THE FREUDERS – Magiczny punkt G

Brak przynależności gatunkowej może być zaletą, ale też kulą u nogi. The Freuders z tej wady zrobili zaletę, bo cały czas się zmieniają, balansują na granicy gatunków, biorąc z nich wszystko co najlepsze. Tworzą w ten sposób muzykę, która wymyka się klasyfikacji, przez co jeszcze bardziej intryguje, choć z drugiej strony jest… po prostu dobrą, rockową szkołą jazdy. Problem w tym, że „rock” kojarzy mi się z „terazrokowymi” panami w średnim wieku. Oczywiście, nie ma sensu galopować zbyt daleko, bo warszawska załoga nie mieści się w tej kategorii, proponując swój najbardziej zwarty, przemyślany i zrównoważony materiał. Materiał, który może się podobać stacjom radiowym i bardzo dobrze sprawdza się jako płyta „do słuchania”, skrywa sporo fajnych rozwiązań, które są z jednej strony zwyczajne, a z drugiej powodują, że „Warrior” jest albumem kompletnym. Czy znajdzie odbiorców? Mam nadzieję, że tak. 

Na początek oczywiście życiowo. Wasza płyta ukazuje się chyba w najmniej dogodnym terminie z możliwych. Nie było jakichś przepychanek w zespole odnośnie ew przesunięcia premiery?

Piotr: Absolutnie żadnych, wzięliśmy to na klatę jak na prawdziwych facetów przystało. Stwierdziliśmy, że nie będziemy się poddawać żadnemu wirusowi a potem płakaliśmy nad koncertami które się odwołały.

Maciek: Nie było żadnych powodów, żeby nie udostępniać nowego materiału, a przede wszystkim, była w nas duża potrzeba pokazania tego światu. A, że wszyscy się chyba zgadzamy w tym temacie, to i przepychanek nie było.

Pytam o ten fakt, bo teraz żyjemy w nowej rzeczywistości i od razu chce się zapytać, jak się w niej odnajdujecie?

Olek: Każdy na swój sposób inaczej – główne przez różny styl pracy i funkcjonowania, który u wszystkich jest trochę0-3 inny. Tymon i Piter mają dzieci, więc oczywiście jest codzienny reżim, Ja świetnie bawię się sam ze sobą w izolacji a Maciek głównie pracuje nocami. Więc jak widzisz każdy ma też inne zobowiązania na co dzień i inaczej stara je sobie ułożyć w zastanych realiach. Natomiast wszyscy jednym głosem ubolewany nad niemożnością grania regularnych prób oraz oczywiście koncertów – wyobraź sobie, że właśnie wydałeś płytę, chciałbyś jechać w trasę życia… no po prostu rozrywa człowieka od środka. Teraz wszyscy powoli zastanawiają się jak to będzie w… 2021 roku, bo w tym, w temacie koncertów nie wydarzy się chyba już nic… Z pewnością na sile zyskają mniejsze kluby – te, które się utrzymają. Większe obiekty i organizatorzy wciąż będą musieli liczyć się ze sporymi ograniczeniami a co za tym idzie – kosztami. Jest też potężny głód społeczny bycia razem i współodczuwania muzyki na żywo, i nie mówię tu o stadionach. Raczej ludzie bedą czerpać radość z piwa przy barze i miejscówkach na maksymalnie kilkaset osób. I tu pojawiamy się my!🙂

Piotr: W tym roku możemy zapomnieć o jakimkolwiek graniu, dużym, małym i najmniejszym; rozkwit przezywają koncerty online, dlatego mamy nadzieję, że to nie będzie standardem. 2021 będzie ciekawy, osobiście jestem przekonany, że male kluby będą przeżywały renesans bo to tam z braku możliwości organizacji dużych festiwali będą grali ci duzi. Pytanie, czy zostanie miejsce dla tych mniejszych…

Maciek: Ale na razie to też jedna, wielka niewiadoma. Myślę, że każdy z nas ma nadzieję, że ten renasans przyjdzie jeszcze w tym roku.

Rozumiem ten głód, bo jednak ostatnia, długa płyta ukazała się w 2015 roku, czyli sto lat temu. Jeśli mielibyście jakoś podsumować wasz rozwój i zmiany, które zaszły – co byłoby najistotniejsze?

Tymoteusz: W zasadzie najważniejszy był rozpad i powrót, bo przez chwilę zespół zawisł w próżni i trochę jak cząsteczki atomu oddaliliśmy się od siebie. W międzyczasie każdy z nas, mówiąc kolokwialnie, żył własnym życiem, łapał doświadczenia, które dzieliliśmy lub nie… Ja się prawie przekręciłem na drugą stronę, ale spotkaliśmy się tu i teraz, po to żeby dokończyć w rozłamie ep-kę „Omniform”, a następnie przejść do fazy koncept albumu „Warrior”. Między „Omni” a „Warriorem” dołączył do nas Piter, który był tym brakującym pierwiastkiem, potrzebnym do reakcji atomowej i tak… nastąpił wielki wybuch (śmiech).

W poprzedniej naszej rozmowie padły dość znamienne słowa, że zacytuję: Muzycy od dekad walczą o przetrwanie i na powierzchnię wypływa 1/100000 z zakładanych składów.” Ta walka o przetrwanie nabiera dzisiaj zupełnie nieoczekiwanego charakteru – może to ryzykowna teza, ale być może ta cała sytuacja z wirusem spowoduje obudzenie się ducha walki w rockowych składach?

Piotr: Na pewno cześć zespołów ta sytuacja rozłoży na łopatki, zwłaszcza kapele, które trafiły na muzyczny zakręt. Nie wiedzą co dalej z promocją, co z marketingiem i jak ułożyć sobie plany, część wyjdzie z tego mocniejsza, zwłaszcza Ci, którzy nie przespali tego czasu. Jeżeli ktoś wykorzystał ten czas na inne rzeczy niż siedzenie na kanapie i płacz, że nie ma prób, to wyjdzie z tego mocniejszy i za chwilę zobaczymy, które zespoły były prawdziwymi teamami a które nie. My się zaliczamy to tych grup, które walczą do końca i wszędzie. Niemniej, jestem przekonany, że pożegnamy na długie miesiące parę znanych i mniej znanych nazwisk ze sceny.

Tymoteusz: Kluczowy w tej „walce”, o której wspomniałeś będzie bilans między szczerością emocji, przekazu, które zawsze powinny być najważniejsze, a jakością produkcji – obecnie w domowych warunkach można nagrać dobre, szczere nagrania, ale zespół to jednak suma charakterów, brzmień, brudów i wektorów, więc jeśli będą dostatecznie zdeterminowane oraz konsekwentne to dotrą pewnie w jakimś miejsce. Generalnie… muzyka sama w sobie powinna być celem. Przygodą. Podróżą. W tej branży nic, a zwłaszcza sukces nie są pewne (śmiech)

Magiczny punkt G

Magiczny punkt G

Poruszyłeś ważny wątek, dlatego trochę go podrążę: szczerość w muzyce; przyznam, że to słowo jest dość wyświechtane bo prawie każdy się na nie powołuje – co to w zasadzie znaczy, czym w XXI wieku jest owa szczerość, szczególnie w rocku?

Tymoteusz: Rock zawsze jak schizofreniczny brat bluesa, balansował między pozerstwem, a „szczerością przekazu”. Między innymi dlatego nie chcemy być wkładani do szufladki rockowego grania z pazurem bo… wpływy w naszym graniu są dość szerokie i każdy z nas ma swoje poletko do zaorania, ale i pełną swobodę w tym aby krytykować, wyrazić opinię i przede wszystkim dążyć do tego, aby stworzyć obiektywnie dobrą piosenkę. Dla mnie te piosenki jak „Trauma”, „Coma”, „Warrior”, czy „Maria Stewart” to są takie kapsułki, w których zaklinamy rzeczywistość. Możesz to łyknąć jak dobry suplement i albo wejdzie… albo nie.

Maciek: Nie wiem, czy można rozgraniczać rocka od innych gatunków, czy jakiejkolwiek działalności artystycznej. Jak również wydaje mi się, że definicja szczerości w muzyce jest czymś ponadczasowym, a może po prostu dla nas taka jest. Czyli jednak zawsze chodzi o prawdziwą emocję, która rodzi się ze wspólnego grania, sumy osobowości i naszych aktualnych przeżyć prywatnych.

Czy zespół, który ogłasza bez ogródek, że gra dla kasy jest szczery czy arogancki?

Piotr: Jest szczery. Kłamstwem jest udawanie, że ktoś gra z innych pobudek niż kasa. Jeśli tak nie jest, to jest problem wyciągnięty ze środowiska hiphopowego, gdzie zawsze zarzuca się raperom, że zaczynają zarabiać wychodząc z podziemia, niemniej, jeżeli muzyka ma być dobra, poświęcasz jej czas i oddajesz się temu w 100% to czym to się różni od pracy, za którą każdy oczekuje sowitego wynagrodzenia ? Zespół, który ogłasza, że gra za darmo do końca swoich dni, to jest wg mnie mocno nieszczere podejście do tematu, niemniej nie można też stwierdzić, że grając za kasę czy dla kasy jesteś nieszczery w tym co robisz i w emocjach, które chcesz przekazać publiczności. To dwie różne sprawy, które powinny być daleko od siebie.

Gdzie w tym labiryncie znajduje się The Freuders?

Tymoteusz: Sęk w tym, że tu nie ma labiryntu,🙂 jest prosta droga przed siebie – co prawda niezbyt usłana fiołkami, ani różami, za to wiaderkami potu, zerwanych strun i naciągów. To co daje satysfakcję jak po dobrym seksie to koncerty – bo próby próbami, komponowanie też jest przyjemne, praca w studiu bywa przyjemna tak samo jak frustrująca, ale to co jest najważniejsze w muzykowaniu to granie koncertów. To dopiero będzie wyświechtane, ale mamy za sobą granie zarówno dla kilku osób w klubie jak i kilku tysięcy na imprezie masowej – fun jest zawsze ten sam pod warunkiem, że jest dobre nagłośnienie i dobry impuls zwrotny od publiczności.

Na pewno jesteście… hm, weteranami rockowego półświatka? Jak się czujecie po tylu latach walki?

Piotr: Trwa kolejna runda a my cały czas stoimy i ani razu nas jeszcze nie liczyli 🙂a kątem oka, trzymając gardę, widzimy, że ludzi obok ringu przybywa…

Tymoteusz: Kaman… weteranami to będziemy za 20, 30 lat🙂 i jestem przekonany, że ta kapela dalej będzie istnieć nawet jeśli ja będę po drugiej stronie lustra. Musiałem wrzucić jako „frontmen” ten aspekt egocentryczny, ale umówmy się – płyta jest wydana, a my już ciśniemy kolejną. Tu nie ma miękkiej gry.

Prawdziwi wojownicy (nie śmieję się…). A propos wojowników: wspomnieliście, że nowa płyta to „koncept album”. To intrygujące, szczególnie w kontekście zespołu rockowego. Może coś na temat tegoż konceptu?

Tymoteusz: Celnie trafiasz pytaniami, a ja, niestety, będę musiał znowu sięgać zbyt głęboko i zbyt osobiście. „Koncept” zakładał oddolną, codzienną walkę z naszymi przywarami, złymi nawykami, brakiem czasu, rezygnacją z pewnych zobowiązań, żeby wznieść muzykę zespołu na kolejny poziom – zarówno w sensie emocjonalnym, twórczym, ale też produkcyjnym. Umówmy się, że każdy z nas tkwi w szeregu ról społecznych, na które godzi się lub nie. Mamy ten komfort, że możemy tworzyć bez oddechu komercyjnej kalki za plecami. I to znowu zabrzmi sztampą, ale „Warrior” to jest wewnętrzny rachunek sumienia – co zrobiłem dla siebie, dla innych, po to żeby nie zmarnować cholernej sekundy z życia, która była mi dana; jest to też spowiedź z tego co się nie udało i co udało się jednym słowem poetycko zjebać.

Ten „wojownik” w was jest także potrzebny, żeby walczyć z rzeczywistością, bo – co tu ukrywać – codzienność rockowego zespołu w Polsce nie jest usłana różami i raczej jest to walka z wiatrakami, niż triumfalne pokonywanie barier. Może nie „wojownik” a „don Kichot”?

Piotr: Kto powiedział, że chcemy skupić się na Polsce? Wiemy, że nie jest to popularny styl muzyczny i że nie tworzymy muzyki dla każdego, niemniej odbiorcy, którzy trafiają na naszą muzykę zostają z nami na dłużej, na dobre i na złe; pamiętają o nas, kiedy po pięciu latach powstaje nowy album. Codzienność każdego zespołu, który rozpycha się i walczy o słuchaczy a właściwie o kanały dotarcia do nich, jest trudna, niezależnie od stylu, w którym tworzysz… Niestety, aby móc przemówić do szerszego grona i pozwolić się ocenić, trzeba wykonać potężną pracę całkowicie niezwiązaną z tworzeniem czy graniem… trochę to przykre, ale niestety, konieczne.

Tymoteusz: Zdecydowanie zgadzam się z Piotrem – nie możemy zapominać o tym, że niezależnie od lockdownu nie ograniczamy się wyłącznie do rynku polskiego. Aczkolwiek.. pierwszy numer po polsku jest krokiem w bok. Mokry sen części muzyków to bycie odkrytym przez wielką wytwórnię, która otworzy świat stadionów, limuzyn i szalonych imprez z karłami wciągającymi herbatę z nagich pośladków stewardes w prywatnych samolotach. Mnie zupełnie wystarczy gdybym mógł spędzać pół roku w trasie. COVID zawiesza całą branżę „do odwołania” co blokuje wszystkie mokre sny co więcej… pozostawia wiele osób pracujących w branży bez środków do życia, o czym zupełnie się nie mówi.

Piotr: Może nie blokuje, ale zmienia ich scenariusz – nagle z bycia gwiazdą Openera marzysz o zagraniu dla 50 osób gdziekolwiek.

Tymoteusz: Oj… jakże to byłoby ciekawe (śmiech). Chętnie zobaczyłbym Gorillaz albo Nicka Cave’a w klubie dla pięćdziesięciu osób!

0-2

Tylko to wszystko sprowadza się do pytania o to, co w dzisiejszych czasch może otworzyć taką ścieżkę kariery? Bo muzyka rockowa raczej nie. W XXI wieku rock przestał być dla młodych ludzi czymś atrakcyjnym, rolę rebelii przekutej w sukces przejął hip hop a triumfy święcą synth’owe duety…

Piotr: Ale coraz więcej młodych ludzi po ulicach chodzi w koszulkach Metallica, Motörhead itp, coś co praktycznie zniknęło na długie lata, wraca, czasy gdzie już każdy pochował muzykę rockową pięć metrów pod ziemią, mijają. Młodzież potrafi słuchać „dobrej muzyki” bez zatkania się w szufladce jednego stylu. Uważam, że rock wróci ze zdwojonym uderzeniem zanim się wszyscy zdążą się obejrzeć.

Tymoteusz: Bezlitosna prawda jest taka, że czasy dużych budżetów na produkcje płyt przeminęły bezpowrotnie, chyba, że jesteś Dawidem P., z którym dzieliliśmy przez chwilę salkę obok, a którego pozdrawiamy serdecznie. Szybciej i łatwiej jest wyprodukować obecnie album hiphopowy lub duet, który nie jest tak wymagający jak kwartet, gdzie muzycy aby utrzymać poziom wykonawczy muszą odbywać regularne próby, godziny mozolnych ćwiczeń w domu. Każda produkcja płyty – niezależnie czy to hiphopowej, elektronicznej czy popowej to setki godzin mozolnej pracy, więc szanujemy każdą działalność artystyczną. Szczerze? Szanuję nawet Zenona Martyniuka, bo trafia w gusta 50% Polaków i jeszcze potrafi za to utrzymać rodzinę a to czy podoba mi się jego sztuka, to już osobny temat… Wracając do pytania co może otworzyć ścieżkę kariery w XXI wieku: jak znajdziemy magiczny punkt G pewnie podzielimy się receptą, póki co wszystko wskazuje na to, że podstawową siłą (sic!) wpływu społecznego jest Internet i telefonia komórkowa co trochę niepokoi, bo sporo osób traci kontakt z rzeczywistością, a lockdown tylko to pogłębia.

Gusta to faktycznie trudny temat… I w waszym przypadku ten punkt G jest dzisiaj w innym miejscu, bo na nowej płycie – co może być zaskoczeniem, wyczuwam lekki posmak rocka progresywnego, czy to w harmoniach czy niektórych aranżacjach. Taka epickość jest waszym zdaniem kluczem do rozwoju i zyskania nowych słuchaczy?

Tymoteusz: Anatomicznie i muzycznie nasz punkt G jest cały czas w tym samym miejscu,🙂 uwielbiamy grać ze sobą, cieszymy się tym i nie możemy doczekać się kolejnego momentu, kiedy wspólnie z fanami zaczniemy tracić słuch na koncertach. Epickość z kolei jest związana z parametrem czasu – czy ta płyta się obroni? Subiektywnie jest naszą najlepszą jak do tej pory, ale czy podskoczymy wyżej własnej dupy? Pracujemy nad tym.

Na pewno jest to wasze najbardziej konsekwentne dzieło. Nie ma drugiej płyty z wariacjami, nie ma skoku wbok, jak to było z mojego punktu widzenia na ep-ce, jest zwarty, ale bardzo kolorowy album. Konsekwentny z jednej strony i badający nowe rejony z drugiej, taka szybka recenzja. Jednocześnie jest dość tradycyjny w formie, czyli stawiajacy raczej na wyrobionego, rockowego odbiorcę. Świadomie rezygnujecie z eksperymentowania z własną muyzką? I kolejna kwestia, która mi się nasuwa – kluczem do stabilności jest rezygnacja z ryzyka jakie niesie zbytnie oddalanie się od zagospodarowanych rejonów?

Piotr: Udaliśmy się w nowe rejony numerem „Anamnesis III” gdzie Łukasz Żurkowski położył wokal w całości po polsku. Jest to dla nas duża rewolucja bo do tej pory nawet nie rozmawialiśmy o takiej możliwości. Mówisz o konsekwencji – próbujemy nowych rzeczy, ale nie stawiamy na rewolucję i nagłe zmiany w całości tworzenia i podejścia do naszej muzyki. Mamy nadzieję, że numery, w których poszliśmy w trochę inną niż dotychczas stronę będą też dobrym papierkiem lakmusowym. Dostajemy dużo informacji zwrotnych od naszych słuchaczy, to na pewno pozwoli nam myśleć nad dodawaniem nowych elementów do całej układanki eksperymentowania podczas tworzenia kolejnych kompozycji.

Maciek: Tak, wg mnie w tym materiale jest jednak dużo eksperymentowania, ale też być może po prostu znaleźliśmy nasze poletko, w którym najlepiej się czujemy. I być może dopiero teraz jest moment na oddalanie się od tego poletka.
Ale też, czy zaskakujący, jak wcześniej napisałeś, wyczuwalny lekki posmak rocka progresywnego, czy kawałek po polsku nie jest eksperymentem i podróżą w nieznane?

0-4Jest eksperymentowanie, ale w pewnych ramach, ja jednak odniósłbym się do innego aspektu „eksperymentu”, bo wyczuwam w was wspomnianą już chęć wyjścia poza polskie poletko. Jaka to trudna sztuka przekonało się już wielu, zatem muszę was pociągnąć za język: jesteście gotowi na wyjście poza nasze granice? A jeśli tak, to jaka macie strategię?

Piotr: Oczywiście, że mamy chęć wyjścia za ogrodzenie i pokazania się w różnych miejscach, niemniej ta chęć nie wynika z jakiegoś cukierkowego myślenia, że „na Zachodzie wszytko jest takie super”. Po prostu zdajemy sobie sprawę, że w różnych krajach różna muzyka ma swoich odbiorców, widać to doskonale patrząc na naszą scenę muzyczną, zwłaszcza genialnych zespołów grających właśnie rocka progresywnego. Zespoły gromadzące u nas np. 2 tys ludzi na koncertach, za granicą znajdują się na scenach, gdzie czeka na nich kilka lub kilkadziesiąt tysięcy osób i to nie wynika z tego, że odbiorcy w Norwegii, Niemczech czy Australii mają lepszy czy gorszy gust muzyczny, po prostu tam tego typu muzyka ma szerszy krąg słuchaczy. Dla mnie muzyka nie ma granic, grasz tam gdzie chcą Cię słuchać, jeżeli grasz, tworzysz w języku uniwersalnym jakim jest język angielski, operujesz w nurcie, którego utwory nie lecą w komercyjnych stacjach pierwszego wyboru i nie tworzysz po to żeby tam się znalazły to odpowiedz jest krótka: tak, jesteś gotowy.

Właśnie, odwracajac wszystko i nawiązując do numeru w języku polskim: może cała płyta po polsku byłaby też kluczem do sukcesu? Większego sukcesu…

Piotr: Może… Może faktycznie dodanie kraftwerkowych synthów czy 30-to osobowego, gospelowego chóru na koncertach byłoby kluczem do sukcesu? Ewentualnie wypuszczenie Tymona na scenę z akustykiem i śpiewanie wzruszających ballad? Niestety, o tym się nie przekonany z jednego powodu: to nie jesteśmy „my” i na pewno taki zabieg mógłby pachnieć plastikiem a jestem przekonany, że liźnięte sztucznością utwory już nie byłyby smaczne.

Doceniam samoświadomość, dlatego chcętnie usłyszę co zatem będzie dla was, powiedzmy, celem do zrealizowania, skupmy się na razie na tu i… chciałbym powiedzieć „teraz”, ale „teraz” odnieść można chyba do 2021 roku bardziej. Chyba że i w tej sytuacji widzicie jakieś możliwości (cele…)

Maciek: Cel na teraz jest taki, żeby pokazać nasz materiał największej ilości osób. Szukamy cały czas kontaktów za granicą, odzywamy się do ludzi prowadzących blogi, magazyny, radia. Planujemy też kolejne teledyski, powstaje już koncept, odbyły się już pewne rozmowy, mam nadzieję, że uda się to zrealizować, ale na razie nie będę więcej zdradzał.

Piotr: Cały czas rozwiązujemy kwestie związane z koncertami, które na ten rok były zaplanowane, szukamy nowych terminów, rozmawiamy z klubami i festiwalami, w których line-upie jesteśmy. Na szczęście Olo jest naszym kołem zamachowym w tych działaniach i potrafi załatwić wszystko z każdym.

🙂Zatem, na koniec: czego można wam w tej sytuacji życzyć? Jakie macie marzenia, jako zespół, bądź co bądź nadal na dorobku …

Piotr: Czasu, czasu i jeszcze raz czasu, który możemy poświęcić sobie nawzajem żebyśmy mogli pchac freudersowy wózek cały czas pod górę i po wertepach a reszta przyjdzie wtedy napewno i marzenia zmienią się w pozycje w kalendarzach! 🙂

Maciek: Trasy koncertowej po Europie, na pewno… 🙂

Tymoteusz: Liczę wciąż na epicką trasę koncertową po Azji, a zwłaszcza Chinach.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/P. Chmolowski