta.Zespół

Wasza muzyka jest praktycznie pozbawiona klasycznego (dla metalu), opartego na gitarowych riffach szkieletu, dołóżmy do tego bardzo bogate i nietypowe instrumentarium a otrzymamy dźwięki jakie nieczęsto się spotyka. Wspomniałeś o tym, że muzykę piszesz, znając już teksty poszczególnych utworów. Rozpisujesz dźwięki na całe bogate spektrum instrumentów czy może udział djembe, didgeridoo to kwestia spontanicznych emocji podczas sesji nagraniowej?

Nie, nie. To trochę inaczej wygląda. Piszę muzykę nie znając tekstów, a jedynie ich znaczenie, bądź nawet sens utworu. Taki bardziej motyw przewodni. Tak naprawdę zajmuję się głównie gitarą, ewentualnie drumlą. Każdy w TW odpowiada za swój instrument. Całe spektrum różnorakich instrumentów prócz drumli, należy do Grabaża. To On obsługuje djembe, kotły, darbuke, didgeridoo, grzechoty, pomruki, podśpiewy itp. Wszystko ogrywamy i obmyślamy na próbach. Nie powiem, że podczas sesji nagraniowej nic się nie dokłada, bo to byłoby kompletnym kłamstwem. Chóry przykładowo nagraliśmy ot tak (śmiech). Ktoś wpadł na pomysł, że można spróbować, inny zaaprobował, technik potwierdził, że możliwe, więc cała zgraja nas wpadła do pomieszczenia i zaczęła się drzeć, śpiewać, mruczeć i cholera wie co jeszcze, oczywiście w rytm muzyki (Czarny, Deszcz, Na Pohybel, Zima) – to tak dla uściślenia i wyszło bardzo fajnie. Do tego była kupa śmiechu. Co do metalowego podejścia do grania, potraktowaliśmy to trochę inaczej. Chcieliśmy, żeby płyta była oparta na rytmie. Do tego doszedł Grabaż, więc mogliśmy pójść dalej i uderzyć w większą dzikość. Właśnie problemem w dzisiejszej muzyce metalowej jest brak owej dzikości. Nieliczne kapele mogą się pochwalić naprawdę mocnym i agresywnym brzmieniem. Większość to papka elektrycznie zmodulowanych, striggerowancyh i wygładzonych gówien, które mają tyle wspólnego z metalem, że koleś (bądź kobitka) drze ryja. Owszem – riffy są metalowe. Owszem – gary napierdalają blasty całe 50 minut, ale wszystko to jest takie miałkie i bezpłciowe. Postanowiliśmy dodać więcej energii do muzyki, a że mamy dwóch naprawdę zajebistych bębniarzy, trzeba było to wykorzystać, bo czymże byłby metal bez dobrego napierdalania? Co do gitar, faktycznie troszkę z innej strony podeszliśmy do tematu. One mają opowiadać, a nie hałasować. Gitarzyści mają współtworzyć muzykę, a nie chwalić się umiejętnościami. Nie ma wśród nas – na całe szczęście – solowego fanatyka, więc możemy puścić wodze wyobraźni i tworzyć muzykę zespołową, która jest o wiele bardziej ciekawa i wymagająca niż standardowe plumkanie.

Materiał nagraliście w Westland Studio w Dublinie i efekt jak dla mnie jest po prostu rewelacyjny. Co było dla was największym wyzwaniem podczas sesji nagraniowej? Uchwycenie w studio żywiołu jakim jest dziś Thy Worshiper nie było chyba sprawą łatwą?

Ha… bez dwóch zdań zmiksowanie perkusji z bębnami Grabaża. Samo nagranie poszło dość szybko i sprawnie. Zmieściliśmy się w terminie dziesięciu dni. Oczywiście – jak zawsze – pojawiły się problemy przejściowe, typu spalona przystawka, pęknięty naciąg itp., ale studyjne kłopociki to był pikuś w porównaniu z problemem jaki powstał przy miksach. Technik, który to wszystko ogarniał – zresztą zajebisty człowiek – po prostu spotkał się z takim zagadnieniem po raz pierwszy. Zrobiliśmy błąd, że Grabaż nagrywał w zasadzie na końcu. Wszystko już wstępnie było przygotowane do ostatecznych miksów, kiedy do studia wszedł Grabaż i nagrał co miał nagrać. Dopiero wtedy zaczęły się klocki. Bas przestał brzmieć jak powinien. Kiedy wyciągnęło się bas, znikały bębny i djembe. Próbowaliśmy narzucić jakieś przestery na bas… do dupy. Koleś nie mógł znaleźć miejsca dla Grabaża. Koniec końców udało się, powiedzmy, względnie dobrze, choć naszym skromnym zdaniem mogłoby być troszkę lepiej. Mamy lekcję na przyszłość i wiemy już co zrobić, żeby było dobrze następnym razem. Podobno na żywo wychodzimy znacznie lepiej niż na płycie w sensie brzmieniowym, więc zasadniczo nie ma co narzekać. Żywioł jest w nas. Wystarczy pomoc mu odrobinę, a sam wyskoczy… taki uczuciowy Boruta.

Uchwycenie żywiołu w studio to jedno a drugim końcem tego samego kija wydaje się być przeniesienie „Czarna Dzika Czerwień” na sceniczne deski. Graliście już ten materiał na koncertach?

Oj, tak. Bardzo często gramy go na żywo. Czasem odnoszę wrażenie, że ludzie nie wiedzą jak się zachować pod sceną, ale to akurat nas nie zniechęca. „CDC” na scenie prezentuje się bardzo dobrze. Jest podniosła, ma klimat, jest bardzo melodyjna i co najważniejsze – Grabaż i Bartek po prostu miażdżą. Właśnie na żywo ten Żywioł urywa łeb. Na deskach czuję moc naszej muzyki. Wszystko drży i płynie. Do tego światła i wszechobecne kadzidła (towarzyszą nam na każdym gigu ) – wtedy naprawdę poznajesz, czym jest Czarna Dzika Czerwień… A jest Czarna jak Noc… Jest Dzika jak sztorm… Jest Czerwona jak Krew…

Czy w związku z premierą materiału możemy spodziewać się zwiększonej aktywności TW na scenach polskich? Płytę wydała renomowana w podziemiu wytwórnia  Pagan; macie jakieś nadzieje związane z tym kontraktem? Uważasz, że stricte metalowa stajnia to odpowiednie miejsce dla TW?

Planujemy trasę po Polsce. Mogę na razie zdradzić, że odbędzie się ona w okolicach listopada i w bardzo wyborowym towarzystwie. Po drodze może zagramy jeden bądź dwa koncerciki. Pagan Records to naprawdę dobra wytwórnia. Konkretnie i na temat. Wszystko na czas i tak jak zaplanowane. Bardzo się cieszymy, że możemy współpracować właśnie z tym wydawcą. Mamy nadzieję na dobrą promocję. Na razie dość prężnie prze to do przodu. Widzimy co się dzieje i cieszy nas to. Co do samego wydawcy to było nam ciężko wybrać coś specjalnie dla nas. Wydaje mi się, że trafić na wytwornię, która wydaje stricte muzykę taką jak nasza jest zadaniem niewykonalnym. Nie gramy przecież czystego rock-a, ani metalu, ani folku. Gramy co Thy Worshipergramy. Z drugiej jednak strony PR zaczyna wydawać dziwną muzykę. Spójrz na Mord’A’Stigmata – ich nowy album odbiega od klasycznego metalu i to dość daleko. Dochodzę do wniosku, że w polskim podziemiu zaczyna się dziać coś naprawdę dobrego i zdaje się, że Pagan Records wyniuchał to dużo wcześniej.

No tak, co raz więcej mamy w kraju zespołów po prostu oryginalnych. Śledzisz to co się dzieje na polskiej scenie? Jeśli tak, jakie płyty wywarły na Tobie wrażenie w ubiegłym roku? Uważasz, że „Czarna Dzika Czerwień” ma szansę na to by wraz z końcem 2014 znaleźć się we wszelkiego sortu podsumowaniach i rankingach?

Czasem poczytam co tam się dzieje u nas na „dzielni”. Ale nie śledzę tego wszystkiego aż tak na poważnie. Z zeszłorocznych wydawnictw to tak pierwsza myśl rzuca mi się Tenebris Alpha Orionis i choć nie jest to „Only Fearless Dreams” to zapadł mi w pamięć ten krążek. Mord’A’Stigmata Ansia zwróciła moją uwagę… i to powiedziałbym, że bardzo. Szczególnie po gigu jaki razem zagraliśmy w Dublinie. Chłopaki się fajnie prezentują na scenie a i muzyka przednia. Muszę wspomnieć tutaj o Furii, koniecznie. Nawet nie chodzi o to, czy wydali coś w ubiegłym roku, ale o sam fakt ich istnienia i twórczości. Są niesamowici. Albumowi Marzannie, Królowej Polski trzeba się pokłonić. Nie wiem co mógłbym jeszcze wymienić. Na pewno Lux Occulta – od zawsze byłem ich wielkim fanem i tak chyba pozostanie. Ciekaw bardzo jestem ich najnowszego dzieła… o ile w ogóle wyjdzie. Tak szczerze powiedziawszy to nie zastanawiałem się czy „CDC” znajdzie się w jakiś rankingach. Pewnie tak. Fajnie by było, ponieważ znaczyłoby to, że trafiliśmy do jakiegoś zacnego grona i jest szansa, że ludziska usłyszą o nas ponownie. Zależy mi bardziej na zagraniu kilku dobrych gigów. Na tym i na samej promocji płyty będziemy się skupiać w najbliższym czasie. Rankingi zostawimy na późniejszy okres.

Wiem, że planujecie też video do jednego z utworów z nowej płyty, który to będzie numer i czego niesamowitego możemy spodziewać się po klipie Thy Worshiper? Jak Twoim zdaniem będzie wyglądać przyszłość odrodzonego TW?

 Tak. Powiem więcej – plany przerodziły się już w akt czynny. Powstały już grafiki do klipu, jest scenariusz i tak naprawdę czekamy aż te cholerne huragany przestaną napierdalać, żeby móc spokojnie zacząć. Teledysk powstanie do utworu „Zima”. Jest dziwny i ciężko powiedzieć, czy jest dobrym reprezentantem płyty, ale tak między bogiem, a prawdą, nie mamy kawałka, który mógłby kwalifikować się do miana reprezentanta „CDC”. Klip sam w sobie będzie bardzo naturalny. Podobny klimatycznie do trailera, choć opowiadający już historię, która wynika z utworu. Niezwykłe pewnie będzie przesłanie, jaki niesie ten utwór, zobrazowany w sposób w jaki chcemy tego dokonać. Nie chcę zdradzać szczegółów, bo zepsuję zabawę. Jednego czego możecie być pewni, to, że będzie bardzo mroczny. Przyszłość już się kreuje. Powstają nowe utwory. Jest już poważny szkielet kolejnego albumu. Bogatsi o doświadczenie z „Opowieścią…”, „CDC” eliminujemy błędy jakie tam popełniliśmy i przemy do przodu. Na podstawie tych sześciu utworów jakie już są prawie gotowe, mogę stwierdzić, że zgniotą tych, którym spodobała się „CDC” – a przynajmniej nas gniecie he, he… Wszystko idzie w dobrym kierunku: wydaliśmy album, tworzymy nowy, gramy koncerty, udzielamy wywiadów… czyli tak jak prawdziwy zespół powinien działać – wreszcie.

Na zakończenie chciałbym zapytać Cię o to czego można życzyć Thy Worshiper? Dzięki za poświęcony czas!

Zdrowia, szczęścia, pomyślności he, he… no, ale w tym banale zamyka się wszystko, czego tak naprawdę potrzebujemy… Dodałbym jeszcze: wytrwałości w dążeniu do celu. To ja dziękuję i pozdrawiam.

Rozmawiał Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: Lisa Tiffany Gellar, opracowanie Anna Malarz