THE LOWEST – Życie nie jest łatwe…

Przerwa wydawnicza spowodowała, że tu i ówdzie było słychać o tym, że The Lowest zakończył swój żywot. Nic bardziej błędnego – wyboista droga, którą sunie ten hardcore’owy czołg jest może wyboista, pełna dziur i pułapek, ale na pewno się nie zakończyła. Niedawno zespół przypomniał o sobie bodaj najciekawszą w dyskografii płytą „Doomed”, teraz wokalista Paweł Wróbel w ciekawy sposób opowiada o tym, co działo się z nimi przez ostatnich pięć lat. I wychodzi na to, że wbrew wszystkiemu działo się sporo – od wyjazdów zagranicznych – zarówno zespołowych jak i na saksy, po załamania, niekończące się koncerty i życiowe dopusty. The Lowest wychodzi z nich silniejszy i nadal z tarczą. 

Hardcore sprzed powiedzmy pięciu lat a ten obecny to dwa różne światy. Mam wrażenie, że scena mocno ewoluowała… Dzisiaj jest dużo bliżej tzw. profesjonalizmu, wiesz sprzęt, sposób działania itp… Czujecie te zmiany? Dotykają was, czy pozostajecie nieprzemakalni?

Czy nas te zmiany dotykają – jasne, że tak. Inwestujemy w sprzęt, staramy się nagrywać płyty coraz lepiej. Mastering do „DOOMED” robiliśmy zagranicą. Myślę, że ta ewolucja nie jest niczym dziwnym. Każdy chyba chce, żeby zespół po prostu brzmiał dobrze. My na przykład jesteśmy zestrojeni bardzo nisko, dodatkowo od dwóch lat gramy na gitarach barytonowych – bez odpowiedniego sprzętu nie będzie to po prostu brzmiało jak trzeba.

Nawet zespoły, które chcą osiągnąć zupełnie inne brzmienie – brudne, bardziej pankowe – też tak naprawdę muszą dobrze wiedzieć, jak się ustawić. Chociażby Government Flu czy Jad – muzyka pełna brudu – ale żeby osiągnąć ten efekt, trzeba mieć sporo pojęcia o sprzęcie i nagrywaniu.

No i na końcu aspekt finansowy – dzisiaj, dla osoby mieszkającej w większym mieście, sprzęt nie jest aż tak dużym wydatkiem jak dziesięć lat temu.

Czy jest w tym, hmmm, chęć wyjścia poza scenę? Zrobienia tego przysłowiowego kroku o szczebel wyżej? I nie mówię tu o jakiejś komercjalizacji… Czy może takie dywagacje nie mają sensu?

Wydaje mi się, że wychodzenie polskich kapel poza scenę będzie się zdarzać coraz częściej. Wynika to z jednej strony z tego, że całkiem sporo jest ciekawych zespołów w scenie, ale kolejnym powodem jest to, że sama scena jest u nas po prostu dość mała. Całą Polską scenę możesz objechać w dwa długie weekendy, dołożysz do tego pięć festiwali i to w zasadzie już wszystko. My w tym roku gramy na przykład po raz pierwszy na stricte metalowym feście – czyli Summer Dying Loud. Jestem niezmiernie ciekawy tej imprezy.

Ale tak zwane wychodzenie poza scenę – nie jest przecież niczym niezwykłym choćby na zachodzie. Bardzo dużo kapel ze Stanów w okresie wakacyjnym gra na europejskich festiwalach, na których przecież możesz usłyszeć przeróżne gatunki muzyczne, i nie ma w tym niczego dziwnego.

A co do tego pójścia szczebel wyżej to powiem ci tak – trochę pojeździliśmy sobie po Europie, Michał był też kierowcą na kilku trasach z nieco większymi kapelami, i chyba dość dobrze rozumiemy, jak działa scena. Jeśli poważnie ktoś myślałby o „pójściu wyżej” – o tym, żeby zespół przebił się albo bardziej do publiczności metalowej, lub po prostu, stał się bardziej znany w obrębie sceny hardcore – nie ma lepszej drogi, niż po prostu granie tras. A najlepiej granie ich z dobrym headlinerem. Ale to jest zabawa dla kogoś, kto może sobie pozwolić na granie 150-200 koncertów w roku. Wtedy trzeba poświęcić temu wszystko inne. A my jesteśmy w zupełnie innym momencie życia. Trzech z nas jest już żonatych, chodzimy do pracy, mamy normalne życia. Granie w zespole to fajna przygoda, ale raczej nic więcej. Z drugiej strony – myślę że my i tak już całkiem sporo zrobiliśmy. Graliśmy w fajnych miejscach dla ludzi, którzy chcą nas słuchać, zjechaliśmy kawał Europy. I będziemy to robić nadal.

Życie nie jest łatwe...

Życie nie jest łatwe…

Wywołałeś wilka z lasu – koncerty. Nie ma co ukrywać, że trasy to wasza codzienność – próbowałeś kiedyś zliczyć ile koncertów udało się wam zagrać i ile krajów zaliczyliście?

Krajów zaliczyliśmy dwadzieścia, ale koncertów nie policzę… Myślę, że gdzieś około 200. Zgubiłem rachubę gdzieś w okolicach setki.

Na pewno dla młodych adeptów podziemnej sztuki to duży zastrzyk doświadczeń – jakie one są, czego nauczyliście się na trasach? Są jakieś, hmmm, uniwersalne doświadczenia, które zmieniły was jako zespół?

Trasy są czasem dobre, czasem super, a czasem gorsze. Na pewno świetnie wspominamy każdy wypad na wschód i na zachód. Skandynawia oraz południowa Europa były bardzo ładne pod kątem turystycznym, ale nie szczególnie dobre jeśli chodzi o koncerty. Trasa to przede wszystkim moment, w którym możesz dużo dowiedzieć się o samym sobie, jak i o ludziach z którymi grasz. To może zabrzmieć jak banał, ale to bardzo ważne, żeby grać z ludźmi, których po prostu lubisz. Bez tego nie wyobrażam sobie istnienia zespołu. Przygód różnych mieliśmy co nie miara, jednak zdecydowanie najlepszym doświadczeniem jest zawsze moment, w którym jesteś bardzo daleko od domu, zaczyna się koncert, a ludzie znają teksty i wyrywają ci mikrofon. Granie dla ludzi, do których twoja muzyka dociera, których porusza i dla których jest ważna – to wspaniałe doświadczenie.

Podrążę te „przygody” – poczuj się jak ojciec, co synowi opowiada taką, najbardziej mrożącą krew w żyłach…

Najgorsze są przygody dotyczące samochodów. Raz na przykład, gdy pędziliśmy fińską drogą, by zdążyć na prom, okazało się, że mamy kompletnie rozwalone łożysko. Zaczęło stukać niemiłosiernie – a my musimy być na promie, bo inaczej zostaniemy po złej stronie Bałtyku. Udało się dojechać, a potem wymiana łożyska w jakimś podrzędnym warsztacie, w Tallinie, o godzinie 18 w sobotę – gdy warsztat był już zamknięty… Mieliśmy dużo przygód z samochodami, zabawne są też sytuacje noclegowe. Zdarzyło nam się spać z osobą, która była pod bardzo mocnym wpływem narkotyków – a jednocześnie była naszą gospodynią. Musiałem zabrać jej kabel zasilający od komputera, bo weszła do naszej sypialni i zaczęła nagle puszczać szwedzką muzykę ludową. Kurczę, tych sytuacji było mnóstwo. Trasy to po prostu niezapomniane przeżycie. To jest frajda, wyjść z rana z miejsca, w którym nocujesz – a przed sobą masz alpejskie szczyty. Szczególnie, że trzy dni wcześniej byliśmy na Chorwacji, i piliśmy kawkę w cieniu palm. Plus lokalne, specyficzne motywy poszczególnych krajów. Takie, jak dziura w ziemi zamiast kibla na wschodzie. Chyba musielibyśmy zrobić kilka wywiadów, aby o tym poopowiadać.

Wschód – wiem, że koncertowanie tam to bardzo mocne doświadczenie. Jak to jest? Trochę strach, czy wręcz odwrotnie? Sam pamiętam jeden ze swoich wypadów do Kaliningradu, gdzie spotkanie trzeźwego człowieka graniczyło z jakimś cudem…

Ja sam jestem ze wschodniej Polski, więc dla mnie tam wszystko jest jak w domu, po prostu w dużo większym stężeniu. Nie wiem, czego można się bać na wschodzie. Przecież to nie jest tak, że jedziemy grać gdzieś blisko frontu. Trzeba po prostu przyzwyczaić się do beznadziejnych dróg (wyjątkiem jest Białoruś), unikać gliniarzy i gadać choć trochę po rosyjsku. No i zaakceptować fakt stania na granicy, choć ostatnio było pod tym względem bardzo spoko. Ale zdarzały nam się rewizje po pięć godzin z psem szukającym dragów.

Czy te niekończące się trasy były główną przyczyną tak długiej absencji płytowej? Pięć lat to kupa czasu, zaczęły się wręcz pojawiać przypuszczenia, że złożyliście The Lowest do grobu…

Nie, trasy nie miały z tym nic wspólnego. Dojechało nas po prostu tak zwane życie. W wyniku różnych skomplikowanych sytuacji jeszcze w 2012 roku Michał wyjechał do UK. A to on był głównym dostarczycielem muzyki – grając z nim na próbach byliśmy wszyscy najbardziej kreatywni. Jurek jest też super muzykiem, Staszek jest ekstra, ja coś czasem wymyślę – ale bez Michała na miejscu byliśmy jak bez kończyny. Już nagranie „Divided” było jakąś masakrą. Potem szczęśliwie Michał wrócił do Polski – w 2015 roku. Ale zanim znalazł pracę, ogarnął się, itd. – minęły kolejne miesiące. Tak więc skompletowanie materiału na LP było po prostu bardzo długie i męczące. Na szczęście – w końcu jesteśmy wszyscy na miejscu i gramy razem z mniejszą lub większą regularnością.

Pogodzenie grania z dorosłym życiem w ogóle potrafi być niełatwe, ale mam nadzieję że będziemy dawać radę. Oprócz tego rok 2017 był bardzo ciężki dla mnie i mojej żony. Spotkała nas osobista tragedia i w sumie do tej pory się z tego podnosimy. Nagrywałem te wokale w momencie największego życiowego doła w jakim się znalazłem. Kończenie płyty w takiej dolinie – było nieprawdopodobnie wyczerpujące.a1224707641_10

I pewnie dlatego powstała płyta tak mroczna, że poprzednie dzieła są przy niej wręcz wesołe… Swoją drogą, muzycznie bardzo mi się teraz kojarzycie z francuską, dark core’ową sceną, z zespołami z np. Throatruiner Records itp. Dobry trop?

Jeżeli jest jakieś podobieństwo, to przypadkowe. Próbujemy ciągle odnaleźć własny styl, wydaje mi się, że na tej płycie jesteśmy już w dobrym miejscu. Trochę hardcore, trochę metalu, trochę zwolnień, trochę punk rocka. Jakoś lubimy budować piosenki w nieco odmiennych stylistykach. Nie oszukujmy się, nie odkrywamy naszą muzyką Ameryki, ale jakoś udaje nam się uzyskać pewne charakterystyczne brzmienie, odróżniające nas. I o to chodzi.

Obok muzyki dużym ciężarem gatunkowym są teksty. Przyznam, że próbowałem się w nie wgryźć, ale nie zawsze nadążam. Np taki „Ritual” – możesz przybliżyć o co chodzi?

„Ritual” to nasz pierwszy tekst prozwierzęcy. Jesteśmy wszyscy wegetarianami, ale jakoś nie było wcześniej okazji do zaśpiewania o tym. Często, śledząc różne dyskusje w internecie dotyczące praw zwierząt, spotykałem się z argumentami wyprowadzanymi z religii. Biblia kilka razy wypowiada się na temat relacji człowiek – zwierzę. W księdze rodzaju Bóg oddaje ludziom ziemię w posiadanie. W dziejach apostolskich pozwala spożywać Piotrowi wszystkie zwierzęta, znosząc przepisy z Tory dotyczące czystości pokarmów. No i w wieku XXI w Polsce często zdarzało mi się widzieć argumenty w stylu – ale Bóg dał człowiekowi zwierzęta do jedzenia. I tyle, koniec tematu. Najgorszy, betonowy sposób dyskutowania na ważny temat. Nie ma w takiej dyskusji miejsca na to, że zwierzęta czują, cierpią, boją się, a ich życie to niekończąca się męka.

W samej warstwie tekstowej „Ritual” to wyznanie zwierzęcia w jego ostatnich chwilach przed śmiercią. Zwierzę przyjmuje fakt, że jesteśmy panami świata i z radością oddaje swe ciało byśmy mogli je skonsumować. Oczywiście ten tekst jest groteską. Człowiek jest częścią tego świata. Większy kataklizm mógłby nas zdmuchnąć z powierzchni planety. Za to zwierzę prowadzone na rzeź czuje przerażenie. Przemysł mięsny jest niewiarygodnie brutalny i obrzydliwy.

Sam tytuł, „Rytuał”, odnosi się do funkcji jaką często pełni mięso. Jest w centrum każdego święta, uroczystości, wesela chrzcin czy stypy. Jedzenie mięsa jest nierozerwanym elementem wielu społecznych czy religijnych rytuałów. Jest również refleksją nad ubojem rytualnym – wyjątkowo durnej praktyce, której kontynuowanie dzisiaj jest kompletną głupotą.

Mówisz to wszystko w momencie, kiedy Polska staje się takim właśnie, całkowicie niemal zdominowanym przez religijne rytuały miejscem. Czujesz się w tej rzeczywistości niewygodnie?

Pewnie, że czuję się niewygodnie. Dużo rzeczy bardzo mnie irytuje – co widać choćby po teledysku do coveru Guernica y Luno. Staram się jednak nie pozwalać, aby to wokół takich rzeczy orbitowały moje myśli. Życie jest bardzo krótkie, a my sami jako gatunek jesteśmy tylko pyłkiem, mgnieniem w historii wszechświata. Staram się robić rzeczy konstruktywne (na przykład właśnie napisać jakiś tekst), a nie pogrążać się we frustracji. Spędzam czas z rodziną, rozwijam się w kilku dziedzinach. Polska rzeczywistość nie jest w stanie mnie raczej specjalnie wyprowadzić z równowagi. Czego nie mogę zmienić, staram się zaakceptować. Oczywiście – ważne jest uczestnictwo w rzeczach, które zmieniać należy – nie jestem bierny – byłem np. na czarnym marszu w 2017 roku razem z moją żoną. Ale trzeba sobie postawić pewną granicę, za którą olewam i staram się już nie przejmować.

Tylko, że np. taki „Void” jest jednak odbiciem zdegustowania religijnymi praktykami, tak to odbieram…

„Void” porusza się w dwóch płaszczyznach. Jest to wyraz irytacji dla tradycyjnej religijności, w której brakuje refleksji nad światem, a jest tylko wyrastanie w „wierze ojców”. Z takiej rodziny pochodzę, poza tym przez kilka lat byłem bardzo aktywny w kościele. Należałem do neokatechumenatu, wcześniej do oazy, więc te religijne motywy to też kwestia pewnego rozliczenia się z moim własnym życiem. Plus cała nasza kultura jest niezwykle zanurzona w chrześcijaństwie. Bardzo interesowałem się religiami w ogóle, wyrastałem w takim środowisku, więc w jakiś sposób jestem tym przesiąknięty.

Inny aspekt „Void” to refleksja na temat wszechświata. Jesteśmy naprawdę nieistotni z punktu widzenia nieskończoności. Warto zdać sobie czasami z tego sprawę, aby nabrać dystansu do pewnych rzeczy.

Mnie zawsze irytowało mylenie „wiary” i „religii”, co jest w tym kraju nagminne…

Trudno o inne podejście w kraju, w którym religia pełni tak ważną funkcję społeczną i polityczną. Myślę, że akurat w tej materii jesteśmy takim Iranem, tylko że w wersji bardzo soft.LOWEST 2018 DRUGIE

Dobra, to na koniec wróćmy do muzyki i płyty  – podoba mi się ta „ziemista” okładka. Patrzę na nią i już czuję się brudny – kto podał ten pomysł?

To była konsekwencja tego, co przedstawia okładka. Wechter narysował wzór na podstawie jednego ze szkieletów ze stanowiska archeologicznego Nataruk w Kenii. Odnaleziono tam ślady po masakrze na jednym z plemion myśliwych-zbieraczy. Ofiarami były prawie same kobiety i dzieci – mężczyźni w tym czasie polowali. Intrygujące wydało mi się to, że ten pierwiastek bezwzględnej brutalności jest od zawsze częścią naszej psychiki.

Skoro mamy więc szkielet w ziemi – wiadomo, okładka musi być ziemista. Tak to mniej więcej wyglądało. Okładkę ze szkieletem z Nataruk wymyśliłem więc ja, narysował Wechter, a tło dodała Iza, która bardzo nam pomogła przy składaniu graficznym tej płyty. Prywatnie jest dziewczyną naszego basisty, Konstantego, była to więc praca zbiorcza. Kolor wybraliśmy w wewnątrz zespołowym głosowaniu, poprzedzonym debatą.

Powstał komplet. Zwarty materiał, który jest jakąś nową jakością na scenie hardcore. Ale… nie obrażacie się, kiedy mówią tu i ówdzie, że gracie sludge?

Nie, dlaczego? Nie mamy z tym żadnego problemu. Najważniejsze, żeby muzyka się broniła, kwestia etykiety jest nieistotna. Poza tym scena hardcore nie takie eksperymenty pomieściła w swoim spektrum.

Myślisz, że teraz osiągnęliście szczyt? Czy chciałbyś, żeby to „najlepsze” w sensie muzycznym było jeszcze przed wami?

Myślę, że każdy na tak zadane pytanie odpowie, że chciałby aby ten szczyt był przed nim. Nie inaczej jest ze mną. Mam nadzieję, że będziemy wciąż nagrywali coraz lepszą muzykę i grali coraz fajniejsze koncerty.

I na koniec – tradycyjne i nudne do wyrzygania plany na przyszłość…

Plany są takie, aby nie robić następnej płyty pięć lat, oraz aby grać fajne trasy. Ale nie mogę na razie powiedzieć niczego więcej.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu