THE FREUDERS – Do wyczerpania baterii

The Freuders are back! Kiedy we wrześniu 2015 roku zespół kończył naszą rozmowę, zapewniając, że udaje im się nie dać o sobie zapomnieć, był w lekkim błędzie, bo przez kolejne lata z rożnych powodów szumu wokół tej nazwy nie było. A szkoda, bo „7/7” to intrygująca mieszanka była. Dzisiaj zespół daje o sobie znać za sprawą własnoręcznie wyprodukowanej i wydanej ep-ki „Omniform”, która potwierdza, że mimo absencji, zespół nadal ma coś do powiedzenia. Cztery zwarte, świetnie zaaranżowane rockowe piosenki, w których miesza się psychodeliczny duch, nieco toolowa motoryka, lepiące melodie i szczypta stylowego, indie rockowego zgiełku. The Freuders nie stracili nic ze swojego uroku i choć najbardziej lubię ich w tej nieco rozedrganej, rozimprowizowanej formie, znanej z drugiego krążka, składającego się na debiut, także w tych, nieco bardziej zwartych strukturach czuję niepokojącą potrzebę wyrwania się ze schematu aranżacyjnego. No, ale na „coś więcej” przyjdzie nam poczekać aż ukaże się duża płyta, nad którą intensywnie pracują. Przed zespołem udział w Męskim Graniu, a na razie swoimi doświadczeniami i przemyśleniami dzielą się kolektywnie – gitarzyści Olek i Tymon (także wokalista) oraz basista Maciek. Zapraszamy!

Może będzie to dziwny początek, ale zastanawiam się, czy dzisiaj muzyka rockowa jest jeszcze komuś potrzebna?

Idąc efektem skali „od dołu” – na pewno jest potrzebna tym, którzy ją grają. Jest (przynajmniej dla nas) odskocznią od codziennych frustracji, wentylem bezpieczeństwa. Rock, prędzej czy później, dostaje jakąś łatkę „post”/”neo” i zahacza o komercję, staje się produktem. Najważniejsze, żeby emocje przemawiały same za siebie i trafiały do osób, które identyfikują się z nimi.

Pytam, bo dzisiaj jest to tylko syzyfowa praca. Sami płacimy za sale prób, za studio, za grafiki, miks, niejednokrotnie za tłcznię płyt. Wydawca daje znaczek, promocję też często zespół bierze na swoje barki. A na końcu są rachunki, wściekła żona w domu, bo cały czas siedzimy na sali prób. Może to bardzo pesymistyczne, ale czasami wydaje mi się, że to taka sztuka dla sztuki, survival dla świrów…

Omniform

Omniform

To raczej nie jest kwestia „naszych czasów”. Muzycy od dekad walczą o przetrwanie i na powierzchnię wypływa 1/100000 z zakładanych składów. Różnią się tylko narzędzia przekazu. To kwestia losowa? Budżetów? Masterplanów? Gdyby ktoś znał przepis, pewnie rządziłby światem. Dla nas istotne jest to, że mimo wewnętrznych perturbacji zebraliśmy się razem i gramy. Czerpiemy z tego przyjemność. Jest w tym dużo wyzwania, czasem kompromisów. Jako zespół rozwijamy się i to jest najważniejsze. Nie patrzymy na następną ep-kę jako na coś co się „sprzeda lub nie sprzeda”, ale na spójny artystycznie przekaz. Wiemy, że scena gitarowa ma utrudnione zadanie w popkulturze, ale pewien rodzaj postawy będącej w kontrze jest dla nas podstawą czegoś co ludzie nazywają rock’n’rollem.

Wewnętrzne perturbacje – prosimy o rozwinięcie tego wątku. Sensacja najlepiej się sprzedaje (śmiech).

He he… no cóż. W pewnym momencie stanęliśmy na bluesowym rozstaju dróg. Myślę, że każdy zespół na pewnym etapie staje przed wyborem być… albo być. Każdy z nas chciał ciągnąć w swoją stronę – ciśnienie nowych form nie dawało satysfakcji. Pojawiły się też problemy w komunikacji. Tymon trzasnął drzwiami i odszedł. Nie rozmawialiśmy przez rok, a on otarł się o śmierć. Dopiero po operacji Tymona zebraliśmy się bratersko razem, wyjaśniliśmy sobie pewne sprawy i ustaliliśmy jedną sztywną zasadę: już nigdy żadna kobieta nas nie rozdzieli.

No i dochodzimy do jądra tematu – KOBIETA. Ta podstępna postać zawsze wkrada sie między muzyków. A zastanawialiście się, czy tą „kobietą” nie jest zwyczajny brak sukcesu? W zasadzie po wydaniu 7/7 i paru koncertach była cisza. Świat nie wywrócił się do góry nogami. Może tu tkwi przyczyna?

Kobiety w warstwie tekstowej mają mniej lub bardziej DOSŁOWNE przełożenie.  Co do ciszy po 7/7 – nie byliśmy gotowi. Myśleliśmy, że po kilku festiwalach drzwi otworzą się szeroko. Pomijając kwestię znikomej promocji tego wydawnictwa, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że musimy włożyć o wiele więcej pracy w sfery, których do tej pory nie znaliśmy. Zabrzmi to dziwnie, ale w rock’n’rollu tkwi pewna przewrotność. Oglądasz na scenie gościa, który wydaje się nawalonym luzakiem, a nie zdajesz sobie sprawy ile czasu i energii angażuje w to, żeby osoba, która przyszła na koncert czuła, że daje z siebie 200%. I ta maksyma teraz nam przyświeca – niezależnie od kondycji, gramy do wyczerpania baterii.

Czego dokładnie nauczyły was ostatnie lata? Co chcecie wprowadzić w życie w przyadku nowej ep-ki? Jeśli możecie oczywiście zdradzić swoje plany marketingowe (śmiech).

Marketingowo standardowo: featuring z Taco, potem Orange, Opener, Rock am Ring, a jak starczy czasu to Lollapaloza. A czego nauczyły nas ostatnie lata? Pokory. Szacunku do każdej godziny, którą jako muzycy możemy spędzić grając razem i oddając się pasji. To brzmi dziwnie, ale jako gówniarz myślisz sobie – mam tyle wolnego czasu. Pogram na gitarze. Dzisiaj? Kurwa… Wracam z pracy. Wezmę wiosło do łapy. I NAGLE w tym wyżywaniu się, transie – wchodzi riff. Przynosisz go na próbę, a potem jakoś już idzie. Brzmi znajomo? To pewnie historia 1.000.000 kapel.

Czy z tego szacunku dla czasu zdecydowaliście się własnym sumptem wydać ep-kę? Nie warto było zaczekać na całą płytę?

Jak mówiliśmy wcześniej – chodzi bardziej o zamknięcie pewnej wizji, pewnego etapu. Utwór kończący ep-kę, „Shipwreck”, jest punktem wyjścia dla nowego wydawnictwa, które klaruje się i prawdopodobnie ukaże się późną jesienią/wczesną wiosną jako regularny longplay.

Nowe kawałki są trochę takim skokiem w bok. Zwarte struktury, konkretne riffy… a ja przyznam, że tęsknię za tymi szalonymi improwizacjami. Czy ten improwizowany The Freuders został pochowany w przeszłości, czy jeszcze się pojawi?

Ha – w takim razie musisz przyjść na koncert! Wydawnictwo jest tylko pretekstem do tego co dzieje się później na koncertach. Klatka, kadr, ot fotografia z komunii, a życie biegnie dalej! Grając koncert premierowy musieliśmy skrócić set o „stare” i premierowe numery, bo w tle były kolejne impro koncepcje. Nie wdając się w mistyczno-filozoficzne dywagacje – życie to ciągły ruch, rozproszenie i skupianie energii. Jeśli rodzi ze sobą spełnienie to warto iść tą drogą.

Do wyczerpania baterii

Do wyczerpania baterii

W zasadzie ta ep-ka nie daje specjalnie wskazówek odnośnie nowej płyty. Możecie troszkę uchylić rąbka tajemnicy?

Jako rozbitek lądujesz na plaży. Nie rajskiej. To plaża Omaha. Z dobrą akustyką. Jak sala operowa. Zamiast wrogów masz tylko milion zbitych luster i własne, osobiste win or loose.

Wow… To już wiem wszystko (śmiech). Ale dwóch płyt tym razem nie będzie?

Dwóch płyt nie planujemy, tym razem postaramy się skondensować wszystko na jednym krążku – chociaż z nami to nigdy nic nie wiadomo (śmiech).

2018 rok to zupełnie inny czas i inne fascynacje młodych ludzi niż w 2015. Wszystko pędzi, dlatego ciekawi mnie, jak wy postrzegacie to co dzieje sie w muzyce – czy jako czynni uczestnicy sceny muzycznej macie swoje typy, płyty/wykonawców, którzy zrobili na was w tym roku wrażenie?

W naszym obozie toczy się aktualnie zacięta dyskusja dotycząca najnowszej płyty Arctic Monkeys – Tymon ponoć już się przekonał do jej pierwszej połowy, ja (Olek) wcale a wcale, chociaż ma swoje brzmieniowe smaczki. Jednak brakuje w niej tego charakternego pazura, słychać, że tak jak znakomita większość obecnie wydawanych płyt, stawia mocno na kwestie producenckie i aranżacyjne. Zawiedliśmy się też trochę na ostatnim krążku QOTSA, sprawia wrażenie niedokończonego, uciętego koncepcyjnie gdzieś w połowie. Za to bardzo dobre zdanie mamy o ostatniej płycie Perfect Circle!

To co powiedzieliście, świadczy wlaśnie o tym, że dzisiaj nie rock a hip hop i poszukująca elektronika mają przyszłość. Ale ale, wy chyba w to jednak nie wierzycie, bo wasza ep-ka jest wręcz bardziej zdeklarowanie rockowa niż 7/7. Zastanawialiscie się, jaka jest recepta na sukces w tej branży?

To zawsze jest wypadkowa wielu czynników, wymieniając chyba te najważniejsze – własnego zacięcia, wyznaczaniu sobie kolejnych kamieni milowych, dobrze zaplanowanej promocji idącej w parze z regularnym i intensywnym graniem na żywo. No i najfajniej by było jakby ktoś chciał jeszcze tego słuchać (śmiech). Jesteśmy absolutnie świadomi potęgi hip hopu i elektroniki na rynku muzycznym – zarówno polskim jak i światowym. Ale wydaje nam się, że żywe instrumenty i szeroko pojęte gitarowe granie ma jeszcze sporo do powiedzenia i naprawdę ma się dobrze.

…skoro gitarowe granie ma dużo do powiedzenia, to co powiedzie na konstatację, że wasza ep-ka spodoba się w dużej mierze tym co czekają na nową płytę Tool?

To dla nas duży komplement – nie jest tajemnicą, że Tool miał duży wpływ na nasze inspiracje oraz brzmienia. Ciągłość muzyki polega na wzajemnym przenikaniu się stylistyki oraz tworzenie nowej jakości. W sferze warsztatowej czeka nas jeszcze dużo ciężkiej pracy, ale myślę, że progres słuchać na obecnym (i będzie słychać na kolejnych wydawnictwach).

Zdecydowaliście się wydać płytkę własnym sumptem. Z czego wynikała taka radykalna decyzja? Jestescie kolejnym zespołem, który twierdzi, że dzisiaj wydawca nie jest już potrzebny?

Hmm.. zasadniczo wydawanie własnym sumptem jest obecnie normą. Zespoły, które wydają pod „znanymi labelami” często ponoszą same koszty nagrań i postprodukcji dając gotowy produkt. Umowa dotyczy tylko licencji na dystrybucje, ale na listach sprzedaży widnieje jako wydawnictwo firmy XYZ. Jeśli idzie za tym wsparcie marketingowe to taka decyzja jest słuszna, bo pomaga dotrzeć do większej ilości osób potencjalnie zainteresowanych dana muza. Dla nas to decyzja dająca pełną wolność artystyczną – to czego nam brakuje to promocja.

No właśnie. Płytka jest ale trochę cisza wokoł niej. Wiadomo, tumult na scenie muzycznej jest przeogromny, zatem trudno się dziwić, ale może macie jakis patent żeby „zaistnieć trochę bardziej” skoro już zdecydowaliście się wyjść z cienia?

Przede wszystkim, trzymamy kilka asów w rekawie – parę niespodzianek koncertowych i teledysk. Ep-ką chcieliśmy zaznaczyć, że żyjemy. Praca nabiera tempa i już niebawem uchylimy rąbka tajemnicy.

No to specjalnie dla Violence ujawnijcie choć jednego, malutkiego asa. Taki eksklusiw ( śmiech)…

Malutki As to koncert w Teatrze Ochoty 13 lipca – w dalszej kolejności koncert na jednym z polskich festiwali – teledysk – a jesienią trasa klubowa po Polsce. Rownolegle nagrania demo i przygotowania do rejestracji wielośladowej nowego albumu.The Freuders_2018

Ok. To na kiedy planujecie premierę całej płyty?

Za wcześnie by o tym mówić w tym momencie – realna jest wiosna 2019. Póki co chcemy wyczerpać maksymalnie treści zawarte na „Omniformie”.

Czy Omniforma ma coś w rodzaju przesłania, mysli przewodniej?

W abstrakcji, frustracji, wewnętrznych rozterkach zawsze warto szukać światła. Kolejnego rozdziału opowieści. Bezwzględnie.

Ok. Zatem, ostatnie słowo pozostawiam wam…

Zapraszamy na najbliższe koncerty  – więcej szczegółów niebawem na naszej stronie internetowej thefreuders.com. To może trochę naszego typowego, nieudolnego marketingu. Osoby, którym przypadł do gusty Omniform zachęcam do zamówienia limitowanej edycji CD. Do przesyłek dołączamy dość ciekawą i spersonalizowaną niespodziewankę.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu