THE STUBS – piosenki wymyślone w kiblu

Założony w 2010 roku The Stubs gdzieś tam sobie dłubał na boczku swojego rocka i tak z dnia na dzień dorobił się dwóch płyt, winylowych singli a nawet został nominowany do nagrody MTV EMA.  Przede wszystkim jednak dał się poznać jako wytrawny wycieracz desek klubowych i skłotowych, czego efekty na pewno znajdziemy na „Second Suicide„. Muzyka zespołu odarta została z niepotrzebnego blichtru, została sama esencja, czyli korzenny, rockowy riff, podany z punkowym wygarem. W efekcie pieśni z nowej płyty nie można słuchać na siedząco. A najlepiej wybrać się na jakiś klubowy koncert, bo tam najlepiej przekonamy się o sile tej muzyki. Wszystko wskazuje na to, że za sprawą dużej samoświadomości, zespół coraz bardziej się rozkręca i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. A przekonywali o tym Tomek (gitara, śpiew) i Radek (bębny).

 

Niespodziewanie rock’n’roll stał się integralną częścią młodzieżowego boomu w Polsce. Dzisiaj już nie punk czy metal stanowią o statusie młodych ludzi, ale właśnie miłość do korzennego r’n’r – czy z takiego założenia wyszliście, nagrywając „Second Suicide”?

T: To jakieś podchwytliwe pytanie. Ja, po pierwsze, chyba nie wiem co to jest młodzieżowy boom. To brzmi jakby w latach dziewięćdziesiątych urodziło się za dużo ludzi. Po drugie, mogę Slive się mylić, ale pytanie odrobinę zakłada, że robimy coś pod publiczkę a to nieprawda.

R: Ja osobiście nie zauważyłem żadnego boom’u, ale może wpływ na to ma fakt, że nie słucham radia od dziecka a telewizor wyniosłem do piwnicy jakiś rok temu… Owszem, wizualnie można zauważyć na ulicy ludzi w podartych trampkach, z oldschoolowymi tatuażami, których jest w Warszawie teraz kilka fabryk, ale Ci ludzie chyba słuchają rapu albo electro czy innego dubstepu…

T: Bo na pewno nie nas, to widać na koncertach.

R: Idea jaka nam przyświecała przy robieniu „Second Suicide” była taka sama jak przy każdym, poprzednim materiale – robiliśmy po prostu kawałki, które nam się wspólnie podobają a które na próby przynosi Tomek. Nie śni nam się wielka kariera, więc podejrzenia o celowe, skalkulowane na cokolwiek działanie można sobie odpuścić. Pudło!

T: Stare pudło.

Jak udało się wypromować poprzedni krążek? Dlaczego pojawiacie się w nowej stajni Instant? Rozumiem, że Rockers nie spełnił waszych oczekiwań?

T: Najpierw Instant Classic zaproponowało nam wydanie siedmio – calowego winyla na co się zgodziliśmy. Ta siódemka ukazała się jako „Kill Yourself” w 2012. Bardzo spodobała nam się współpraca z chłopakami z Krakowa, bo podchodzą do sprawy bardzo entuzjastycznie, więc kiedy padła propozycja wydania drugiej płyty po prostu zgodziliśmy się i płyta wyszła w Instant Classic. Nie ma to związku z naszym zadowoleniem, bądź jego brakiem z Anteny Krzyku. Wiedzieliśmy, podejmując taką decyzję, że płyty nie będzie w empikach czy też, że nie będzie miała takiej promocji jak w Antenie, ale taki był nasz wybór i musimy z tym żyć. Bądź umierać.

R: Gdzieś ta płyta (S/T) zaistniała, w czym na pewno duży udział miała Antena Krzyku. Kończąc temat Anteny, moment w którym „Second Suicide” nabierała kształtu na próbach i w naszych głowach zbiegł się z ogłoszeniem przez Antenę końca działalności wydawniczej, więc nawet nie rozważaliśmy wobec tego pozostania u nich. Z Maćkiem i Arkiem od czasu wydania 7mki w Instant zdążyliśmy się za kumplować, przez co współpraca na linii zespół – wydawca układa się nam wzorowo.

Nie ukrywam zaskoczenia Waszym nowym dziełem, bo jest to dla mnie zdecydowany krok w stronę korzeni. W zasadzie muzyka na płycie to wzmocniona mikstura Elvisa, Berry’ego, podlanych The Stooges. W zasadzie nie słychać tu jednego chociażby, nowszego dźwięku. Z premedytacją podjęliście decyzję o rozbracie ze współczesnym rockiem?

T: Zdecydowanie nie podejmujemy żadnych decyzji z premedytacją. Nie wychodzimy z żadnych założeń wymyślając nasze piosenki. Najwidoczniej nie jesteśmy wizjonerami i takie odgrzewane kotlety w zupełności nam wystarczają.

R: Jest może trochę tak, jak piszesz z tym, że w okresie w którym płyta powstawała, odniosłem swój mały sukces i troszeczkę przekonałem chłopaków do „żeglarskiego punkrocka” jak np. Murder City Devils, z którego niegdyś Tomek z Łukaszem się naśmiewali. Wydaje mi się że w kilku numerach tą inspirację słychać.

T: Radek… Nie bądź śmieszny.

Nasuwa się w tym momencie pytanie, czy dzisiaj nie można zrobić już niczego nowego? Patrząc na Was i wiele innych, współczesnych polskich zespołów rockowych, mam wrażenie, że machnęliście ręką na szukanie nowości i wygrzebaliście płyty sprzed 30 lat, tam szukając inspiracji? Skąd ta cała retro – histeria?

T: Kurde, strasznie trudne te pytania. Nie mam pojęcia, Arek. Słowo honoru, nie zastanawiam się nad tym. Wiesz, jak powstają nasze piosenki? Wymyślam je na kiblu. Co do jednej. Potem przynoszę to chłopakom i ścieramy to z naszymi, umówmy się, niewygórowanymi umiejętnościami manualnymi. Wychodzi to co wychodzi. Nie umiemy inaczej grać.

R: Jest tak, jak Tomek gada, gitara faktycznie stoi u niego w kiblu.

 piosenki wymyślone w kiblu

piosenki wymyślone w kiblu

Wasza płyta, co zauważył już dziennikarz MH, jest chyba najbardziej jaskrawym i najciekawszym przykładem rock’n’rolla nagranego w XXI wieku nad Wisłą. W zasadzie w tym temacie to najważniejsza polska płyta w tym roku. Czujecie, że udało się zrobić coś naprawdę mocnego?

T: Ktoś tak napisał? To bardzo miłe. Uważam, że to przesada, ale też szczerze przyznaje, że pierwszy raz podoba mi się to, co nagraliśmy. Dużą zasługę w tym ma Marcin Klimczak ze studia Mustache Ministry, który zdaje się rozumieć rock’n’rolla w podobny sposób co my i włożył dużo serca w to żeby ta płyta brzmiała tak jak brzmi.

R: Jesteśmy zgodnie z tej płyty zadowoleni, więc udało nam się zrealizować cel, który sobie założyliśmy: żeby ten materiał dla był dziesięć razy lepszy od „jedynki”, której aktualnie boimy się wrzucać do odtwarzacza bo trochę straszy.

Przede wszystkim muszę skomplementować stronę kompozycyjną – znakomite, rasowe riffy, świetne piosenki i klasycznie rockowy, z nerwem poprowadzony wokal. Jak wyglądało komponowanie muzyki – czy każdy, nowocześniejszy element był od razu rugowany, czy w głowach siedzą Wam tylko takie właśnie nuty?

T: Bardzo dziękuję. Jak wygląda komponowanie muzyki już mówiłem. Idąc tym tropem istnieje pewne prawdopodobieństwo, że brak nowoczesności jest kwestią mojej diety.

Ktoś powiedział, że rock’n’rolla trzeba mieć w genach, nie można się go nauczyć – zgadacie się z tym?

T: Mój tata jest w zasadzie polskim piekarzem podobnie jak mój dziadek. Nie to, żeby to było coś złego, ale w genach mam prędzej stuletni zakwas i drożdże niż rock’n’rolla. Wolę się z tym więc nie zgodzić, bo to oznaczałoby wprost, że się do tego nie nadaję a taką myśl omijam szerokim łukiem.

Stubs Live3The Stubs coraz bliżej do sceny związanej ze swingiem, rockabilly i tym podobnymi wynalazkami. Śledzicie, co dzieje się na polskim rynku w tym temacie – macie jakichś faworytów wśród maniaków fryzur a la wczesny Elvis?

R: Sam zespół wbrew pozorom ma korzenie w scenie diy hardcore punk i to jest nasza baza. Na tej scenie gramy większość koncertów i nie wyobrażamy sobie, żebyśmy nagle przestali grać takie koncerty. Koncert na skłocie dla kilkudziesięciu osób jest dla nas tak samo ważny jak na wielkiej scenie dużego festiwalu czy w kiblu dla kilkunastu osób. Co do samej sceny rockabilly to znamy z niej kilka osób i np. zespół BURNIN’ HEARTS, z którym mieliśmy okazję kiedyś zagrać i było więcej niż klawo. Nie wydaje mi się jednak, żebyśmy wzbudzali na tejże scenie jakieś większe zainteresowanie, przynajmniej ja takiego nie zauważyłem. Jesienią tego roku chcemy zagrać kilka koncertów z BH więc może nastąpić jakieś ocieplenie stosunków z fanami low riderów, creepersów i włosów zaczesanych do tyłu (śmiech). Raczej nie śledzimy co na takiej scenie się dzieje, ale jesteśmy co nieco w temacie, oczywiście. Tomek bardzo lubi Cramps, ja lubię Mad Sin, Koffin Kats, Nekromantix czy pierwsze dwie płyty Horrorpops a Łukasz też coś pewnie z tej szuflady lubi. No, ale to żadne nowości …

Jeśli mielibyście wymienić płyty, które mają więcej niż 20 lat na karku, a które wpłynęły na oblicze The Stubs – co w takim zestawie by się znalazło?

T: Jestem ogromnym Chess Records. Wszystkie Muddy Watersy i Howlin’ Wolfy to moi totalni idole. Podobnie jest z Jimi Hendrixem, oczywiście i generalnie lubię hipisów pokroju Jefferson Airplane, co nie jest popularnym poglądem w niektórych kręgach. No i Stooges i MC5 to chyba jest oczywiste. No i jeszcze Motorhead, boże bożenko, to powinno być pierwsze, bo przez ten zespół w ogóle zacząłem grać na gitarze.

R: Ja mógłby jedynie wymienić płyty starsze niż 20 lat, które miały wpływ na mnie, ale one raczej nie mają większego przełożenia na brzmienie z zespołu, bo gram tylko na bębnach i to tak… jak się nauczyłem. Raczej nie podpatrywałem nikogo konkretnego.

Jedyną rzeczą, która odróżnia Waszą muzykę od klasyków jest bardzo mocny, hardcore’owy sposób eksponowania instrumentów. Uważacie, że Waszą muzykę można sklasyfikować na zasadzie „hardcore’owcy grający rock’n’rolla”?

R: Bardzo mnie cieszy, że tak to odbierasz. Zdecydowanie zależy nam na tym, żeby nasze granie miało tzw. PIERDOLNIĘCIE i żeby ta punkowa baza była wyraźnie słyszalna mimo takich a nie innych riffów. Jeśli ktoś to słyszy to super.

No i kolejna znakomita rzecz, czyli brzmienie płyty – jesteście gdzieś w połowie między czystej wody, analogowym rockowym sundem a syfiastym d – beatem, czyli prawie, prawie blisko ideału – czy takie brzmienie osiąga się za pomocą dobrego realizatora, czy za sprawą umiejętnie dobranych instrumentów, czy jeszcze coś – gdzie tkwi ten złoty środek?

T: Bardzo miło, że podoba Ci się brzmienie płyty. Pewnie jest ono wypadkową różnych czynników. Powoli ale systematycznie wymieniamy sobie elementy sprzętu na bardziej pasujące do tego co chcielibyśmy osiągnąć. Powoli bo na pieniądzach raczej nie sypiamy. Ale też fakt, że trzeba trafić na dobrą osobę w studio a my, jak już mówiłem, trafiliśmy bardzo dobrze.

R: Hmm, słowo d-beat nieodłącznie kojarzy mi się jednak z hardcore’owymi/crustowymi kapelami wzorującymi się na Discharge i tego to ja u nas raczej nie słyszę. No chyba, że masz na myśli tego punkowego patataja w kilku numerach. Ale takiego patataja to ma i Motorhead.

Stubs w żywiole

Stubs w żywiole

Kilka słów na temat tekstów – czy jest coś takiego jak uniwersalny przekaz The Stubs, czy po prostu rockowe opowiastki „o niczym”?

T: Już któryś raz ktoś się nas pyta czy nasze teksty są o niczym. Może powinniśmy wyciągnąć jakieś wnioski bo wygląda na to, że prezentujemy się jakbyśmy nie mieli nic do powiedzenia. Cóż, tak nie jest. Większość tekstów opisuje z życia wzięte historie. Wydaje mi się, że sprzedajemy w ten sposób pewien rodzaj podejścia do życia. To nie oznacza oczywiście, że są tam jakieś mądrości, ale zdecydowanie jest jakaś myśl przewodnia w postaci naszego światopoglądu. Wydaje mi się, że najlepiej po prostu przeczytać teksty z wkładki i wyciągnąć własne wnioski.

Jak wygląda życie koncertowe The Stubs – uważacie, że na zatłoczonej do granic możliwości krajowej scenie jest jeszcze możliwość przyzwoitego wypromowania muzyki?

R: Sam nie wiem, nie znamy się na promocji w mainstreamowym tego słowa znaczeniu. Nie mamy żadnej strategii, planu, wg. którego byśmy działali. Działamy DIY. Myśl przewodnia, jaka nam przyświeca, to grać jak najwięcej koncertów, ale oczywiście nie wszędzie i nie z wszystkimi. Czasem ktoś gdzieś nas zaprosi, czasem sami się gdzieś zaprosimy i jakoś to się kręci. Fajnie jest, jak jedziemy w jakieś miejsce pierwszy raz by po kilku miesiąc przyjechać w to samo miejsce i zobaczyć, że frekwencja się podwoiła i jest zajebista zabawa. A to nam się kilka razy zdarzyło, co daje dużego kopa do działania. Znaczy się, że możemy się chyba podobać a to jest obok z samej radochy z grania najfajniejsze.

Graliście już gdzieś za granicą (np. Berlin) – jest szansa, żeby wyjść ze swoją muzyką, w takiej właśnie, dość klasycznej formie po za Polskę? Pytanie tymStubs Live2 istotniejsze, że na zachodzie jest bardzo silna scena klasycznego rocka, surf, rockabilly itp…

R: Wszystkie te koncerty za granicą wynikają z naszych kontaktów ze sceny hardcore/punk. Jedynym wyjątkiem był Festiwal w Antwerpii, na którym udało nam się zagrać w marcu tego roku. Ze sceną rockabilly, surf itd nie mamy póki co żadnego kontaktu. Promotorzy, ludzie robiący koncerty z tej sceny albo nas nie znają, albo nie są nami zainteresowani. Miejsca do grania w Polsce, w których jeszcze nie byliśmy powoli nam się kończą a na dodatek lubimy podróże więc chcemy w niedalekiej przyszłości pograć trochę więcej za granicą niż te kilka dotychczasowych wypadów.

Pytanie podchwytliwe – co to jest niskobudżetowy rock’n’roll?

R: Hmmm, no chyba to, co my gramy (śmiech…)

SLive3T: Kurde, ja mam wrażenie, że wszystkie pytania były podchwytliwe. Chodzi z grubsza o prostotę. O ilość instrumentów, wsadzonych w to pieniędzy. O brak przerostu formy nad treścią zarówno w muzyce jak i tekstach. Nie jesteśmy artystami bądź muzykami. Gramy rock’n’rolla. Takimi jesteśmy ludźmi. Nie chcę nikogo obrażać, ale jak słyszę, że ktoś zamieni mnie w dotyk to mnie to po prostu, kurwa, śmieszy zamiast wzruszać.

Na koniec kilka słów o promocyjnych ruchach na nadchodzące miesiące?

R: Nie mamy i nie wiem, czy chcemy mieć managera, więc jedyne co możemy sobie zaplanować na przyszłość to jakieś koncerty. Plan na ten rok to przekroczyć na naszym liczniku sto koncertów. Gdzieś tam planujemy nagranie klipu z prawdziwego zdarzenia, na którym będzie widać nasze gęby, ale w tym temacie działamy baaaaaaaaaardzo powoli. Z istotniejszych rzeczy to tuż przed wakacjami nakładem Instant Classic oraz Long Walk Records ukaże się winylowa edycja „Second Suicide”.

T: Amen w Paciorze.

Rock’n’rolla łapał Arek Lerch

Zdjęcia: fisty photography, tombronowski.com, rubpop.blogspot.com