THE DOG – Skrajne sytuacje budzą kreatywność

Pies jaki jest, każdy widzi. Powoli, z żelazną konsekwencją buduje swoją muzykę i wizerunek, zmienia się, ale bez jakichś strasznych trzęsień ziemi. A jednak nowy materiał „Avenge Us”  w porównaniu z „I Am You”  zaskakuje, bo w porównaniu z szybkimi początkami, dzisiejszy The Dog, jest osadzony nisko przy ziemi, kroczy wolniej, ale bardziej sugestywnie przekazuje swoją wizję. To nadal hardcore, ale taki, co wie gdzie leży metal i gdzie została przeszłość gatunku. Czasami mówi się, że muzycy to ludzie, co nawet jeśli świetnie grają, nie mają nic ciekawego do powiedzenia. I na tym polu The Dog zaskakuje, za sprawą swojego wokalisty Igora Grudzińskiego, który mówi dużo i ciekawie (jak nie wierzycie, sięgnijcie po któryś numer NOISE, gdzie zajdziecie jego felietony i nie tylko…), a że żyjemy w dziwnych czasach, od tych dziwności rozpoczęliśmy naszą pogawędkę. 

Zanim o muzyce to wiadomo – sytuacja wymusiła na ludziach kultury nowe zachowania – wszyscy się wspierają, są koncerty online, zrzutki itp. To jest super, ale wiadomo, że jeśli ten stan się przeciągnie, nic nie uratuje egzystencji części klubów itp. I tu pojawia się pytanie o dofinansowanie polskiej kultury. Czy w tym całym syfie widzisz rzecz, która szczególnie cię wkurza? (dla ośmielenia dodam, że moim czarnym bohaterem jest minister kultury…)

Przede wszystkim, wkurzył mnie nagły wybuch jakieś perwersyjnej pasji ludzi o prominencji lewicowej do wylewania wiadra pomyj na przedsiębiorców, którzy oczekują pomocy od państwa w tej sytuacji. Na FB mnóstwo osób udostępniło post jakiegoś gościa, który twierdzi, że w związku z epidemią padnie w Krakowie rynek wynajmu mieszkań. Pomijam treść jego przesłania – również średnio się z nim zgadzam – ponieważ moją uwagę przykuł fakt, że sporo osób potraktowało tę wypowiedź jako przyczynek do wieszczenia końca kapitalizmu i słownego wysrania się na małych przedsiębiorców, Januszy biznesu (jakkolwiek ich nazwiesz…), bo rzekomo ci psioczą na państwo, kiedy trzeba płacić podatki, a wyciągają łapę, kiedy potrzebna im pomoc i są głupi, skoro nie potrafią sobie poradzić bez dochodu przez 2 czy 3 miesiące. Mam wrażenie, że pojęcie niektórych o tym, jak wygląda prowadzenie firmy zaczyna się i kończy na seansie Ziemi Obiecanej. Jakby pomiędzy pracownikami a spasionym panem w smokingu, który siedzi na górze złota, niczego nie było. Zobaczyłem w necie lustrzane odbicie tego, co o głównych beneficjentach 500+, klasach niższych, piszą polscy dorobkiewicze i lwy salonowe świata bronionego niegdyś przez PO – podobny język, inny adresat. To mnie zagotowało. Wśród owych małych przedsiębiorców są też właściciele klubów, o których wspominałeś, ludzie żyjący z kultury, wydawcy prasy muzycznej, zatrudniający ludzi żyjących z kultury i oczywiście bardzo smuci mnie ta sytuacja. Dramat całego uniwersum „śmieciówek”, wszechobecnych w owej pracy w kulturze to kolejna smutna cegiełka. Jako człowiek, któremu w kwestii światopoglądowej niegdyś najbliżej było tradycjom libertariańskim (dzisiaj już nie – preferuję zawieszenie sądu w wielu kwestiach), motyw dofinansowania postrzegam jako obarczony wieloma problemami. No bo kogo dofinansować? Wszyscy jesteśmy w kryzysie. Na rzecz kultury przemawia to, że bez pomocy państwa akurat ten element życia społecznego przestanie istnieć, bo nie generuje wystarczającego zysku i większość ludzi zapewne ma o nim zdanie, które da się streścić w pytaniu – a na co to komu?

Na pewno zastanawiałeś się, jak bardzo może zmienić się ta branża? Masz jakieś wizje? Czasami wychodzi, że zmiany będą dramatyczne, z drugiej, jak znam ludzi, można odnieść wrażenie, że nic się nie zmieni i wszyscy szybko zapomną o solidarności, wspieraniu i ogólnie modnej obecnie „braterce”. W sumie, po śmierci papieża  wielkiej miłości starczyło na ok. tydzień…

Zmieni się z pewnością. Zmianą, którą już można zaobserwować na wyciągnięcie ręki, jest powstanie zjawiska koncertów na żywo bez publiczności transmitowanych przez Internet. To jak poradziło sobie z tym Code Orange – nie odwołując realese party, a robiąc ponury, dystopijny show w pustej sali, jakby byli ostatnimi ludźmi na ziemi – zasługuje na wielkie brawa. Sytuacje skrajne budzą w nas pokłady kreatywności, o których istnieniu sami mogliśmy nie wiedzieć. Mój dobry ziomek, gitarzysta Torn Shore i Love Glove, siedząc na chacie przez kilka dni stworzył projekt solo. Nagrał na telefon i laptopa parę numerów, które od razu mógł wrzucić w Internet, z gotową okładką, historią i całą oprawą. Świat daje naprawdę nieograniczone możliwości i nawet epidemia śmiercionośnej (jakby nie było) choroby otwiera nowe opcje. Będzie to miało odbicie w relacjach między ludźmi. Tak na marginesie jego projekt nazywa się Air Hunger – polecam. Jeśli chodzi o braterstwo, o którym wspominałeś, to oczywiście serce rośnie, kiedy Internet zalewają informacje o akcjach spontanicznej pomocy, ale widzę w tym też drugie dno. Miejsc, które chciałbym wspierać jest naprawdę sporo, z niektórymi jestem mocno związany, a niedługo sam mogę wylądować w finansowych tarapatach z powodu koronawirusa, więc w każdej straconej z mojego portfela złotówce widzę zagrożenie. Z pewnością też na powierzchnie wypłynie sporo cwaniaczków, którzy korzystając z tendencji solidarnościowych będą próbowali ze zrzutek wyciągnąć dla siebie jakiś ekstra-hajs, bo czemu nie? Skoro są zespoły organizujące crowdfundingi po to, żeby móc pojechać sobie na trasę, pograć koncerty i pochlać, o czym bez skrępowania mówią, to chyba naprawdę można spodziewać się wszystkiego.

Skrajne sytuacje budzą kreatywność

Skrajne sytuacje budzą kreatywność

Co do intensywności online – widzę takie zagrożenie, że to są działania bardzo emocjonalne, tu i teraz, spontan, ale jeśli ten stan potrwa nie wiem, pół roku, czy jest możliwe, że stanie się to tradycją, i tak jak za bilet na koncert „analogowy”, będziemy chętnie płacić np. za hasło do sieciowego koncertu, nie wiem, Swans, Algiers czy Bolzer?

Wydaje mi się, że nie. Co prawda serwisy streamingowe totalnie zrewolucjonizowały formułę słuchania muzyki i fizyczne nośniki stały się domeną kolekcjonerów albo ludzi czasów przedinternetowych, ale nie wiem, czy koncertom grozi podobny los. W muzyce na żywo istotą jest właśnie owe „na żywo”. Bycie w jednym pomieszczeniu z innymi ludźmi, którzy przeżywają spotkanie z artystą w świecie rzeczywistym. Ma to w sobie ten rytualny sznyt, którego nie sposób odtworzyć nigdzie indziej. Choć sam nie jestem za bardzo fanem słuchania muzyki na żywo, to nie wyobrażam sobie, żeby Internet był w stanie przeskoczyć ten aspekt i zrekompensować go w inny sposób. Z drugiej strony świat bywa zaskakujący w swoim rozwoju, więc kto wie…

W takich sytuacjach wychodzi na wierzch wszystko co dobre, ale też to co w nas złe. I tu szczególnie narażeni na syf są ci biedniejsi, bezbronni ludzie, ale także organizacje non profit, skłoty itp. Czy tu można w jakiś sposób pomóc? Btw czy nie uważasz, że władza może sytuacje wykorzystać by właśnie celowo zdusić te ośrodki, tradycyjnie stojące w opozycji?

Owszem. Przy pierwszym pytaniu poniekąd poruszyłem już tę kwestię. Jako zło postrzegam tendencję do wydzielania ludziom odpowiedniej porcji cierpienia z powodu epidemii. Mówienie, kto ma większe, a kto mniejsze prawo do kłopotów. Oglądając TVN24 można dojść do wniosku, że głównym problemem społecznym obecnie jest to, jak zorganizować sobie czas w domu i znieść stres związany z pracą w systemie home office. Celebryci opowiadają o tym, jak ćwiczą jogę i nadrabiają zaległości książkowe. No kurwa mać! Odosobnienie to też przywilej społeczny. Są ludzie, którzy nie mogą siedzieć w domu, bo ich praca wymaga wychodzenia, więc świadomie dzień w dzień wystawiają się na zagrożenie związane z zarażeniem. Ja sam pracuję w usługach i w każdej osobie, z którą muszę mieć kontakt, widzę potencjalnego nosiciela wirusa – niestety, tak to działa – i nie jest to jakoś specjalnie przyjemne. Uważam zatem, że w tej całej sytuacji najbardziej poszkodowani są ci, którzy nie mogą podjąć działań mogących ochronić ich przed chorobą. Teoretycznie to im w pierwszej kolejności należy się pomoc. Niestety, nie mam żadnego remedium. Nie mam pojęcia też, jak pomóc obiektom, o które pytałeś. Zrzutki niedługo staną się tak powszechne, spiętrzone, że zapewne bezcelowe. Myślę, że obecnie władza ma o wiele większe problemy niż opozycyjny plankton i w pierwszej kolejności będzie musiała zająć się udowadnianiem – w obliczu masowych zachorowań – że polska służba zdrowia nie jest taką fasadą z gówna, jaką w istocie jest.

Jest w tym wszystkim jeszcze jedna konkluzja: że hardcore, czyli muzyka, która wyrosła z buntu, z niezgody, wykuwała się w ulicznym syfie, teraz może znowu odżyć i być bardziej kompatybilny z tym co się dzieje? Z jakimś oddolnym ruchem odnowy, pracy u podstaw etc…

No tak. Zawirowania zawsze mają twórczy wpływ na sztukę i kulturę. Intuicja podpowiada mi, że zamiast ruchu odnowy nastąpi pogłębienie klimatu nihilizmu, którego zimny powiew sam od lat czuję na karku. Niepewność odnośnie losu świata, wiara w jutro, w przyszłość, nigdy w moim życiu, a żyję 36 lat, nie była tak zachwiana. Wkrótce to wszystko zacznie się wylewać w muzyce i zamiast jednego Kickbacka będziemy mieć 10 albo 20 Kickbacków. Czym jest hardcore, czym jest punk i ten jego mały bunt z przestarzałymi problemami, skoro rzeczywistość w każdej chwili, mówiąc słowami Styrona, może pogrążyć się w mroku?

Zastanawiam się, choć to może jest trochę futurystyczne, czy ta sytuacja wygeneruje jakiś nowy, muzyczny trend, jakąś rewolucję. Coś czego muzyczna – szczególnie niezależna scena – potrzebuje jak spalona ziemia deszczu. Czy w dobie wirusa/wiecznego narzekania, że tylko archeologia – jest coś takiego możliwe?

To fakt. W muzyce gitarowej przydałoby się coś nowego. Po grunge’u i – jak twierdzi Fred Durst – nu-metalu, nie było żadnej rewolucji. Niczego, co byłoby w stanie poruszyć ludzkość na sposób masowy. Wszystko jest możliwe. Ja wyczuwam mega potencjał w nowinkach sceny hardcore’owej. Po dosyć kiepskich w moim mniemaniu latach pierwszej połowy 10s , pojawiło się w końcu jakieś poruszenie –kapele takie jak Turnstile, teraz Higher Power i Code Orange redefiniują nasze pojęcie o tym, czym jest nowoczesny hc/punk. Wciąż jednak nie widzę jakiegoś jednego pomysłu, czegoś, co mogłoby zunifikować i zebrać wszystkie panujące tendencje pod wspólnym dachem. Może będzie to apokalipsa? Negacja absolutna w ostatnim skowycie umierającej cywilizacji (śmiech)?

A może po prostu zżera nas konsumpcjonizm, który osłabia i stępia jakiekolwiek nonkonformistyczne poszukiwania? Osłabia chęć przełamywania własnych ograniczeń, tym przypadku w muzyce? Może na ławie sądowej powinien zasiąść Bóg naszych czasów – Internet? Może zamiast zarazy biologicznej potrzebna jest nam zaraza cyfrowa, która wypierdoli wirtualny świat do góry nogami? To wszystko z kolei prowokuje pytanie o miejsce niezalu/hardcore’a/punka itp. Jego migrację, higienę związaną ze znalezieniem się we współczesnym świecie. Wspomniałeś o Code Orange; czy to jest twoim zdaniem przyszłość? Czy punk może jeszcze wyjść z butiku z ciuchami z epoki i sklepu z winylami?

Obserwacja sceny punkowej, jakby nie było od wielu lat, skłania mnie raczej ku tezie, że konformizm jest najpierw. Strach przed opinią własnego środowiska podcina ludziom skrzydła i to on, a nie czynniki zewnętrzne (jak wspomniany przez Ciebie konformizm) stanowi główne narzędzie stagnacji. Zrobienie czegoś, czego nikt wcześniej nie robił, odwaga w występowaniu w kontrze do własnej tradycji, ten nieodłączny i kluczowy pierwiastek rock’n’rolla przeżywa historycznie swoje gorsze i lepsze chwile. Podejrzewam, że każda scena muzyczna przerabia to samo, choć hc/punk jest w mojej ocenie wyjątkowo konserwatywny. Pojawianie się takiej Siksy na przykład, pomijając ocenę jej poczynań, bo wiadomo, że te mogą się podobać albo nie, wywołało kilkuletnią dyskusję. To tylko dowodzi, jak strasznie zachowawczy potrafią być ludzie nawet w otoczeniu uchodzącym przecież za kontrkulturowe, burzące. Code Orange to nie przyszłość w sensie stylistycznym – nie jest to żaden nowy nurt muzyczny w rozumieniu technicznym. Chodzi o formułę. Bez wątpienia są zespołem, który potrafi olać utarte schematy i zrobić wszystko po swojemu. Podobnie Higher Power, a 10 lat temu Trash Talk. Oni wszyscy nawet jakoś inaczej wyglądają! A przy tym nie boją romansować z czymś, co kiedyś uchodziło za „muzyczną karierę”-  w latach 80., 90. i 00. jeszcze dostępną dla kapel stricte scenowych. To świadczy o tym, że hardcore znowu ma jakiś zasięg, że potrafi sobą zainteresować kogoś, kto niekoniecznie odwiedza lewackie nory albo jest leśnym dziadkiem od 30 lat żyjącym Guernicą Y Luno. I tak, chciałbym, żeby hardcore punk był wielki i mieszał ludziom w głowie, wywracał świat do góry nogami i wciąż deptał butem resztę muzyki. Wizja zamknięcia go w hermetycznym środowisku, które dzieli wszystko według kategorii sacrum i profanum, gdzie starzy dobrzy znajomi klepią się nawzajem po pleckach; to najgorsze co może spotkać punk rock, przecież bardzo ekspansywny ze swojej natury.

A skoro mamy tu o zespole gadać – to jak pielęgnujecie zespołową higienę w dobie zarazy? (higienę mentalną rzecz jasna, nie o mycie rąk chodzi…)

Trochę nam się rozluźniło ostatnio. Mieliśmy grać koncert w Niemczech, pierwszy po wydaniu ostatniej płyty, ale rzecz jasna został odwołany. Jeśli chodzi o kolejne plany związane z graniem, to wiadomo – mamy związane ręce. Robimy nowe kawałki, gadamy se w Internecie, żyjemy online. Life hack: utrzymuj napiętą sytuację w zespole zawsze, żeby w dobie zarazy stała się tylko trochę bardziej napięta (śmiech)._MG_6855

The Dog stoi u progu promocji nowej płyty, tyle, że … promocji nie będzie. Frustracja? Adrenalina? Pomysły?

W realiach, w których funkcjonujemy, koncerty to też niezbyt skuteczne narzędzie promocji. Przeświadczenie, że zespół musi zagrać koncerty po wydaniu płyty, ma sens, gdy na tę płytę czeka rzesza fanów. Nie ma co się oszukiwać. To utarty schemat, który odtwarza się od kilkudziesięciu lat, bo tak się przyjęło.  Gdyby nie koronawirus, to zagralibyśmy może kilka (albo kilkanaście…) koncertów do końca roku, ale wątpię, czy miałoby to jakiekolwiek przełożenie na promocję płyty. Internet jest podstawowym narzędziem i w nim staramy się prezentować nasze niebywałe osobowości, przypominając przy okazji, że The Dog istnieje i nagrał nowy materiał. Z 15 lajków już przybyło.

Skąd ta gorycz odnośnie funkcjonowania The Dog? A może to zimny realizm?

Chyba nie gorycz. Gram w jakimś zespole nieustannie od 2007. Zdążyłem poznać realia tego, jak funkcjonuje nasza scena i mniej więcej wiem, czego można się spodziewać po wydaniu płyty. Oczywiście, zawsze człowiek przeżywa tę lekką ekscytację, bo kto wie, może twój album okaże się hitem i ludzie będą się jarać bardziej niż zwykle, przybędzie nie kilkadziesiąt a kilkaset lajków, ale grając HC jakiegoś ogromnego zaskoczenia raczej nie uświadczysz. Pomiędzy etapem wydania demówki a etapem trzeciego longa nie następuje diametralna zmiana jakościowa w poziomach funkcjonowania grupy. Trzeba robić coraz to lepszą i lepszą muzykę, żeby z zimnego realisty przerodzić się w marzyciela.

Pytanie może trochę dziwne, ale, hmmm., dlaczego nowy The Dog jest inny? Przyznam, że po dwóch poprzednich krążkach może być to zaskoczenie…

Wydaje mi się, że każdy nasz album jest trochę z innej parafii. Mamy akurat takie temperamenty, że dosyć szybko wszystkim się nudzimy i prywatnie lubimy muzyczne poszukiwania. Nie zaskoczę Cię, jeśli powiem, że napisaliśmy już ramki pod kilka nowych kawałków i też są zupełnie inne niż te, które mogłeś usłyszeć do tej pory. Na kolejnym materiale pójdziemy bardziej w stronę piosenkową i z pewnością kilka osób stwierdzi, że zaszły zmiany, zmiany, zmiany, że nas pojebało, ale no cóż – tacy właśnie jesteśmy. Są zespoły, które potrafią nagrać kilka identycznych albumów, a mimo to są dobre, jak Slapshot (poza jednym eksperymentem brzmieniowym w ich karierze), ale mamy również takie, które od początku do końca zmieniają własne oblicze – Bad Brains na przykład. Swoją drogą, według mnie „Avenge Us” zdecydowanie bliżej do „I Am You” niż „I Am You” do „The Devil Comes At Night”, ale to już kwestia ucha.

Zaryzykuję tezę, że nowy The Dog zatęsknił za ostatnim We Are Idols. I nie chodzi o dosłowność, ale wyraźna chęć eksperymentu.

Jest w tym jakiś trop, choć głównym autorem muzyki The Dog, architektem tego, jak mają wyglądać poszczególne albumy, jest od początku naszego istnienia gitarzysta – Maciek – a on akurat w WAI nie grał – tak jak Łukasz, drugi Maciek i ja. Myślę, że w muzyce często obserwuje się coś, co można nazwać „syndromem trzeciego albumu”. Każdy zespół przerabia moment, w którym mniej więcej umie już grać i przede wszystkim grać ze sobą, a wtedy pojawia się pokusa rozbudowania agendy. O ile na początku naszej działalności modliliśmy się, żeby chociaż w tym samym momencie skończyć kawałek, to teraz chcemy po prostu robić fajne rzeczy.

Nasuwa mi się też analogia: We Are Idols rozpadł się po nagraniu najambitniejszej płyty. Teraz The Dog też stworzył najciekawsze dzieło w swojej historii i…? 

No tak, faktycznie, We Are Idols rozpadło się po wydaniu najdziwniejszej płyty. Nie wiem, czy była najambitniejsza. Na pewno – w porównaniu do innych – zawierała najwięcej różnych form. Klawisze, sample, kurwa, koncept na całość… Nasze umysły mogły tego po prostu nie unieść. A tak na serio – We Are Idols rozpadło się z zupełnie prozaicznych powodów. Życie nas zabrało. Gdybyśmy zamiast „No Apologies” nagrali w ówczesnym czasie album na ukulele i tamburyn, to pewnie skończyłoby się podobnie. Zespoły hardcore’owe nie mają łatwego życia i czasem rozpadają się niespodziewanie, bo poza zajawką i kumplami nic nie trzyma cię przy graniu. Ja chyba nawet nie lubię grać (śmiech). Jeśli sugerowałeś, że eksperymenty z naszej nowej płyty mogą mieć destrukcyjny wpływ na The Dog, to pewnie mogą w takim samym stopniu jak to, że będę miał zły dzień w pracy i kiedyś zapragnę rzucić wszystko. Albo to, że komuś się piec zepsuje. Albo to, że na koncert znowu przyjdzie 10 osób. To jest ciągły taniec ze śmiercią!

Zaskakująca jest już okładka – jest szansa na jakąś genezę tego obrazka i jak się ma do zawartości, że tak powiem, merytorycznej?

Album ma koncept, jeśli chodzi o treść. Teksty (poza coverem oczywiście) dotyczą refleksji nad tym, czym jest bycie Europejczykiem, mieszkanie w tym pojebanym miejscu, które mieniąc się sercem cywilizacji stało się też świadkiem najokrutniejszych zbrodni tejże cywilizacji. A to szczególnie uwydatnione jest w naszej polskiej percepcji i tożsamości, na zawsze związanej z krwią, cierpieniem i porywami historii, która ma kluczowe znaczenie w kontekście przesłania „Avenge Us”. Na pomysł okładki wpadłem przypadkiem, ale od razu wydał mi się totalnie sprzężony z zawartością merytoryczną. Chciałem, żeby ta wyglądała jak akt wandalizmu dokonany na którymś z klasycznych obrazów. Bardzo europejski Bruegel – ze swoją ludową, chłopską tematyką – wydał mi się wyborem idealnym, a jego „Taniec weselny” spełniał kryteria graficzne. Wymyśleniem koncepcji pod kątem estetycznym wraz z umieszczeniem weń naszego loga zajął się Maciek Misiewicz – artysta, grafik, człowiek renesansu, a do tego koleś bębniący w Fertile Hump – którego oczywiście z całego serca polecam do zadań tego typu.

Miejscami płyta brzmi jakbyście chcieli pójść w zupełnie „nie-hardcore’ową” stronę. Czy to początek jakiejś większej, szeroko zakrojonej zmiany?

Już na „I Am You” zdaliśmy sobie sprawę, że interesuje nas w sensie muzycznym robienie czegoś więcej niż hc/punk, ale kręgosłupem The Dog na zawsze pozostanie hardcore. Tak jak wspomniałem już gdzieś wcześniej, kierunkiem przyszłym będzie piosenkowość – z dozą gitarowych eksperymentów  i udziwnień, w których rozkochał się Maciek. Ja chcę grać taką muzykę, jaką lubię najbardziej, a tę przede wszystkim grały i grają zespoły z pogranicza światów hardcore’a i rocka. Czy to Life of Agony, czy Handsome, czy Quicksand, czy Merauder, czy Biohazard, czy Seaweed – klimat robienia punkowej muzyki, ale z rozmachem godnym MTV to coś, co od lat mnie jara. Mam nadzieję, że uda nam się to chociaż trochę skleić.

Avenge Us

THE DOG AVENGE US W przypadku takiej płyty powinna rozgorzeć dyskusja na temat tego czym jest/był i ma być hardcore. A może już rozgorzała, nie wiem. W każdym razie, nowe dzieło wrocławskiego The Dog to doskonały przykład, w jaki sposób grać swoje, zachować tożsamość i jednocześnie zmieniać muzykę, tak by nie budzić zbytnich kontrowersji. Choć w sumie The Dog zawsze takowe budził. Dzisiaj zapewne jeszcze bardziej, bo „Avenge Us” to dość śmiałe podsumowanie tego co już było wraz ze zdecydowanym wyjściem do przodu. Bo przecież w takich fragmentach jak numer tytułowy czy „Camping in the Desert” mamy wszystko to, z czego dotychczas słynęły wrocławskie Psy. Tyle, że nigdy nie poukładano tego tak – ekhm, przepraszam – progresywnie. Ale jeśli obejdziemy aranżacje, to dojdziemy do podstawy, czyli riffu, który dobitnie pokazuje, że chłopaki lubią metal (albo lepiej – crossover w takim, nazwijmy to, klasycznym wydaniu) a jednocześnie kłaniają się tuzom gatunku, czyli np. Black Flag czy np. CoC. Oczywiście, odjazdy od rdzenia sceny rozpoczęły się sto lat temu i w takim kontekście The Dog nie jest tu jakąś awangardą, chyba, że sam dla siebie. Bardzo dobrym pomysłem jest zestawienie „Avenge Us” z debiutem, wtedy bez specjalnego wysiłku zrozumiemy, jak daleko odjechał zespół od swojego pierwotnego wizerunku. Gdzieś w wywiadzie zasugerowałem nawet – nie wiem czy słusznie – że Psy zatęskniły za ostatnim obliczem We Are Idols, i być może z tego powodu mamy tu dużo mielenia w wolnych tempach, gdzieś przemknie klimacik sludge’owy, to znowu uderzają w tony post rockowe („Haunted Heart”), by wreszcie sięgnąć po „Race War” Carnivore, potwierdzając tym samym wszystkie powyższe uwagi. Kolejną zaletą płyty jest fakt bardzo oszczędnej instrumentacji, bez żadnych fajerwerków perkusyjno – gitarowych, sama esencja, potężny riff i doskonale zaaranżowana sekcja. Dzięki temu utwory od razu zostają w głowie, a że jak zwykle materiał jest krótki, zaprzyjaźnić się z „Avenge Us” jest niezwykle łatwo. The Dog podsumowuje swoje istnienie, zdaje test dojrzałości i jawi się jako pakieta bardzo zdecydowana i świadoma. W takich momentach zawsze zastanawiam się, czy mam do czynienia z produkcją przełomową, czy jest to jeszcze hardcore, czy coś zupełnie innego. Fajnie, że krajowa scena, obok GF, Jadu, El Bandy i paru innych zespołów ma The Dog. Bo to po prostu dobry zespół, który wie kim jest i co chce nam powiedzieć.

W kontekście tej płyty należy też zapytać o nostalgię i melancholię, bo jakoś mi z tych nagrań taki klimat się wyłania. Czy to wasza dojrzałość jako ludzi wpływa na klimat nagrań? Czy po prostu znudziły się blaściki?

Tak, nostalgia i melancholia. Dojrzałość to świadomość przemijania, straconych lat, błędów w życiu, a także tęsknota za niewinnością i strach przed śmiercią, i przede wszystkim poczucie absurdu istnienia. Jeśli coś takiego słyszysz w naszej muzyce, to znaczy, że wszystko jest na swoim miejscu (śmiech).

Zastanawia mnie też numer „Haunted Heart”, bo przecież fanów „I Am You” może doprowadzić do zawału. Wierzycie, że wasi słuchacze są aż tak otwarci?

Ej, na nowym Madballu jest numer reggae… A do tego to jedyny kawałek z tej płyty, którego chciało mi się słuchać.

Dlaczego „Race War” a nie np. „Do It”?

Pomysł zrobienia coveru „Race War” wyszedł od Maćka. Jest to pomysł starszy niż „Avenge Us”, niż „I Am You”, a niewykluczone, że równie stary jak nasz zespół. Jesteśmy wyznawcami Petera Steele’a, cenimy całą jego twórczość, a Carnivore to grupa, która dla The Dog była jedną z kluczowych inspiracji. Choć tekst jest prowokacyjny i prześmiewczy, to w jakimś kuriozalnym sensie, wieszcząc ostateczną wojnę wszystkich ze wszystkimi, pasuje do reszty kawałków. W jednej recenzji przeczytałem, że pod względem stylistycznym numer też sprawnie zagrał z całością, więc mam nadzieję, że trafiliśmy w dobry moment.

Nawiasem – planujecie z The Dog promocyjny koncert online?

Stary, my nie mamy pieniędzy…

Robimy pętlę i kończymy wywiad jeszcze raz wirusem: nie obawiasz się, że po 28 czerwca sytuacja diametralnie się zmieni i znowu nas wszystkich zamkną?

Myślę, że Polska wkracza już w ten ponury stan państwowy, w którym wszystko jest możliwe. Gorszym zagrożeniem od jawnego balansowania na granicy prawa na rzecz umocnienia władzy przez obóz rządzący, co toczy się przecież od kilku lat, jest w tym momencie chaos i panika, która tenże obóz ogarnia. Bo kiedy państwo się rozsypie – czy to z powodów gospodarczych, czy politycznych – to ci smutni, starsi panowie po prostu się rozejdą, a społeczeństwo będzie na garbie nosić skutki ich działania. Jak zwykle zresztą…

Rozmawiał Arek Lerch 

Zdjęcia: archiwum zespołu/Ewelina Michułka