THEM PULP CRIMINALS – Bez udawania komboja na prerii

Tegoroczny debiut Them Pulp Criminals odbił się szerokim echem w wielu kręgach. To propozycja, jakiej na rodzimej scenie do tej pory brakowało – nikt wcześniej nie odważył się na przeniesienie na nasz grunt inspiracji rdzennym country, szeroko pojętym Południem i zamieszkującym tam diabłem. Krakowski duet uczynił to w sposób bardzo zgrabny. O początkach zespołu, okolicznościach powstania „Lucifer is Love” i innych ciekawych sprawach rozmawiałem z wokalistą, Tymoteuszem Jędrzejczykiem, do tej pory kojarzonym z nieco mniej lirycznymi wystąpieniami…

Nie czujecie się pewnego rodzaju pionierami? Wydaje mi się, że dotychczas brakowało u nas właśnie takiego zespołu, łączącego nieskrywaną fascynację twórczością klasyków country i nieco tajemniczą, złowrogą momentami atmosferę.

Czy ja wiem, czy pionierami? Nie, pionierem raczej nigdy się nie czułem. Them Pulp Criminals jest projektem tak spontanicznym w tym, w jaki sposób powstał, że nie było czasu nawet zastanowić się nad kwestiami pionierstwa. Poza tym, nie oszukujmy się, dark folk/songwriting i alt country w tym momencie jest na świecie ogromnie popularnym zjawiskiem, zatem nie wydaje mi się, żebyśmy robili coś wyjątkowo odkrywczego. Inna sprawa, że mam poczucie, że to są po prostu bardzo dobre i mimo wszystko szczere piosenki.

Wracając jeszcze do poprzedniego pytania – wspomniana mieszanka skojarzyła mi się z tym, co proponują na przykład tacy Those Poor Bastards. I tu kwestia: wolicie pozostać przy starych westernach i Johnnym Cash’u, czy interesują was także bardziej współczesne wariacje na temat?

Frank Zappa ujął istotę zagadnienia w stwierdzeniu, że umysł jest jak spadochron i działa tylko wtedy, gdy jest otwarty. Oznacza to mniej więcej tyle, że nie chcemy tkwić na siłę w jakimś staroszkolnym podejściu i chętnie słuchamy tych nowszych rzeczy, jak Wovenhand, Those Poor Bastards, Ghoultown, czy Slim Cessna’s Auto Club. Tak długo, jak muzyka jest zwyczajnie dobra, będziemy tam szukać czegoś dla siebie. Wydaje mi się, że to ani nie miejsce, ani nie czas, żeby prężyć się z jakimś programowym etosem starego country’owca, choćby ze względu na nasz dość krótki staż w tej muzyce w sensie czynnym.

Bez udawania komboja na prerii

Bez udawania komboja na prerii

Wasz duet mieści w sobie osobowości z zupełnie różnych, muzycznych światów. W jakich okolicznościach doszło do waszego spotkania? Czy od razu wiedzieliście, jaką dokładnie muzykę chcecie tworzyć pod szyldem Them Pulp Criminals?

Spotkaliśmy się w pracy. Środowisko raczej niespecjalnie twórcze, jednak, jak wiadomo, wspólne zainteresowania zbliżają ludzi, a akurat i ja i Igor coś sobie pogrywaliśmy, tak że siłą rzeczy klika wspólnych punktów mieliśmy na starcie. Pochodzimy jednak z kompletnie innych muzycznie światów; ja zajmuję sie metalem zarówno jako fan, jak i poniekąd wykonawca, Igor zaś wyznaje szeroko pojętą alternatywę, grywał w takich składach jak Uda, Kind of Venus, czy Amusing Companions, więc coś z zupełnie innej niż moja beczki. Tym, co tak na serio nas połączyło była wspólna admiracja dla Casha, Elvisa, Cave’a, Waitsa, Dylana i Chucka Berry. Samo wspólne tworzenie muzyki wzięło się z przypadku. Początkowo miał to być jeden utwór, tytułowy „Lucifer is Love”, który powstał, bo kiedyś napisałem tekst i stwierdziłem, ze fajnie byłoby go zaśpiewać, właśnie w konwencji takiego specyficznego folk/country. Potem przeszło w krótkie demo, a skończyło się na płycie. Szyld powstał na koniec, czyli wszystko kompletnie na odwrót, biorąc pod uwagę, że dzisiejsze zespoły zaczynają od logo, strategii marketingowej i produkcji merchu.

Nie mogę nie poruszyć kwestii nazwy – skąd ci „papierowi bandyci”?

A tutaj jest to gra słów związana zarówno z pojęciem „Pulp” jako masowej kultury popularnej w USA lat 60.-70., oraz naszym ówczesnym wspólnym miejscem pracy – firmą zajmującą się przemysłową produkcją i dystrybucją papieru. A że nigdy nie czuliśmy się wzorami cnót wszelakich i na protagonistów byśmy się nie nadawali, wybraliśmy rolę „tych złych”.

Nie obawialiście się głosów krytyki, mówiących, że przecież to wszystko już było? Z podobnymi uwagami często spotykają się chociażby zespoły stonerowe, próbujące przenieść na nasz grunt muzykę do głębi amerykańską – zupełnie, jak wy.

Gdybyśmy się obawiali, to pewnie nie zrobilibyśmy nic, bo przecież co powie scena? A tak poważnie, serdecznie w poważaniu mieliśmy, kto i co na ten temat powie. Zrobiliśmy tę płytę bardzo spontanicznie, nie było czasu zastanawiać się, czy aby dobrze robimy grając taką muzykę, jaką grać gdzieś tam zawsze chcieliśmy, ani też zważać na krytykę. Płyta powstała, Wydawca wydał, zespół znalazł pełny skład i nie zamierza się rozpadać ani odchodzić w niesławie. Proszę z tym żyć.

Lubię, gdy artysta, tworząc cover, bierze na tapetę utwór z zupełnie obcego muzycznego poletka. Tak jest w waszym przypadku – na „Lucifer is Love” znalazła się wasza wersja piosenki Siouxsie and the Banshees „Love in the Void”. Dlaczego wybór padł akurat na nią?

Bo to wspaniały numer, na moje jeden z hymnów punk rocka, gdzie świetne riffy mieszają się z piorunująco ponadczasowym tekstem, z którym utożsamiam się w stu procentach. Zaraziłem pomysłem na ten cover Igora, a to, w jaki sposób on przearanżował oryginalnie dość agresywny kawałek Siouxsie zdmuchnęło mi głowę. Igor ma nieprawdopodobne wyczucie konwencji i to, w jaki sposób w tym całym, post-punkowym zgiełku wyczuł ten elegancki, ponury surf jest dla mnie strzałem w dziesiątkę. Jestem naprawdę dumny z tego coveru, zwłaszcza, że podobnie jak Ty nie lubię odgrywania coverów oczywistych. Owszem, mogliśmy zrobić jakiś remake, dajmy na to King Dude, ale to kompletnie mijałoby się z celem.13906911_1638486303130563_3161063007436079119_n

Swoją drogą, udał wam się ten cover. Z pewnością stanowi mocny punkt albumu. Myśleliście kiedyś o stworzeniu takiej typowo „coverowej” ep-ki? Z waszym talentem do nieoczywistych wyborów utworów, to naprawdę mogłoby się udać.

Nie wiem, czy czysto coverowe wydawnictwo byłoby czymś, co planowalibyśmy w jakiejś niedalekiej przyszłości, ale na pewno od coverów nie będziemy uciekać. Dzięki za dobre słowo!

Traktujesz Them Pulp Criminals jako odskocznię od ciężkiej, czysto metalowej codzienności? Czy widzisz ten projekt jako szansę na dotknięcie i uchwycenie w dźwiękach emocji po prostu niedostępnych metalowej kapeli?

Wiesz, to jest tak, że poza metalem słucham naprawdę masy różnej muzyki, a akurat outlaw country jest jednym z najczęściej słuchanych przeze mnie gatunków, do stopnia, w którym Johnny Cash jest w ścisłej czołówce moich ulubionych wykonawców wszech czasów. W sumie, pierwszy raz śpiewam w zespole, który nie jest metalowy. To jest zupełnie inne podejście, tak do emisji głosu, techniki śpiewania, jak i do całego zagadnienia ze strony „psychologicznej”, że tak to ujmę. W Them Pulp Criminals faktycznie mogę przekazać emocje, na które nie ma miejsca w moich metalowych projektach. Poza tym, tutaj mogę opowiadać historie. Zawsze to lubiłem, zawsze gdzieś tam chciałem to robić, a w metalu ciężko jest coś takiego zawrzeć, chyba że piszesz koncept-albumy, które z reguły bardzo rzadko osiągają poziom, powiedzmy, „Operation: Mindcrime”. Dlatego też traktuję Them Pulp Criminals jako ujście dla pewnych stanów, których mam potrzebę wyrażenia i hołd dla muzyki, którą uwielbiam na równi z metalem.

Przeczytałem gdzieś, że nagrywaliście tylko nocą. Czy to celowe posunięcie? Jaki miało wpływ na kształt i brzmienie albumu?

To prawda, sesje do wszystkich kawałków odbywały się wyłącznie w nocy. Na początku byliśmy niejako zmuszeni okolicznościami zawodowymi, gdyż pracowaliśmy na popołudniową zmianę i z reguły kończyliśmy pracę tuż przed północą, a potem zawijaliśmy się do mieszkania Igora i tam nagrywaliśmy. Po pewnym czasie stwierdziliśmy, że nagrywanie w nocy ma swoją specyficzną atmosferę, która bardzo pasuje do tego, co gramy. Poza nagrywaniem mieliśmy również zwyczaj „testowania” kawałków, zgrywając je na pendrive i jeżdżąc samochodem Igora po pustych ulicach tak długo, aż zapętlony kawałek nie wkleił nas w inny stan świadomości, coś takiego specyficznego, jak w filmie Lyncha. Ciężko to dookreślić, ale tak to właśnie wyglądało. Wydaje mi się, że odcisnęło się to na tym, w jaki sposób ta muzyka brzmi na płycie.

Na określenie „miejski folk” wpadliście sami, czy to łatka przylepiona TPC przez media? To ciekawe zestawienie. Folk zazwyczaj kojarzy się ze wsią, spokojem, łonem natury, a w tym przypadku? Czy wasza muzyka i teksty przesiąknięte są miastem, jego ciemnymi zaułkami, wilgotnymi murami i wspomnieniami z nim związanymi?

Określenie „miejski folk” to coś, czego sami zaczęliśmy używać. Miasto jako organizm społeczny posiada swoją specyficzną kulturę, a więc i folklor. Niekoniecznie samo określenie „folk” powinno się kojarzyć z pastuszkami plującymi w fujarki w naszej chacie rozśpiewanej, bo gdzie by w takim razie umiejscowić Boba Dylana? On przecież raczej nie śpiewa o pastwiskach i urokach dzikiej prerii. W tym aspekcie określenie naszej muzyki, jako folku tylko, że z miasta pasuje, wydaje mi się, dość dobrze. Obydwaj jesteśmy bytami miastowymi, udawanie komboja na prerii nie miałoby tu kompletnie sensu.

A jak myślisz – czy (i jeśli tak, to co) jest w Krakowie szczególnego, że oddziałuje na kolejnych artystów aż do tego stopnia, by tak widocznie rezonował w ich twórczości? Że wspomnę tylko blackmetalową Odrazę, której członkowie jawnie przyznają się do wielkiej inspiracji tym miastem.

Na pewno swój specyficzny, nieco na wyrost opisywany klimat to miasto ma, jednak nie jestem pewien, czy na naszą muzykę miasto, w którym mieszkamy, ma aż taki wpływ. Niektóre kapele potrafią, czego przykładem faktycznie jawi się Odraza, ale z Them Pulp Criminals nie wiem, czy to aż tak. My sobie trwaliśmy w tej naszej niedookreślonej Cave’owsko – Lynchowskiej Nibylandii, niekoniecznie krakowskiej. Ale, że obaj mieszkamy tu już jakiś czas, mogło wyjść jakoś podskórnie.TPC2

Lepszy debiut sceniczny trudno byłoby sobie wymarzyć – w sierpniu zagraliście w krakowskiej Rotundzie przed samym King Dude…

To prawda, kiedy tylko pojawiła się możliwość, zdecydowaliśmy się od razu. Długo próbowaliśmy, żeby ugryźć te numery i lekko zmodyfikować, dopasowując do wersji scenicznej, było kilka niedociągnięć, ja sam mam zastrzeżenia co do tego, jak zaśpiewałem, ale mimo wszystko wydaje mi się, że jak na debiut i tak dużą i wymagającą publiczność wyszliśmy z tej sytuacji z tarczą. Potem oczywiście na scenę wkroczył Król Koleś i magia osiągnęła poziom absolutny. Świetny koncert, ubarwiony dodatkowo kilkoma kawałkami zagranymi bez His Demon Brothers, fenomenalna reakcja publiczności, no i osoba samego Toma Cowgilla, z jednej strony jako artysty, z drugiej jako po prostu fajnego i bardzo towarzyskiego gościa. Także lepszego debiutu faktycznie nie mogliśmy sobie wymarzyć…

Podczas wspomnianego występu wasz duet uzupełniła sekcja rytmiczna. Czy są to pełnoprawni członkowie zespołu, czy też stanowią jedynie niezbędne, koncertowe dopełnienie brzmienia? Dalszy (ewentualny) proces twórczy w dalszym ciągu będzie w całości spoczywał na barkach „duetu założycielskiego”?

Nad materiałem autorskim na pewno będziemy pracować przede wszystkim ja i Igor, ale grzechem byłoby nie wykorzystać w studio talentów Maćka (bębny, również Inkwizycja i dizel) i Marcina (Outre). Obaj świetnie wyczuli temat, jeśli idzie o granie naszej muzyki na żywo, a poza tym to świetni ludzie, więc nie widzę powodu, żeby nie traktować ich jako pełnoprawnych członków Them Pulp Criminals.

I tradycyjne pytanie na koniec: co dalej? Plany koncertowe? A może zaczęliście już przygotowywać jakiś nowy materiał?

Powoli, powoli, wszystko w swoim czasie…

Rozmawiał Adam Gościniak

Zdjęcia: Katarina Nacht/Agnieszka Pięta (zdjęcie koncertowe)